Duet wokalisty i gitarzysty Dana Auerbacha oraz perkusisty Patricka Carneya jest znany przede wszystkim z sukcesów krążka „Brothers" (2010), który w nieoczywisty sposób łączył rock garażowy, blues oraz indie rock. Powstały wtedy tak świetne utwory, jak „Next Girl", „Howlin' For You" czy „Tighten Up". Później był album „El Camino" (2011), gdzie duet pokazał się w szczytowej formie. Utwór „Lonely Boy" jest tak popularny, że do dziś wykorzystuje się go m.in. w grach wideo, serialach, filmach, podczas meczów rugby, hokeja, a nawet na wyścigach konnych.

Dobrą passę zespołu przerwał „Turn Blue", a „Let's Rock" jej nie wznawia. Co prawda wszystko brzmi przyzwoicie, gitara w rękach Auerbacha wciąż sprawnie wygrywa riffy, znak rozpoznawczy grupy. W utworach brakuje jednak życia, nie czuć emocji. Nie można też jasno wskazać, który z utworów ma być tym przewodnim, żaden nie wybija się ponad inne ani od strony melodii, ani od tekstu. Płyta „Let's Rock" brzmi jak muzyczna emerytura dziadków blues rocka. A miejsce krzesła elektrycznego z okładki albumu powinien raczej zająć bujany fotel.

Płytę warto kupić tylko z jednego powodu – aby pozwolić The Black Keys trochę na niej zarobić, żeby mieli za co nagrać kolejny, który przełamie klątwę „Turn Blue".

The Black Keys „Let's Rock", dystr. Warner Music Poland

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95