fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Piotr Lisek: Spacerujemy po krawędzi

AFP
Jestem człowiekiem, który powie to, co myśli. Czasami dwa słowa za dużo. Zawsze mam swoje zdanie, ciężko mnie przekonać do innego punktu widzenia. Jestem też samolubny – mówi Michałowi Kołodziejczykowi Piotr Lisek, rekordzista Polski w skoku o tyczce.

Plus Minus: Trudno jest panu trzymać nogi przy ziemi?

Nie mam z tym problemu. Nie chcę powiedzieć, że jestem do bólu pragmatyczny, ale że przynajmniej pragmatyczny – to na pewno. Dużo myślę o tym, żeby w moim życiu na wszystko był czas i miejsce, żeby wszystko miało ręce i nogi. Żeby z niczym nie przesadzić.

Wspominał pan kiedyś, że pewność siebie wcale nie jest w sporcie dobra, i chyba pierwszy raz spotkałem się z taką teorią.

Ja jestem pewny siebie. Chodziło mi raczej o to, że trzeba umieć zachować umiar, znaleźć jakiś złoty środek, żeby z tą pewnością nie przesadzić. Może sam wiele razy się na tym nie przejechałem, ale bywałem świadkiem tego, jak ktoś był tak pewny siebie, że wyszło mu bokiem.

To czym jest pewność siebie dla pana?

Jestem zadaniowy. Skok o tyczce zmusza mnie do tego. Trzeba zrobić dobrze wszystko po kolei, spokojnie i dokładnie wykonać każdy krok, bo w innym przypadku może nam się coś stać. Jeśli brakowałoby nam wiary, pewności, że się uda, pojawiłyby się prawdziwe problemy. Niezbędna jest jednak pokora, także po to, żeby nie zapomnieć całej sekwencji rzeczy do zrobienia.

Kiedy lata się sześć metrów nad ziemią, to trzeba...

Tak, tak, trzeba mieć nierówno pod sufitem. Nie może być inaczej, jeśli twoja praca polega na tym, że co chwila jesteś do góry nogami. Wiem, że jest wiele dyscyplin sportowych niekoniecznie bezpiecznych, jazda na krechę na nartach też się może źle skończyć, jednak na nartach można też jeździć normalnie, a o tyczce inaczej, niż to robimy, się nie skoczy. Jesteśmy szaleni, w sporcie szukamy emocji, adrenaliny, pokonywania własnego strachu.

To pan się boi?

Trochę się boję, ale nie jestem do końca odpowiedzialny. Sam siebie mam za takie duże dziecko. Jakbym pana zabrał do swojego pokoju, to mógłby się pan zdziwić, że to pokój 27-latka. Pewnie by pan nie uwierzył.

Dlaczego?

Mój pokój w domu to tak naprawdę pokój dziecięcy. Mam tapety w komiksy, kanapę, komputer, hantle, samochody na pilota i żołnierzyki. Jestem takim dużym chłopcem i całkiem mi z tym dobrze. Nie zamierzam się zmieniać, sport mnie uzupełnia, zawsze go szukałem.

W jaki sposób?

Taka powsinoga ze mnie była, wszędzie było mnie pełno. Jak bawiłem się z dziećmi, które po kilku godzinach szły do domu, to ja tylko zmieniałem podwórko, bo ciągle było mi mało ruchu. To pewnie taka standardowa gadka dla sportowców, ale że tak powiem – byłem jednostką ponadaktywną. Cieszę się, że mama popchnęła mnie w odpowiednim kierunku. Popchnęła to może złe słowo. Wspierała. Cieszyła się, że się spełniam, bo wiedziała, że muszę gdzieś rozładować energię.

Na początku był skok wzwyż i biegi przełajowe.

Ale na skok wzwyż okazałem się za niski i dobrze się stało, że tam nie trafiłem, bo nigdy nie byłbym wystarczająco chudy, by daleko zajść w tej konkurencji. Jestem najcięższym skoczkiem, przez to także najwolniejszym na rozbiegu, ale dzięki temu mogę używać najtwardszych tyczek. Trudno je zgiąć, ale później oddają więcej energii. A biegać długie dystanse lubię do dziś. Biorę ze sobą psa i biegamy po lesie.

Pan podobno nie umie odpoczywać.

To nie tak. Dla mnie odpoczynek wygląda po prostu trochę inaczej niż dla kogoś innego. Rzeczywiście lenistwo nie wchodzi w grę. Gdybym miał tylko leżeć i się opalać, toby była tragedia. Byłem parę razy ze znajomymi na „last-minutach", oczywiście można się odprężyć, wypocząć, ale to nie dla mnie. Lubię góry, a moją drugą pasją, poza skokiem o tyczce, jest woda.

I co w tej wodzie?

Wszystko. Surfing, wake, nurkowanie, pływanie, skoki. Pewnie pan pomyśli, że jestem wariatem, ale to nieprawda – wariatem jestem w pracy, a czas wolny spędzam po prostu aktywnie. Być może przez godziny treningów wytwarzamy w sobie większą potrzebę adrenaliny i stąd się bierze moja niechęć do zwykłych wakacji, ale to tylko moja teoria.

Lubi pan podróżować?

Nie znoszę. Tyle latam po świecie, że samolotów mam po dziurki w nosie. Może to dlatego, że latam z tyczkami. Normalnie to się wsiada do samolotu, leci na miejsce i wysiada, a my musimy się głowić, jak to wszystko nadać, żeby się udało. Jeśli już miałbym nic nie robić, wolałbym spędzać wakacje, na które nie mam czasu, czyli w domu. Przecież mnie ponad trzysta dni w roku nie ma u siebie.

Wkrótce zostanie pan ojcem. Zamierza pan coś w sobie zmienić?

Skok o tyczce to moja praca i nie zamierzam z niej rezygnować. Mamy z żoną poukładany w głowie plan, wiem, co zrobić i jak chcemy wychować naszą córkę. Chcemy to zrobić świadomie. Ale co ja będę teraz z panem rozmawiał o ojcostwie, kiedy tak naprawdę nie wiem jeszcze, co to jest.

To może powie pan chociaż, co to znaczy „świadomie wychować"?

Dla nas kluczowe będzie to, by nasze dziecko było dobrym człowiekiem. Jeśli będzie chciało skakać o tyczce, to fajnie. Ale będziemy także szczęśliwi, jeśli będzie chciało zbierać kwiaty. Wszystko jedno. Chyba nie ma nic gorszego, niż wymyślić plan na swoje dziecko, zanim się je jeszcze pozna.

Chciałby powielić pan wychowanie, jakie sam pan otrzymał, czy wprowadzi jakieś modyfikacje?

Moja mama tak bardzo stanęła na wysokości zadania, że ciężko będzie mi się do tego zbliżyć. Ale byłoby fajnie. Po wszystkich rodzinnych perturbacjach, jakie przeszedłem i o jakich na razie nie chcę mówić, potrafiła mi dać bardzo dużo miłości i wydaje mi się, że wychowała mnie w taki sposób, żebym mógł wierzyć w siebie i się rozwijać. Nie martwię się o siebie. Dzieciństwo miałem zdrowe, normalne, bez przesady w żadną stronę. Ani nie byłem wychowany bezstresowo, ani nie byłem bity kablem.

Ma pan rodzeństwo?

Nie.

To jakoś udało się pana nie rozpieścić. Po przeprowadzce do Szczecina spędził pan trzy lata w 20-metrowym mieszkaniu.

To nie było mieszkanie, tylko takie pomieszczenie na stadionie. Nie traktowałem tego jako jakiejś próby charakteru, to było coś normalnego. Jeśli coś robię, to robię to na sto procent i myślałem wtedy o treningach, a nie o podwyższaniu życiowych standardów. Robiłem swoje, a w naszym lokum mieściło się wszystko, co potrzebne: była tam kuchnia, wersalka, szafa, stół. Dużo, co? Wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia i oczywiście chciałbym teraz zadbać o swoją przyszłość, ale dzięki mojej pasji i zaangażowaniu mogę zarabiać na tym, co kocham. A kocham skok o tyczce.

I da się z tego dobrze żyć?

Pieniądze pojawiły się w pewnym momencie. Wtedy zrozumiałem, że moje hobby stało się pracą. I życzę tego wszystkim – żeby spełniali się w pracy.

Poza sezonem startowym spędza pan na treningach nawet po osiem godzin dziennie. To dużo.

Uprawiam sport wyczynowy, pracuję na granicy utraty zdrowia, jesteśmy wypychani na krawędź i idziemy sobie tą granią. To jest walka, każdy chce być najlepszy. Jak dzisiaj odpuszczę, to jutro na moje miejsce znajdzie się stu chętnych.

Miewa pan czasem dość?

Pod tym względem jestem normalny, nie jestem cyborgiem. Każdemu w pracy się to zdarza, mnie również. Bywa, że mnie to ratuje, bo organizm może dawać znać, że trzeba trochę odpuścić.

Podobno najgorzej było przed kilkoma laty podczas burzliwego rozstania z trenerem Wiaczesławem Kaliniczenką, kiedy słyszał pan, jak obraża pana żonę?

Nie do końca tak było. W trudnych momentach zawsze na wierzch wychodzą emocje i nami rządzą. Ciężko wszystko rzucić, zmienić całe życie, jak za pstryknięciem palców. Kaliniczenko to genialny trener, ale nie nadawaliśmy na tych samych falach, nie zgrały się nasze charaktery. Obaj się męczyliśmy.

Podajecie sobie rękę?

Oczywiście. Potrafimy normalnie porozmawiać i współpracować, kiedy się spotkamy.

Ma pan trudny charakter?

Tak.

A co to znaczy?

Jestem człowiekiem, który powie to, co myśli. Czasami dwa słowa za dużo. Zawsze mam swoje zdanie. Ciężko mnie przekonać do innego punktu widzenia. Jestem też samolubny. Biorę to, co mi się należy. To znaczy w sporcie biorę, bo w życiu prywatnym to akurat uszczęśliwiałbym wszystkich.

Władysław Kozakiewicz powiedział o panu „czerstwy cham". Podobno widać po pana twarzy, że zawsze będzie pan walczył i zawsze będzie pan wygrywał.

Nie do końca się z tym zgadzam, ale co tam – wiadomo, że media kochają takie stwierdzenia. Telewizja albo pan, rozmawiając ze mną teraz, kreujecie wizerunek sportowców, chociaż tak naprawdę nie zawsze udaje wam się zobaczyć albo dowiedzieć, jakie myśli pojawiają się u nas na zawodach. Mam swoją minę, okrzyk, jestem charakterystyczny. Ale taki byłem zawsze, wiem, że to można sprzedać marketingowo, jednak nigdy o tym w tych kategoriach nie myślałem. Nie wymyśliłem tego dla pieniędzy. Jeśli ktoś myśli takimi kategoriami o swojej karierze, to według mnie daleko nie zajdzie. Jeśli za treningiem nie idzie pasja, to nic z tego nie wyjdzie.

Mówi pan, że media kreują wizerunek sportowców, ale sami też to robicie. Korzystacie przecież z social mediów.

Staram się być kompletnie obok tego i gdybym mógł, zupełnie bym się mediami społecznościowymi nie zajmował. Tyle że w obecnych czasach jest to już wpisane w nasz zawód. Nie robię zdjęcia jedzenia, nie zastanawiam się, ile ktoś na tym zarabia, kogo oznacza i gdzie. Mam swoje rzeczy, o których myślę. Instagram służy mi do komunikacji z kibicami, to nie tak, że tego nie lubię. To dla nas świetna okazja wypracować akurat taki przekaz, na jakim nam zależy. Ale i w social mediach otaczam się ludźmi, którym ufam.

A trudno komuś zaufać?

Niestety, ufam wszystkim. Nie wiem, czy to dobrze, bo kilka razy się na tym przejechałem. Ciężko mi to opisać, to chyba kwestia charakteru. Jak idę się kąpać do jeziora, to kluczyki do samochodu i telefon zostawiam na plaży. Niby na takie okazje zawsze znajdą się chętni, ale mnie jakoś jeszcze nie przydarzyło się nic złego.

Jest pan popularny?

Chyba dobrze, że nie. Na pewno nie potrafiłbym tego wykorzystać, by stawiać się w uprzywilejowanej pozycji. Zdarzają się śmieszne sytuacje, kiedy ktoś nie jest do końca pewny, że rozmawia akurat z Piotrem Liskiem. Zupełnie go na to nie nakierowuję, a kiedy dopytuje – zaprzeczam. Mówię, że mnie z kimś pomylił. Moja Ola ma do mnie o to pretensje i mnie za to karci.

Na Instagramie można znaleźć na przykład pana zdjęcie z brzuchem ciężarnej żony. Strzeże pan w ogóle prywatności?

Niektórych rzeczy nie da się ukryć. To, że zostanę ojcem, pewnie wcześniej czy później i tak wyszłoby na jaw, więc lepiej o tym powiedzieć po naszemu. Raz, a dobrze, zamiast zostawiać jakieś pole do domysłów. Oboje jesteśmy osobami, dla których prywatność jest bardzo ważna, ale z drugiej strony – nie mamy nic do ukrycia. Ciąży nie było sensu chować, trzeba było się nią pochwalić. Co nie oznacza, że mamy szeroko otwarte drzwi i dzielimy się wszystkim, co się u nas dzieje.

Nie robi pan pewnych rzeczy, bo „nie wypada"?

Czego na przykład?

Pójdzie pan do sklepu w dresach i japonkach od razu po wstaniu z łóżka?

Pewnie, nie mam z tym problemu.

Myśli pan, że może być dla kogoś autorytetem?

Absolutnie się tak nie czuję, a jeśli ktoś mówi o sobie inaczej, to musi uważać, bo to może być złudne. Może być efektem iluzji, którą sam wokół siebie wytworzył. Myślę, że jest na świecie dużo lepszych kandydatów na autorytet dla dzieci niż skoczek o tyczce, niż ja. Sam będę starał się odpowiednio nakierować swoją córkę, wspierać, ale na pewno nie zmuszać, by wybierała na osobę godną naśladowania akurat sportowca.

Jako dziecko widział pan siebie na igrzyskach olimpijskich z medalem na szyi?

Nigdy w życiu, nie zdawałem sobie sprawy, że mam talent, który otworzy mi taką szansę. Myślę, że nikt się tego nie spodziewał, ani znajomi, ani rodzina. W zawodowym sporcie wejść na jakiś poziom może nie jest trudno, ale przebić się do prawdziwej czołówki to już prawdziwe wyzwanie. Gdyby od marzeń o medalu do jego zdobycia była prosta droga, znacznie więcej osób skakałoby o tyczce, biegało czy po prostu decydowało się na życie sportowca. Ta droga jest jednak bardzo trudna, pełna wyrzeczeń i poświęceń.

To o czym pan marzył?

Kiedyś mówiłem, że wystarczy mi skok na 5,80 metra. Uważałem, że będę mógł być wtedy zadowolony ze swojej kariery. Moja chora ambicja nie dawała mi jednak spokoju i teraz taki wynik to dla mnie norma. Na początku nie umie się marzyć, ale im dalej w las, tym więcej drzew. Jedyną szansą na realizację marzeń, albo nawet na ich budowanie, jest wkładanie całego serca w to, czym się zajmujemy.

Nie obawia się pan, że dziecko wymusi zmianę stylu życia?

Moja żona już zakończyła karierę sportowca (także uprawiała skok o tyczce – red.), a dla mnie sport to teraz sto procent życia. Oczywiście będę musiał wykroić jego część dla córki, ale i tak większość pozostawię na tyczkę. Sport nie trwa wiecznie, trzeba zabezpieczyć dziecku przyszłość. To też może mobilizować do ciężkiej pracy.

Co jeszcze pana nakręca?

Zdobywanie medali na najważniejszych imprezach, czyli mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich. Akurat taka okazja nadarzy się w ciągu najbliższego roku, ale o swoich szansach nie będę rozmawiał.

Dlaczego?

Bo to nie ma sensu. Poziom jest tak wysoki, że wszystko może się wydarzyć. Na początku lipca w Lozannie pobiłem rekord Polski, skacząc na 6,01 metra, więc wiem, jak wysoko zawiesiłem sobie poprzeczkę. Mam wystarczająco motywacji i odwagi, by walczyć dalej. Motywację biorę z pasji, to podstawa.

A tej odwagi to dużo potrzeba?

Rozmawialiśmy o strachu – chodzi o to, żeby go oswoić, bo towarzyszyć będzie zawsze. Trzeba mieć odwagę, żeby nie zrobić sobie krzywdy, żeby znać możliwości sprzętu. Świadomość tego, że tyczka jest twarda, pomaga nad nią zapanować, sprawić, by zrobiła, co chcemy z nią zrobić, a nie by nami rządziła.

Pracował pan z psychologiem?

Wiem, że jest spora grupa sportowców, która z takiej pomocy korzysta, ale należę do mniejszości, która tego nie robi. To kwestia indywidualna. Nie czuję takiej potrzeby.

Wstydzi się pan czegoś?

Nie. Podejmuję świadome decyzje. Kompleksy jakieś tam mam, ale żadnych chorobliwych.

Kiedy oczekiwania rosną, boi się pan czasem kompromitacji?

Miewam tylko lęk, że mogę kogoś zawieść. A ta grupa ludzi jest coraz większa, bo pojawiają się ci, którzy przychodzą na zawody specjalnie dla mnie. Sam na siebie nakładam presję coraz lepszymi wynikami. Czuję ją, ale mam wrażenie, że to nie pierwszy raz. Tak naprawdę presja to całe moje życie – sportowe i prywatne. Można się było przyzwyczaić.

A jak się zmniejsza jej wpływ?

Wolny czas spędzam aktywnie, ale potrzebuję też dobrej muzyki i filmu. Wiadomo, mam Netflixa, a muzyki słucham, kiedy tylko mogę. Głównie rocka i hip-hopu. Daje mi to takie bliżej nieokreślone chwile radości. Jeśli chodzi o hip-hop, to nie chodzi mi o ten wulgarny, niemający niczego do przekazania. Wybieram kreatywny, w którym tekst jest najważniejszy. To musi być z sensem.

Śpiewa pan?

Nie mogę, żona mi nie pozwala. Zawsze kiedy zaczynam, to jeszcze chwilę wytrzyma, a później sugeruje, żeby włączyć jakieś radio. Ale tak naprawdę to ją rozumiem. Sam siebie kiedyś nagrałem i nie dało się tego słuchać. Mam tragiczny głos.

To, że pana żona też skakała o tyczce, ułatwia wam życie czy sprawia, że nie wychodzi pan z pracy?

Dla niej sport też był wszystkim, więc doskonale mnie rozumie. Dla mnie to dobre, cieszę się, że nie muszę jej wszystkiego tłumaczyć. To także jej pasja, doskonale orientuje się we wszystkich aspektach tej konkurencji. Ola ma rywalizację w krwi. Nie możemy grać w gry zespołowe, bo zawsze lądujemy w przeciwnych obozach i każdy chce pokazać, kto rządzi. Moja żona niby karierę zakończyła, ale pewnych rzeczy nie da się wyplenić. Ambicja przekłada się na wszystko, na grę w szachy, monopol albo jakieś quizy. Ale nie ma w tym żadnej agresji, jak już się przegra, to można puścić oczko i rozładować emocje.

Zakochał się pan w Oli od pierwszego wejrzenia czy trochę to trwało?

Oczywiście, że od pierwszego wejrzenia. Tak było z żoną, tak jest też z gadżetami. Bo gadżeciarzem też jestem. Ale nie jestem specjalnie uczuciowy, Ola musi nadrabiać u nas na tym polu. Nie zdarza mi się płakać na filmach, mało co mnie wzrusza, nie uzewnętrzniam swoich emocji. Może dziecko to we mnie zmieni, ale sport nauczył mnie podchodzenia do wszystkiego w sposób pragmatyczny. Emocje to także w pewnym sensie fizjologia. Nerwy można opanować, inne odruchy także.

Czy Polacy znają się na sporcie?

Oczywiście. A dlaczego nie? Wychodzi na to, że najbardziej kochają piłkę nożną, ale nie możemy im tego zabronić. Każdy wybiera sport, który najbardziej go emocjonuje – do uprawiania albo do kibicowania. Mnie to nie dziwi, nie zamierzam walczyć z gustami albo przyzwyczajeniami. Każdy sportowiec ciężko pracował na to, by znaleźć się w miejscu, w którym jest. Oczywiście cieszę się, że rodzi się moda na lekką atletykę. Fajnie, że ludzie zdali sobie sprawę, ile emocji mogą dać im lekkoatleci. Wszystkich zachęcam do oglądania nas na żywo, bo to jednak zupełnie inne przeżycie niż przed telewizorem.

A które igrzyska pamięta pan sprzed telewizora? Kto był pana pierwszym sportowym bohaterem?

Pewnie wstyd się przyznać, ale pamiętam dopiero Ateny w 2004 roku. Moja historia jest trochę inna, bo moim pierwszym trenerem był wuj, i to chyba on był też pierwszym, w którego byłem wpatrzony. Pamiętam, kiedy w sali gimnastycznej pod jego okiem pierwszy raz skoczyłem wzwyż. Od razu zrobiłem to flopem, zamiast nożycami albo w ogóle przodem. To trudne dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie trenował. Wszyscy dziwili się, jak to w ogóle możliwe i skąd mogę znać taką metodę. Myślę, że znałem z telewizji i byłem zwyczajnie sprawniejszy niż inni.

Wspomniał pan o fascynacji Polaków piłką nożną. Śledził pan ostatnią wojenkę między sportowcami, którzy głośno mówili, że piłkarze za dużo zarabiają?

Nie będę na ten temat nic mówił, bo nikomu nie zaglądam do portfela. Szczerze – mam w poważaniu to, ile zarabiają piłkarze. Nie będę się zastanawiał, kto ma gorzej, wiem za to, że w piłce nożnej też bardzo ciężko się przebić. Kibicuję każdemu, nieważne w jakiej konkurencji, nawet jeśli byłaby to gra w golfa na koniu jadącym tyłem. Ale sam piłki nie oglądam.

Odłożył pan już na bezpieczną przyszłość?

Pieniądze nie sprawiają, że mam problemy ze snem. W skoku o tyczce nie jest tak, że można odłożyć, a później do końca życia już tylko leżeć i nic nie robić. Wiele zależy od poziomu sportowego, ale na tym polu lekka nie jest lekka. Po zakończeniu kariery na pewno trzeba będzie wymyślić coś dla siebie. Mam pewne plany, ale na razie za wcześnie, by o nich mówić.

Może wróci pan do filmowania wesel?

Pochodzę z rodziny fotografów i operatorów kamery. Pracowałem na weselach, zanim zająłem się sportem. Lubię robić zdjęcia, filmy też, ale to już trudniejsze. Zdjęcia są dla każdego, ładne można zrobić już telefonem. Do pracy przy weselach nie zamierzam jednak wracać, chociaż mama nadal ma zakład fotograficzny. Kiedyś to była fajna zabawa.

A pana wesele jak wyglądało?

Było wiejskie. Pochodzę z Duszników, ze wsi, nie wstydzę się tego. Była kapela, oczepiny i ciotka ze Stanów, która opowiadała żarty.

Podobno ma pan jeszcze jedno nietypowe hobby – lubi pan pracować w drewnie.

Rzadko to robię, mam za małą wiedzę, ale przed domem ostatnio postawiłem własną konstrukcję. Sam kupiłem dechy, wyheblowałem, dociąłem w odpowiedni sposób. Taki taras zrobiłem, wyjście na trawnik bardziej.

Potrafi pan też coś wyrzeźbić?

Nie, artystycznie to mam dwie lewe ręce. Rysować też nie umiem. Interesuje mnie tylko taka dłubanina, relaksuje mnie to, ale nie mam wszystkich potrzebnych maszyn i odpowiedniego miejsca, by je przechowywać. Poza tym to bardzo męczące – noszenie ciężkich rzeczy, niewygodnie trzyma się piłę. Głowa może odpocznie, ale ręce nie.

A w sporcie to chodzi bardziej o głowę czy o całą resztę?

Nie ma sukcesu bez stu procent głowy i stu procent reszty ciała. Moim problemem jest technika, samo wykonanie dobrego skoku. Nie powiem, że jest zła, ale wiem, że muszę nad nią najwięcej pracować. Kluczem do sukcesu jest ambicja, która nie pozwala spocząć na laurach, tylko każe iść dalej.

–rozmawiał Michał Kołodziejczyk,

redaktor naczelny WP SportoweFakty

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA