fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Nowojorska matrioszka

Netflix
Netflixowa produkcja zrodziła gwiazdę. Twarz „Russian Doll" – serialu nominowanego aż w 13 kategoriach do tegorocznych nagród Emmy – amerykańska aktorka Natasha Lyonne do tej pory nie mogła się pochwalić bogatym dorobkiem twórczym. Karierę zaczynała od marnych komedii dla nastolatków. Drugoplanowe role czy wręcz epizody w trzech częściach „American Pie" były swego czasu jej największym osiągnięciem. Na kilkanaście lat utknęła w komediach klasy B.

Lyonne była już po trzydziestce, kiedy z aktorskiego niebytu wyciągnął ją jeden z pierwszych hitów platformy Netflix. Serial „Orange Is the New Black" opowiadający o kobietach w więzieniu dał jej możliwość stworzenia roli innej od tych, które dostawała wcześniej. Zdziwaczała, ale przy tym zabawna i inteligentna więźniarka narkomanka stała się jedną z charakterystycznych postaci tego serialu. Lyonne grała w nim nieprzerwanie przez siedem sezonów, choć jej wcześniejszy dorobek świadczył raczej o tym, że aktorska śmierć niemiłosiernie się ku niej zbliża.



W tym roku aktorka skończyła 40 lat i znów może być wdzięczna Netflixowi. W wieku, w którym kariery aktorskie częściej się kończą, niż zaczynają, zwłaszcza w przypadku surowiej traktowanych przez rynek filmowy kobiet, Lyonne doczekała się swojej pierwszej roli głównej.

W „Russian Doll" stworzyła niebanalną postać Nadii Vulvokov – pewnej siebie programistki, uzależnionej od alkoholu, niestroniącej też od narkotyków i przypadkowego seksu. Po imprezie z okazji swoich urodzin ginie pod kołami rozpędzonego samochodu. Po chwili budzi się, po czym przeżywa to samo przyjęcie jeszcze raz, by znów zginąć, tym razem tonąc w rzece. I tak kilkanaście razy. Spada ze schodów, skręcając kark, zostaje przypadkowo postrzelona, ma nawet atak serca. Tytułowa „Russian Doll", czyli rosyjska matrioszka, poprzez kolejne śmierci i zmartwychwstania coraz głębiej zagląda w samą siebie. Zdziera kolejne warstwy, żeby dotrzeć do pytań o swoją przeszłość i sens powrotów.

Sam pomysł, aby główna bohaterka za każdym razem przeżywała ten sam dzień, to historia mało odkrywcza. Motyw znany jest kinu od ponad ćwierćwiecza dzięki „Dniu świstaka" Harolda Ramisa. Na dodatek „Russian Doll" nie jest pierwszą produkcją Netflixa, która go wykorzystuje. Podobną fabułę umierania i zmartwychwstawania bohaterów znajdziemy też w serialu „Miłość, śmierć i roboty", który miał premierę wiosną 2019 r. Jeden z 18 animowanych odcinków nosił tytuł „The Witness", a jego reżyser Alberto Mielgo zastosował w nim motyw odradzania się bohatera w konkretnym miejscu i czasie, robiąc to w sposób zdecydowanie bardziej intensywny i trzymający w napięciu niż twórcy „Russian Doll". Warto jednak zaznaczyć, że jego animacja trwała zaledwie 10 minut, a cały sezon serialu o Nadii Vulvokov ma osiem odcinków, które średnio trwają ponad 20 minut.

Po mocnym starcie „Russian Doll" z odcinka na odcinek tracił impet. Raziło też nagromadzenie wulgaryzmów. Następne odsłony ratował wisielczy humor, zarysowanie interesującego obrazu współczesnych nowojorczyków i ich problemów, ale przede wszystkim świetna Natasha Lyonne. Aktorka ma zresztą szansę na zdobycie nagrody Emmy dla najlepszej odtwórczyni roli w serialu komediowym, podobnie jak twórcy „Russian Doll", którzy walczą o wyróżnienie za najlepszy serial komediowy.

Jednak zapowiedź kontynuowania serialu brzmi niepokojąco. Tym bardziej że sygnały wyczerpania pomysłu można dostrzec już teraz. Być może byłoby lepiej, gdyby produkcja pozostała jednosezonową ciekawostką? Istnieje bowiem ryzyko, że po całkiem zgrabnie przeprowadzonej pierwszej serii druga okaże się rozmytą klapą. A kolejna matrioszka – pusta. 

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA