fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Wieczność oczami szaleńca

materiały prasowe
Podczas rozmowy z lekarzem, tuż po odcięciu sobie ucha, znakomicie zagrany przez Willema Dafoe Vincent van Gogh mówi, że to on jest swoimi obrazami. Powstają dzięki temu, że widzi rzeczy dla innych niewidoczne. Słowa te brzmią, jakby wypowiadała je osoba obłąkana. I tak w pewnym sensie jest, choć bohater rzeczywiście dostrzega dookoła siebie to, czego otaczający go ignoranci nie są w stanie zobaczyć.

Julian Schnabel, zdobywca Złotej Palmy za „Motyla i skafandra", miesza w swym nowym filmie „Van Gogh. U bram wieczności" klasyczne kino biograficzne z filmowym neomodernizmem, który charakteryzuje niespieszne tempo akcji. Van Gogh w ciszy przemierza pola i lasy, kontemplując naturę, a kadrowane jest to w sposób silnie zsubiektywizowany, przez pryzmat doświadczeń artysty, z każdym dniem popadającego w większe szaleństwo. Oddają to nietypowe ustawienia kamery, filtry oraz cała paleta barw, znana z obrazu van Gogha „Gwieździsta noc".




Sztuka zatrzymuje czas – przekonuje bohater. Patrząc na krajobraz, widzi wieczność. Schnabel pokazuje nie tyle wirtuoza podczas pracy, ile człowieka, który mierzy się ze swoimi demonami. Pojawia się tu dość istotny paradoks – choć z jednej strony van Gogh jako introwertyk stroni od ludzi, wręcz się przed nimi wzdryga, to z drugiej strony, nieustannie poszukuje ich towarzystwa, akceptacji, docenienia. Stale do czegoś dąży i aspiruje. Wymarzone spełnienie jednak nie przychodzi, przynajmniej nie przed tragiczną śmiercią.

To kino poetyckie i wymagające, a przy tym niepozbawione wad, słabszych momentów oraz scen, które – właśnie z uwagi na eksperymentalną formę – po prostu dezorientują widza czy wręcz wywołują konsternację.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA