fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jak Czechow wędrował na Sachalin

Syberyjski trakt. „Jazda była ciężka, chwilami nieznośna, a nawet bolesna; rozlane rzeki, chłód, pragnienie gaszone jedynie herbatą, brudne odzienie, ciężkie buty, nieprzejezdne błoto – wszystko to było dla mnie przytłaczające” – pisał w liście z Irkucka Anton Czechow
fotografia Antona Czechowa
Czy ludzie silni są potrzebni? Anton Czechow nie był o tym przekonany. Podejrzewał, że to nie siła, lecz co innego pozwala pokonać – przemóc – trywialność.

Leonid Bieżyn

Więc od czego się to zaczęło? Kiedy dokładnie się to pojawiło, wyodrębniło, przybrało kształt skończonego zjawiska, które ma swoją nazwę i miejsce w literaturze? Na pewno nie za panowania pierwszych książąt Rusi Kijowskiej. Nie w czasach „Słowa o pułku Igora" i „Supliki Daniela Więźnia" – można śmiało za to ręczyć, ponieważ heroiczny i monumentalny styl literatury staroruskiej, opiewającej wojenne zwycięstwa i akty poświęcenia za wiarę, wykluczał z niej intymne uczucia i myśli pojedynczego człowieka. Tym bardziej takie, jak nuda, apatia, lenistwo czy chandra, i jeśli w tamtych odległych czasach modlono się słowami: „...nie dawaj mi ducha zniechęcenia", to zniechęcenie owo było jakby niepsychologiczne, definiowane tylko abstrakcyjnie i brak w nim było tego emocjonalnego miąższu, którego smak można poczuć, tak jak czuje się smak gorzkiego czy kwaśnego owocu.

Staroruskie zniechęcenie byłoby więc kategorią etyczną, oznaczającą niezdolność duszy do chrześcijańskiego czynu, do aktywnej służby na rzecz prawosławnej prawdy, i w literaturze z epoki rozpatruje się je nie jako stan emocjonalny, lecz jako wadę moralną, nawet grzech, który wymaga radykalnego wykorzenienia.

Nie dawaj mi ducha zniechęcenia!

Podobny stosunek do negatywnych czy – tak będzie lepiej – grzesznych emocji utrzymywał się także później. Utrzymywał się aż do wieku XVIII, w którym nawet ból Dzierżawina wywołany przemijaniem nie przybierał postaci doznania o charakterze osobistym, intymnym. Pozostawał on jakby bólem świata – w sensie bezpośredniego związku z kosmosem, wszechświatem. Dlatego w spuściźnie Dzierżawina, oprócz pełnych bólu wierszy ostatnich, znajdują się również utwory całkiem inne – entuzjastyczne i hedonistyczne – jak choćby biesiadny wiersz „Kielich", w którym upojone przyjaźnią i zabawą towarzystwo pije ze srebrnych kielichów przelewające się radośnie piwo angielskie i rosyjskie z dodatkiem suchego chleba oraz skórki cytryny.

Czy nie nazbyt różne są te nastroje jak na jednego poetę? Lecz o to właśnie chodzi, że poeta jeszcze nie stał się jednym, nie upozował się jeszcze na stroniącego od tłumu geniusza, nie uległ złudzeniu własnej wyjątkowości. Nie utracił jeszcze świadomości, że jest nie tylko mieszkańcem własnego majątku, ale też mieszkańcem wszechświata, cząstką niezmierzonego kosmosu. Skoro na całym świecie rozum triumfuje nad zacofaniem i niewiedzą, światło zwycięża ciemność, a dobro okazuje się silniejsze od zła, to człowiek również żyje wedle tych samych zasad – przezwycięża zniechęcenie i ból, zagłusza je brzękiem uderzających o siebie kielichów i biesiadnymi okrzykami: „Hura! Hura! Hura!".

Czy nie tu ma źródło ten aktywny entuzjazm, który wyczuwa się w ludziach epoki Dzierżawina, tak samo żywiołowych i bezpośrednich we wszystkich swoich działaniach – od ekscentryzmów po bunty polityczne? Czy nie dlatego tak bujnym duchowym zdrowiem cieszą się współcześni Karamzina, którego sentymentalne rozmarzenie pachnie jeszcze dobrodusznym, niewyszukanym patriarchalizmem ziemiańsko-chłopskich stosunków?

Więc kiedy się to pojawiło, od kogo się zaczęło? Wydawałoby się, że to jest już dzisiaj nie do ustalenia – kiedy i od kogo – a jednak ten punkt zwrotny istnieje. Puszkin! To właśnie on pierwszy uchwycił i nazwał to bez końca później przedstawiane zjawisko. Uczynił to konkretnie w Eugeniuszu Onieginie, właśnie dlatego nazywanym encyklopedią, że znalazły w nim odbicie wszystkie tendencje rosyjskiego życia początku XIX wieku. Więc cóż to za zjawisko?

Tę przykrą niemoc, której przyczyn

Już dawno trzeba było dociec,

Spleenem nazwali Brytyjczycy;

A krótko: nasz swawolny chłopiec

Rosyjską chandrą był dotknięty

Diagnoza została postawiona, przyczyna choroby znaleziona; określona została też różnica: spleen występuje w dalekim i zamglonym Albionie, natomiast u nas spotyka się chandrę-mateczkę, zagadkową i niewytłumaczalną jak sama Rosja. Chandra podkrada się do człowieka na paluszkach, niezauważalnie, a kiedy go już dopadnie, delikwent nie woła „hura", lecz „pomocy". Jednak ratunku przed nią nie ma – absolutnie żadnego – ponieważ chandra to już zjawisko z dziedziny psychologii, a wobec własnej psychologii człowiek jest tak samo bezbronny, jak wobec rozszalałego żywiołu. Dobrze będzie, jeśli się nie zastrzeli („Lecz za pistolet, Boże Święty, / Jakoś Eugeniusz się nie chwycił"), ale przecież nie dokona też żadnego pięknego, szlachetnego czynu, nie ofiaruje się za bliźniego, przeciwnie – z zimną krwią zabije go w pojedynku, a sam będzie się bezskutecznie próbował pogodzić ze swoim monotonnym istnieniem człowieka zbędnego.

A więc to Puszkin stworzył ten typ bohatera? Tak, zdecydowanie, lecz w jeszcze większym stopniu stworzyli go Turgieniew, Gonczarow i Czechow. Zwłaszcza Czechow, ponieważ to on w swojej twórczości dał rosyjskiej chandrze wyraz jak nikt przed nim, i jeśli tę chandrę Czechowa porównać z chandrą Oniegina, okaże się, że właściwie nie jest to chandra, tylko coś znacznie cięższego i straszniejszego – egzystencjalna pustka, niemota, choroba życia lichego, miałkiego, banalnego, nikomu niepotrzebnego. Oniegin miał łatwiej: cierpiał na chandrę w zaciszu starego szlacheckiego domu. Cierpiał, słuchając suchego trzasku polan na kominku, przy dźwiękach klawikordu, na którym grywało się eleganckie nokturny Johna Fielda. Tymczasem otoczenie bohaterów Czechowa to poplamiona tapeta w kwiatki, zapadnięty fotel, tłusty ogarek świeczki i zachlapana kawą serwetka. Stąd już tylko krok do Dostojewskiego, do pokoju Raskolnikowa, i właśnie dlatego nostalgia Czechowa wydaje się mieć ten trujący, jakby bagienny odcień: zaczerpnij jej, a spomiędzy palców pocieknie ci zielonkawa, mlaskająca posoka.

* * *

W takim właśnie duchu wypowiadał się o Czechowie Siergiej Bułgakow, do którego książki obiecaliśmy sobie wrócić. Zdaniem tego filozofa Czechow pisał „...nie o wielkich czynach, lecz o potędze trywialności, nie o wysiłkach i wzniosłych dążeniach ducha ludzkiego, lecz o jego gnijących nizinach i trzęsawiskach". Opowiadał o tym bez wytchnienia, z niesłabnącym uporem, odkrywając wciąż nowe odcienie nudy, lenistwa i zniechęcenia. Wszystko to prawda.

Ale czy w jego twórczości naprawdę nie ma również owego „nie dawaj mi ducha zniechęcenia"?! Czyż nie wyduszał niewolnika po kropelce nie tylko z siebie, ale też ze swoich bohaterów?! Owszem, zdarzało mu się przedstawiać natury obdarzone wolą, silne i energiczne, ale jego stosunek do nich był pełen wątpliwości. Czy ludzie silni są potrzebni? Nie był o tym przekonany. Podejrzewał, że to nie siła, lecz co innego pozwala pokonać – przemóc – trywialność. Dlatego właśnie upoetyzował delikatną i marzycielską Misiunię, a nie jej energiczną i aktywną siostrę, wierną ideałom ruchu narodnickiego (tę kwestię rozważał Korniej Czukowski w swojej książce „O Czechowie"). Z tego samego powodu w krótkim opowiadaniu „Student" tak przenikliwie napisał o Jezusie Chrystusie, związanym i bitym przed domem arcykapłana – na oczach apostoła Piotra, który zaparł się go po trzykroć.

W opowiadaniu zadziwia zakończenie: student akademii duchownej Iwan Wielikopolski, który przed chwilą opowiadał dwóm kobietom przy ognisku o Ewangelii, wraca do domu i w czasie przeprawy promem przez rzekę rozmyśla o tym, że „prawda i piękno, które kierowały życiem ludzkim tam, w Ogrójcu i na podwórcu arcykapłana, trwają od wieków aż do dnia dzisiejszego i widocznie zawsze stanowiły coś najistotniejszego w życiu ludzkim i w ogóle na ziemi...".

Na pierwszy rzut oka nikt by nie zgadł, że to z Czechowa, i tylko jedno słowo go zdradza – „widocznie". Jednak nie wytrzymał – ostatecznie wzięła w nim górę typowa dla lekarza trzeźwość umysłu i uparta przekora w obliczu religijnego patosu, której nauczył się w dzieciństwie. Słowo to nie należy przecież do studenta akademii duchownej, bo dla niego żadne widocznie nie istnieje – Czechow dorzucił je od siebie. Nie miał pewności, czy to nie będzie przesada, jeśli nie dorzuci „widocznie" – w tym całym oświeconym stuleciu. W czasach powszechnej wiary w postęp techniczny, rozum i naukę!

Nie miał pewności, wahał się i w końcu dorzucił. Dzięki tej decyzji powstało opowiadanie w stylu Czechowa, a nie Tołstoja, Bunina czy Szmielowa. Nie ma żadnych podstaw, by się w nim doszukiwać wyrazu świadomej wiary religijnej, a jednak ujmuje ono żywiołowym i jasnym religijnym uczuciem.

Zresztą nie tylko „Student", ale też inne opowiadania i nowele. Choćby ten – jeszcze jeden – opis wielkanocnego nabożeństwa z opowiadania „Święta noc": „Ludzie snują się z miejsca na miejsce, wałęsają się i jak gdyby szukają czegoś. Fala przychodzi od wejścia i biegnie przez całą cerkiew, docierając nawet do pierwszych rzędów, gdzie stoją ludzie solidni i ciężcy. O skupionej modlitwie mowy być nie może. Nie ma tu modlitwy, jest tylko jakaś powszechna, dziecinnie nieświadoma radość, szukająca pretekstu, aby się tylko uzewnętrznić i wylać się w jakimkolwiek ruchu, chociażby i w bezceremonialnym wałęsaniu się i ścisku".

Albo Lipa, bohaterka noweli „W parowie", która wraca ze szpitala z martwym dzieckiem i po drodze spotyka przy nocnym ognisku starca i chłopca. „Stary podniósł węgielek, dmuchnął nań, oświetliły się tylko jego oczy i nos, potem, kiedy znaleźli duhę (dla konia – przyp. aut.; drewniany, łukowaty przedmiot służący do przymocowania rzemieni przy chomącie do dyszli zaprzęgu – przyp. red.), podszedł z ogieńkiem do Lipy i spojrzał na nią: wzrok jego wyrażał współczucie i tkliwość". Dalej Czechow opisuje noc na polu, rozgwieżdżone niebo, skrzypienie wydostających się na drogę wozów. Między starcem i Lipą ma miejsce taka rozmowa:

– Wyście święci? – zapytała Lipa starca.

– Nie. My z Firsanowa.

– Tyś przed chwilą spojrzał na mnie i serce moje zmiękło. I chłopak spokojny. Pomyślałam: to pewnikiem święci.

To zdecydowanie jedno z najbardziej zdumiewających miejsc u Czechowa: „Wyście święci?" – „Nie. My z Firsanowa"; cała ta nocna scena sprawia wrażenie, jakby przenikało ją, spowijało płynące z góry święte światło.

Więc jak z nim w końcu było – wierzył czy jednak nie? O to właśnie zapytałem ojca Michaiła Kapranowa, kiedy siedzieliśmy razem przy stole nad uchą mateczki Galiny. Posypując zupę posiekanym koperkiem, soląc i znów próbując, rozmawialiśmy o Sachalinie, Czechowie i przyczynach jego tajemniczej podróży. Ojciec Michaił najpierw trochę pomilczał, jakby zbierał myśli, po czym z przekonaniem odrzekł: „Tak, wierzył", i czuło się, że ta odpowiedź zrodziła się w nim nie pod wpływem chwili, lecz w wyniku długich rozmyślań.

Cóż, tak też można spojrzeć na tę drażliwą kwestię, którą badacze Czechowa zręcznie omijają za pomocą niejednoznacznych odpowiedzi, chociaż muszę przyznać, że mnie jest bliższe inne, ostrożniejsze twierdzenie Siergieja Bułgakowa: „W ogóle kiedy zbierze się wszystkie rozproszone i zawsze skąpe wypowiedzi autora na te intymne tematy, odnosi się całkowicie jednoznaczne wrażenie, że znajduje w nich wyraz – wstydliwy i może trochę niezdecydowany – krzepnąca wiara religijna o niewątpliwie chrześcijańskim zabarwieniu; znajdujące się w naszym posiadaniu dane nie upoważniają nas do żadnych bardziej kategorycznych stwierdzeń. Bez tego przypuszczenia cały Czechow staje się zagadką, a niektóre jego rzeczy (na przykład tenże „Student" – przyp. aut.) stanowią psychologiczny i logiczny nonsense".

Mniej więcej to samo pisze w swojej wspaniałej książce o Czechowie Borys Zajcew: „Chrześcijański świat ojca i matki (w szczególności) potajemnie się w nim rozrastał, pozostając jednak niemal nieuchwytnym dla oka".

Pozostawał „niemal nieuchwytnym dla oka"... ale może pewnego razu dał się jednak zobaczyć? Nadszedł czas, by powrócić do najważniejszego pytania, które pojawiło się na początku tej książki: Dlaczego Czechow pojechał na Sachalin? Co było tajemną, ukrytą przed wszystkimi przyczyną tej podróży? Przypomnijmy sobie tamten wysłany w przeddzień wyjazdu list do Suworina: „Sachalin to miejsce największej męki, jaką potrafi znieść człowiek wolny czy uwięziony". Chciał na własne oczy zobaczyć cierpienia człowieka – uważał to za swój obowiązek, swoje powołanie. „Ci, co zajmowali się na Sachalinie sprawami osadnictwa, brali na siebie wielką odpowiedzialność i nadal to czynią". Dzielił z nimi tę straszną odpowiedzialność i dlatego dołączył do tych odważnych badaczy, którzy tak wiele zrobili dla poznania Sachalinu. „Niestety nie jestem sentymentalny, bo powiedziałbym, że do takich miejsc, jak Sachalin, należy iść na pielgrzymkę jak Turcy do Mekki...".

Otóż to – „jak do Mekki"! Czyli nie był to zwykły wyjazd, nie była to podróż, lecz – droga (chożdienije). Albo nawet pąć (chodienije), jak podpowiedział mi Pałamarczuk. Taka jak tamte, w które czasem wyruszali pielgrzymi do świętych miejsc. A więc ta wstydliwa i niezdecydowana wiara, która przebłyskuje w najlepszych utworach Czechowa, pewnego razu wylała się na zewnątrz, uzyskała bezpośredni wyraz. Wyraziła się w życiu, a uczynkiem ją wyrażającym była wyprawa na Sachalin. Musiał mieć w sobie coś ze staroruskich wędrowców i pątników, w przeciwnym razie nie zwierzyłby się Buninowi ze swego marzenia o pielgrzymowaniu z kosturem do świętych miejsc i przesiadywaniu w letnie wieczory na ławeczce u monastyrskich wrót.

Nie nazwałby też w liście do Diagilewa poszukiwań religijnych ówczesnej inteligencji, jej zebrań religijno-filozoficznych zabawą, ucieczką od autentycznej religii: „O oświeconej warstwie naszego społeczeństwa można powiedzieć, że odeszła od religii i odchodzi coraz dalej, cokolwiek by mówiono i jakiekolwiek by towarzystwa religijno-filozoficzne zakładano". Prawdziwy cel dostrzega w czym innym. „Dzisiejsza kultura – pisze dalej – to początek pracy w imię wielkiej przyszłości, pracy, która będzie może trwać jeszcze dziesiątki tysięcy lat po to, żeby ludzkość choć w najdalszej przyszłości poznała prawdę rzeczywistego Boga, to znaczy, żeby jej nie zgadywała, nie szukała w Dostojewskim, tylko poznała istotnie, jak już poznała aksjomat, że dwa razy dwa to cztery" (30 grudnia 1902, Jałta).

Czechow jest właśnie takim pracownikiem, robotnikiem, przewodnikiem – kimś, kto przeciera szlaki dla przyszłych pokoleń...

Oczywiście religijność Czechowa trzeba rozumieć nie w wąskim, lecz w najszerszym sensie – jako humanizm, ofiarność, heroizm. Dlatego ma rację Borys Zajcew, kiedy w swojej książce o Czechowie zauważa: „Bogiem żywym i prawdziwym, żywą ideą była dla niego miłość do człowieka". Więc jednak wyprawa Czechowa na Sachalin – jako heroiczny czyn, dobrowolnie wzięte na siebie cierpienie – byłaby nie do pomyślenia bez tej ukrytej religijnej poświaty, bez utajonego: „nie dawaj mi ducha zniechęcenia".

Fragment książki Leonida Bieżyna „Anton Czechow. Droga na wyspę katorżników" w przekładzie Renaty Lis, która ukazała się 13 czerwca nakładem Wydawnictwa Sic!

w poniedziałek 20 czerwca rozdamy trzy egzemplarze książki w konkursie na profilu „Rzeczpospolitej" na Facebooku: https://www.facebook.com/dziennikrzeczpospolita/

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA