fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Kulisy zabiegów polskiego rządu o Fort Trump

Podpisana 12 czerwca 2019 r. przez Donalda Trumpa i Andrzeja Dudę deklaracja zakłada „trwałą obecność” wojsk USA w Polsce. To duży sukces Warszawy
materiały prasowe
Tajne rozmowy naszych dyplomatów w Waszyngtonie, sieć kontaktów w Białym Domu, pomoc ze strony ambasador Mosbacher, łechtanie ego Donalda Trumpa. Wreszcie niespodziewana, a szczęśliwa dla nas dymisja szefa Pentagonu. Odsłaniamy kulisy zabiegów o trwałą obecność armii USA w nad Wisłą.

W Pentagonie mówi się o tym „entanglement" (z ang. splątanie) – nie dać się złapać w więzy, w jakie sojusznicy starają się wplątać USA. Tego próbują zawsze mniejsi alianci, szczególnie tacy, których terytorium, jak Korei Południowej czy Japonii, graniczy z wrogą potęgą. Chcą gwarancji, że w razie konfliktu Ameryka będzie po ich stronie, nie wystawi ich do wiatru. Waszyngton odwrotnie: stara się zachować maksymalne pole manewru, choć działa tak, by nie powstało wrażenie, że zdradza sojuszników. Nie chce przecież, żeby budowany od dekad system bezpieczeństwa, który pozwala mu kontrolować ogromną część świata, legł w gruzach.

Polska do tej gry wchodziła stopniowo od momentu upadku komunizmu. W 1999 r. udało nam się skłonić Amerykanów do podjęcia bezwzględnego zobowiązania, że przyjdą z pomocą w razie ataku Moskwy – ale tylko na papierze. Jednocześnie zawarty w tym samym czasie akt stanowiący Rosja–NATO jasno stwierdzał, że na terenie naszego kraju nie będzie znaczących jednostek sojuszu.

Dopiero zajęcie przez Rosjan Krymu i części Donbasu pięć lat temu przekonało Amerykanów, że może być dla nich coś gorszego, niż dać się złapać w pułapkę sojusznika z Europy Środkowej. Bo jeśli „zielonym ludzikom" udałoby się z zaskoczenia zająć estońską Narwę czy polskie Suwałki, to NATO straciłoby wiarygodność.

Zasługi Obamy

Gdy 12 czerwca tego roku Donald Trump i Andrzej Duda podpisali w Białym Domu deklarację o współpracy wojskowej, opinia publiczna odkryła, że już teraz w Polsce przebywa ok. 4,5 tys. amerykańskich żołnierzy, a kolejny tysiąc wkrótce do nich dołączy. Za dwa tygodnie amerykański przywódca poświęci znaczną część swojej wizyty w naszym kraju na odwiedzenie właśnie tych jednostek. To łatwy do sprzedania sukces w decydującej fazie kampanii przed wyborami prezydenckimi w USA oraz wyborami do Sejmu w Polsce: z jednej strony potęga Ameryki, z drugiej bezpieczeństwo Polski.

Obecność amerykańskich żołnierzy w znacznej liczbie nad Wisłą nie jest jednak zasługą obecnego prezydenta USA, lecz jego poprzednika. Przyznają to nawet ludzie w kręgach polskich władz, choć Trump cieszy się w nich zdecydowanie większą popularnością niż Barack Obama.

Rzeczywiście, to poprzedni amerykański prezydent wysłał do Polski i innych krajów flanki wschodniej NATO siły, o których Ministerstwo Obrony Narodowej mogło wcześniej tylko marzyć. Ale zrobił to po długich wahaniach. Jeszcze w 2015 r., kiedy przecież nie było wiadomo, czy Władimir Putin zatrzyma się na Krymie i Donbasie, w Polsce stacjonowało ledwie 300 amerykańskich żołnierzy. Dopiero rok później, na szczycie NATO w Warszawie, okazało się, że członkowie sojuszu, w tym również mający słabość do Rosji Francuzi i Niemcy, są zgodni, że z Kremlem trzeba grać bardziej stanowczo. Wówczas Ameryka wysłała do nas na zasadach stałej rotacji ciężko uzbrojoną brygadę. Na początku 2017 r., już po objęciu władzy przez Trumpa, lecz wciąż na mocy decyzji podjętych jeszcze przez jego poprzednika, doszły do tego elementy brygady śmigłowcowej i jednostki logistyczne w wielkopolskim Powidzu, a także struktury dowodzenia w Poznaniu. W ten sposób średnia liczba amerykańskich żołnierzy w Polsce sięgnęła 2,5 tys.

Ale to nie był jeszcze moment, gdy udało się nam złapać w sidła Amerykę. Miały się one zatrzasnąć na wielkim sojuszniku dopiero trzy lata później, na przełomie lutego i marca 2019 r. Na tym polega przełomowe znaczenie Fortu Trump. – Obama zawsze podkreślał, że wzmocnienie obecności wojsk amerykańskich w Polsce to jednostronna inicjatywa Waszyngtonu. Inicjatywa czasowa, rotacyjna, którą w każdej chwili można odwołać. Tak, jakby zakładał, że to będzie karta, za która uda się uzyskać jakieś ustępstwa od Putina, być może w ramach kolejnego resetu – mówią „Plusowi Minusowi" źródła z okolic pałacu prezydenckiego. – Obama miał też stale w pamięci akt Rosja–NATO z 1997 r., tak jakby Moskwa nie złamała wielokrotnie jego zapisów – dodają.

Samiec może być tylko jeden

Dojście do władzy Donalda Trumpa w styczniu 2017 r. początkowo niczego dobrego Polsce nie wróżyło. W kampanii wyborczej miliarder wielokrotnie zapowiadał, że zamierza zawrzeć „deal" (umowę) z Putinem. Mówiono, że Kreml ma na niego jakieś haki, być może kompromitujące nagrania z czasów, gdy organizował w Moskwie w 2013 r. konkurs Miss World, albo później, gdy chciał tam budować Trump Tower. Demokraci w Kongresie byli zaś przekonani, że bez wsparcia Rosji i jej hakerów republikanie nie zdołaliby pokonać Hillary Clinton i teraz muszą ten dług Rosjanom w jakiś sposób spłacić.

Ale w Warszawie szybko zrozumiano, że to właśnie prezydentura Trumpa otwiera przed naszym krajem wyjątkowe „okno możliwości", aby wreszcie „splątać" amerykańskiego sojusznika naszymi sprawami. Złożyła się na to wielka polityka, szczególny układ w stosunkach międzynarodowych, ale także sam charakter i osobowość amerykańskiego przywódcy.

Nowy prezydent szybko doszedł do wniosku, że jego hasła i strategii „Make America Great Again" (Uczynić Amerykę znowu wielką) nie da się pogodzić z ambicjami Moskwy, bo Putin ma dokładnie takie same cele, tylko że dla Rosji. Świat okazał się za mały dla dwóch samców alfa, tym bardziej że miejsce dla siebie chciał wykroić także trzeci – chiński przywódca Xi Jinping.

W Białym Domu zdano więc sobie sprawę, że jeśli w ogóle ma dojść do „dealu" z Kremlem, to w odległej przyszłości i na amerykańskich warunkach, do czego niezbędna była silna obecność wojsk USA w Polsce. Jednocześnie spór o międzynarodowy handel, zmiany klimatyczne czy podział kosztów obrony sojuszniczej sprawiły, że Trump skonfliktował się z Niemcami i Francją, stając się pariasem dla liberalnych mediów. To zbliżyło go do Polski, która – na swoją skalę – znalazła się w podobnej sytuacji co Ameryka.

Pierwsze próby wykorzystania nowego rozdania podjął Antoni Macierewicz. Zręby strategii przygotowali jego doradcy Bolesław Piasecki i Dominik Smyrgała, odbyły się też sondażowe, robocze spotkania z Amerykanami. Po odejściu Macierewicza z MON w styczniu 2018 r., sprawę przejął Mariusz Błaszczak. Z USA przyszła zgoda na rozmowy: Pentagon zobowiązał się do przygotowania odpowiedzi na polskie postulaty.

Pomimo kampanii rozpoczętej przez polskich negocjatorów, w którą zaangażowano instytuty badawcze Waszyngtonu, przyjaźnie nastawionych do Polski kongresmenów, a przede wszystkim ludzi z otoczenia samego Trumpa szepczących do ucha prezydenta argumenty na rzecz bazy wojskowej w Polsce, Pentagon nie spełniał obietnicy. Co prawda już w trakcie pierwszych rozmów wiceminister obrony narodowej i główny negocjator umowy z Amerykanami Tomasz Szatkowski znalazł wspólny język z zastępcą sekretarza obrony Johnem Roodem (według źródeł w MON w tamtym czasie spotkał się z nim aż siedem razy i przeprowadził niezliczone wideokonferencje, utrzymując nieustannie gorącą linię), ale rokowania dreptały w miejscu. Winny był szef resortu obrony USA.

Telefon z ambasady

Generał James Mattis, pierwszy sekretarz obrony USA, bohater wojny w Zatoce Perskiej, walk w Afganistanie oraz inwazji na Irak, dowódca marines i Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, miał w siłach zbrojnych Stanów Zjednoczonych taki mir, że trudno było sobie wyobrazić, iż wbrew niemu prezydent cokolwiek zrobi w polskiej sprawie.

Tyle że Mattis, nawet po dojściu na szczyty amerykańskiego systemu władzy, pozostał przede wszystkim żołnierzem. Baza w Polsce to był dla niego głównie przyczółek, dogodny punkt wypadowy, element mobilności amerykański sił zbrojnych, ale w żadnym wypadku kluczowy atut w globalnej rozgrywce z Putinem czy coś, co zapewni nierozerwalność polsko-amerykańskiego sojuszu. Mattis był też liberałem, który chętnie słuchał europejskiego mainstreamu, a przede wszystkim apeli z Niemiec i Francji, by nie „prowokować" Rosji.

W tamtym czasie nie tylko Szatkowski, ale i sam Błaszczak byli w Waszyngtonie wielokrotnie. Mattis Warszawę omijał. Stosował obstrukcję. We wrześniu, w czasie wizyty Andrzeja Dudy w Białym Domu, Donald Trump postanowił przejąć nadzór nad rokowaniami. Ale nawet to nie wystarczyło, aby sekretarz obrony zmienił podejście do polskich postulatów. Wielokrotnie przyjeżdżał do Europy, ale w Warszawie jego noga nigdy nie stanęła.

Źródła amerykańskie twierdzą, że dopiero bezpośrednia interwencja ambasador USA w Warszawie Georgette Mosbacher pozwoliła w jakimś stopniu znieść tę blokadę. Pod koniec 2018 r. sekretarz obrony wreszcie ponownie przyjął Mariusza Błaszczaka, choć w swoim biurze, w Waszyngtonie.

Mattis przedstawił wtedy propozycje Pentagonu dotyczące wzmocnienia amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce. Były okrojone, nie spełniały wielu polskich postulatów, ale rokowania nabrały konkretnego charakteru.

Do przełomu doszło trzy miesiące później, gdzieś pod koniec lutego lub na początku marca 2019 r. (w MSZ przekonują, że miało to także związek z organizacją w Warszawie konferencji bliskowschodniej). Po udanej sesji rozmów Rooda z Szatkowskim, przyjaźnie nastawieni do Polski kongresmeni nieprzypadkowo zadawali w trakcie przesłuchania na Kapitolu takie pytania ówczesnemu dowódcy wojsk amerykańskich w Europie, gen. Curtisowi Scaparrottiemu, by ten, odpowiadając na nie, miał okazję publicznie poprzeć ideę wzmocnienia baz w Polsce.

Mattisa już wtedy w Pentagonie nie było – zapowiedź prezydenta Trumpa o wycofaniu wszystkich wojsk z Syrii przelała czarę goryczy i zmusiła nieusuwalnego – zdawało się – generała do przejścia na emeryturę.

Jastrzębie są z nami

Pomysł zapisania wspólnej deklaracji o obecności amerykańskich wojsk w Polsce w postaci sformułowania „enduring presence", czyli „trwała obecność", pojawił się mniej więcej w tym czasie – z jednej strony w MON, z drugiej w otoczeniu Georgette Mosbacher. Polacy co prawda początkowo, jak w pokerze, grali o wyższą stawkę, mówili o „stałej obecności". Ale Pentagon nawet pod rządami bezbarwnego Patricka Shanahana opierał się nie tylko przed takim sformułowaniem, ale nawet tym kompromisowym, złagodzonym. Jeszcze w maju, już po oficjalnej publikacji kluczowych dwóch słów, które – jak się zdaje – nie mają odpowiednika nawet w umowach zawartych przez USA z Niemcami, Koreą Południową czy Japonią, Departament Obrony „próbował coś z tym zrobić".

Według źródeł wojskowych, w negocjacjach, jakie MON prowadził z Pentagonem, warszawska delegacja przekonywała, że Polska nie zgodzi się na umowę na złych warunkach. Nasi negocjatorzy zachowali wtedy stalowe nerwy, sugerowali wręcz, że wątpliwości amerykańskich wojskowych stawiają pod znakiem zapytania sens zaplanowanej miesiąc później ceremonii podpisania porozumienia w Białym Domu. Shanahan, pomny losu Mattisa, się wycofał.

Sam Trump „szczegółami" zapisów o trwałości amerykańskiej obecności w Polsce się nie interesował. Nie domagał się też, aby we wspólnej deklaracji znalazło się odwołanie do aktu stanowiącego Rosja–NATO sprzed 22 lat, choć ten nakładał ograniczenia na wielkość sił sojuszniczych, jakie mogą się znaleźć w Europie Środkowej.

Jednak dla Polski zapis o charakterze obecności amerykańskich wojsk był kluczowym elementem „złapania w potrzask" sojusznika zza oceanu. Minister Błaszczak przekonywał do tego zarówno liderów demokratów, jak i republikanów w Kongresie, a jego zastępca Tomasz Szatkowski spotykał się z poszczególnymi kongresmenami. Dzięki jawnemu amerykańskiemu rejestrowi wiadomo , że wspierały ich zatrudnione w Waszyngtonie profesjonalne firmy lobbystyczne. Ale przede wszystkim byli w Białym Domu ludzie, którzy polskiej sprawie sprzyjali.

Nie o wszystkich wolno na głos powiedzieć. Ale z pewnością wielką rolę w tej grze odegrał doradca ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton, z którym spotykali się Jacek Czaputowicz, Krzysztof Szczerski i Mariusz Błaszczak. „Jastrząb" starej daty, zwolennik obalenia reżimów w Iranie, Korei Północnej czy Syrii, był ostatnim, któremu przy podejmowaniu decyzji o polskiej bazie przyszłoby do głowy przejmować się podjętymi kiedyś wobec Moskwy zobowiązaniami.

Boltona wspierał jego zastępca Charles Kupperman, który jeszcze jako młody ekspert zaangażowany był w administracji Ronalda Reagana w program wyścigu zbrojeń, co ostatecznie rzuciło Związek Radziecki na kolana. To z nimi najczęściej spotykał się w Waszyngtonie szef gabinetu prezydenta Krzysztof Szczerski. Również z nimi stały kontakt miała ambasador Mosbacher. I jak się wydaje, to ona przełamała ostateczne opory przed sformułowaniem zapisu „trwała obecność" amerykańskich wojsk w Polsce.

Szeroki uśmiech biznesmena

Czy zdecydowało o tym przede wszystkim grono przyjaznych Polsce współpracowników prezydenta? Donald Trump od dawna miał obsesję na punkcie sojuszników, którzy jak Niemcy „jadą na gapę" w NATO, nie wypełniając podjętych w ramach paktu zobowiązań i nie przeznaczając 2 proc. PKB na obronność. Polska wypadała tu wzorowo. Ale nasz kraj już wiosną 2018 r. położył na stole dodatkowo 2 miliardy dolarów na budowę infrastruktury dla amerykańskich wojsk, jeszcze bardziej przebijając Niemców.

– Oni zapowiedzieli, że wyłożą na to pieniądze, my nie zapłacimy nic – mówił jeszcze 10 sierpnia amerykański prezydent – tak powinny wyglądać wszystkie umowy z naszymi sojusznikami. To wspaniały kraj – dodał.

Dwa dni wcześniej amerykański ambasador w Berlinie Richard Grenell ostrzegł Niemców, że jeśli nadal będą unikali płacenia przypadającej im części kosztów funkcjonowania NATO, Waszyngton przeniesie swoje wojska do Polski. Negocjacje o Forcie Trump niespodziewanie okazały się doskonałym środkiem nacisku na niecierpianą przez przywódcę USA Angelę Merkel. To kluczowy powód polskiego sukcesu.

Na tym ogniu Polska natychmiast postanowiła więc upiec i swoją pieczeń. Nasi negocjatorzy uznali, że trzeba do samego końca wykorzystać skłonność prezydenta do traktowania polityki jak biznesu i uzyskać zobowiązanie Ameryki do pozostania nad Wisłą na dłużej.

– Tłumaczyliśmy, że skoro mamy zapłacić za modernizację poligonów, infrastrukturę wojskową, to musimy wiedzieć, jak długo ma ona służyć Amerykanom, czy to się w ogóle nam opłaca – można usłyszeć w Warszawie.

Metoda okazała się skuteczna, ale tylko dlatego, że argumentów, które skłaniały Waszyngton do zaangażowania się na poważnie w Polsce, było więcej. Rozstrzygała o tym strategiczna lokalizacja w samym środku flanki wschodniej, doskonała współpraca z polskim wojskiem i życzliwe przyjęcie przez miejscową ludność.

To był zresztą już drugi raz, kiedy polscy dyplomaci wzięli pod uwagę specyficzne cechy osobowościowe prezydenta: we wrześniu 2018 r., być może za namową amerykańskich firm lobbystycznych, a być może z inicjatywy polskich dyplomatów prezydent Andrzej Duda po raz pierwszy użył w czasie spotkania w Białym Domu terminu „Fort Trump" na określenie przyszłej bazy, w reakcji na co – jak widać na nagraniach z tamtej konferencji – amerykański prezydent nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu.

Unikać konfliktu z Żydami

Z informacji „Plusa Minusa" wynika, że w trakcie rokowań Amerykanie nigdy nie stawiali jako warunku podpisania porozumienia zawarcia przez nasz kraj dodatkowych kontraktów zbrojeniowych. Ale przecież nie da się zaprzeczyć, że decyzja o zakupie myśliwców F-35, wielkie zamówienia na import amerykańskiego gazu skroplonego, a także gotowość Polski do pójścia w ślady Ameryki w sprawie odcięcia chińskiego koncernu Huawei od budowy systemu telefonii komórkowej piątej generacji pomogły stworzyć „przychylną atmosferę" dla zawarcia porozumienia.

Natomiast dwukrotnie, najpierw w 2018 r., a później wiosną 2019 r., skomplikowane stosunki między Polską a światem żydowskim mogły wysadzić całe przedsięwzięcie w powietrze. Najpierw ustawa o odpowiedzialności za Holokaust, którą w Waszyngtonie zinterpretowano jako próbę ograniczenia wolności słowa czy wręcz wolności amerykańskich obywateli, przysłoniła Fort Trump w polsko-amerykańskich relacjach, do momentu aż Warszawa wycofała się z najbardziej kontrowersyjnych zapisów. W maju, gdy wydawało się, że Prawo i Sprawiedliwość może wprowadzić do Sejmu kolejną bombę w postaci ustawy wykluczającej żydowskich spadkobierców w ramach ewentualnej reprywatyzacji, amerykańscy negocjatorzy ostrzegli, że za sprawą środowisk niechętnych Polsce może to wywołać w USA kryzys, którego nikt nie będzie w stanie opanować. W ostatnim momencie Jarosław Kaczyński powstrzymał tę inicjatywę ustawodawczą.

Jeszcze sześć lat temu, przed kryzysem ukraińskim, amerykańskich żołnierzy w Polsce można było niemal policzyć na palcach dwóch rąk. Z tej perspektywy kontyngent, jaki udało się Polsce przyciągnąć zza oceanu, jest ogromny. Jego kluczowym elementem będzie dowództwo dywizji w Poznaniu: najważniejszy taki sztab dowodzenia w Europie na szczeblu lokalnym. Będzie ono koordynowało działalność amerykańskich wojsk na całej flance wschodniej NATO. W ten sposób Polska staje się ostoją bezpieczeństwa dla tej części Europy.

Na terenie naszej ojczyzny stale, choć na zasadzie rotacyjnej, ćwiczy jedna ciężka brygada armii USA. Druga ma tu swoje magazyny uzbrojenia, a elementy trzeciej zostały rozlokowane w Orzyszu na Mazurach. Jest też brygada śmigłowcowa i zupełnie nowa baza dronów MQ-9 Reaper w Mirosławcu (Zachodniopomorskie), które będą obserwować działania Rosji, przede wszystkim w rejonie Kaliningradu. Do tego dochodzą jednostki specjalne m.in. w Krakowie, bazy lotnictwa USA, np. w Łasku (Łódzkie), zmodernizowane porty wojenne. Siła, która dzięki wsparciu amerykańskich wojsk z Niemiec, Włoch i zza Atlantyku może w ciągu paru dni urosnąć do pełnej dywizji.

Przy takim potencjale, który wesprze polskie wojsko, Rosjanom naprawdę trudno będzie zrobić z naszego kraju drugi Krym.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA