Plus Minus

Czy rosyjscy pseudokibice zdemolują mistrzostwa świata w piłce nożnej w Rosji?

Sputnik, Alexey Filippov
Brutalnością i agresją rosyjscy pseudokibice przewyższają już Brytyjczyków. Kreml przez lata albo ignorował chuliganów, albo, gdy było mu to na rękę, udzielał im wsparcia. Teraz w obawie, by nie zakłócili mundialu, stara się ich unieszkodliwić.

Na leśnej polanie pokrytej błotem i topniejącym śniegiem stoi naprzeciwko siebie kilkunastu młodych mężczyzn. Wszyscy są ubrani na sportowo i mają rękawice: jedni bokserskie, inni do tzw. mieszanych sztuk walki (MMA). Na komendę sędziego grupa nosząca niebieskie bluzy rusza na przeciwników w czarnych koszulach. W ruch idą pięści i nogi. Początkowo walka toczy się w zwarciu, ale z czasem bijący rozbiegają się po całej polanie. Kopniakom i uderzeniom towarzyszą siarczyste przekleństwa. Wroga nie wystarczy pobić. Trzeba go jeszcze poniżyć. Ci, którzy upadają, taplają się w błocie i za wszelką cenę starają się wstać na nogi. Jeśli się nie pospieszą, dostaną ciosy w brzuch albo głowę.

Po kilku minutach sędzia przerywa walkę. Poobijani zawodnicy ponownie ustawiają się naprzeciw siebie. Ponieważ pierwsza tura nie wyłoniła zwycięzcy, pora na dogrywkę. Obie grupy kolejny raz rzucają się na siebie z pięściami. Tym razem wszystko toczy się szybciej. Mężczyźni w niebieskich bluzach nacierają na wrogów, którzy w nieładzie zaczynają uciekać. Kto upadnie, jest kopany bez litości.

Tę tzw. ustawkę zorganizowaną w 2015 roku przez pseudokibiców zdecydowanie wygrał IX Legion składający się z fanów Dynama Moskwa. Porażkę ponieśli członkowie grupy Berserk, którzy bronili dobrego imienia stołecznego Spartaka. Podobne starcia odbywają się w całej Rosji. W ten sposób chuligani ćwiczą swoje umiejętności, które potem starają się wykorzystać podczas imprez sportowych. Im większych, tym lepiej.

Witajcie w piekle

Po pełnych przepychu i rozmachu igrzyskach olimpijskich w Soczi za kilka tygodni Moskwa będzie gospodarzem mistrzostw świata w piłce nożnej. Wydarzenie takiej rangi, choć przyznane w atmosferze skandalu korupcyjnego, to dla Władimira Putina kolejna możliwość, by przedstawić Rosję jako wielkie i potężne państwo, które zasługuje na miano światowego mocarstwa. Putin liczy także na to, że mundial pomoże mu przełamać izolację kraju i przyciągnie zagranicznych inwestorów. Żeby nie popsuć dobrego humoru prezydenta, jego otoczenie stara się, jak może, by nic nie zakłóciło tej chwili chwały. Problemów jest jednak tyle, że nie jest to łatwe zadanie. Do tej pory tylko pięć z dwunastu stadionów, na których mają się odbyć mecze, jest oddanych do użytku. Część z nich będzie skończona dopiero w przeddzień mundialu.

Atmosferę mistrzostw może popsuć także słaba forma rosyjskiej reprezentacji. W ostatnim rankingu FIFA Sborna zajęła dopiero 66. miejsce. Najniższe w historii. Tak słaba pozycja nie powinna dziwić, skoro od 2017 roku kadra rozegrała 13 meczów, z czego wygrała tylko trzy: z Koreą Południową, Węgrami i Nową Zelandią.

Dla prestiżu Rosji większym zagrożeniem niż kiepski wynik reprezentacji czy opóźnienia przy budowie stadionów mogą być jednak kibole, nazywani po rosyjsku „fanatami". Ostatnie, czego potrzebuje Władimir Putin, to filmy z zamieszek na ulicach Moskwy czy Petersburga obiegające cały świat. Telewizja Deutsche Welle już w marcu informowała, że Federalna Policja Kryminalna ostrzegła niemieckich kibiców, że w trakcie mundialu może dojść do brutalnych scen. Sami ultrasi nie kryją swoich zamiarów. Część z nich przygotowała sobie koszulki z napisem: „Witajcie w piekle. Mistrzostwa Świata 2018". W zeszłym roku chuligani z Orła zapewniali dziennikarzy BBC, że mundial w Rosji będzie „festiwalem przemocy". Na jednym z rosyjskich portali społecznościowych pseudokibice niedawno zapowiedzieli, że urządzą piekło brytyjskim fanom, którzy przyjadą na mistrzostwa. Ma to być odpowiedź na działania podjęte przez Londyn po ataku na Siergieja Skripala. By lepiej przygotować się do tego starcia, ultrasi klubów Zenit Sankt Petersburg i Dynamo Moskwa mieli pojechać do Argentyny, by uzgodnić z tamtejszymi pseudokibicami wspólny atak na Anglików podczas mundialu.

Zadźgany w metrze

Po krwawych zajściach, do jakich doszło dwa lata temu w trakcie mistrzostw Europy we Francji, brytyjska i francuska prasa była zszokowana, jak skrajnie brutalni są rosyjscy pseudokibice, choć od dawna zajmują oni wysokie miejsca w rankingach na najniebezpieczniejszych kibiców, które publikuje m.in. portal Bleacher Report. Trzeba przyznać, że przez lata ciężko sobie na tę opinię zapracowali. W 2002 roku w Moskwie doszło do najgorszych zamieszek, jakie kiedykolwiek widziało to miasto. Starcia, w których zginęły dwie osoby, a ponad sto innych zostało rannych, wybuchły, gdy na mistrzostwach światach rozgrywanych w Korei i Japonii Sborna przegrała z Japończykami 0:1. Bójka zaczęła się na placu Maneżowym tuż pod murami Kremla, gdzie na ogromnych telebimach mecz oglądało ok. 3 tys. osób. Bardzo szybko zamieszki przeniosły się do innych dzielnic stolicy. Jak pisał „Guardian", tam gdzie bojówkarze starli się z policją, ulice przypominały pole bitwy. W stronę funkcjonariuszy latały butelki, kamienie i kostki brukowe. Rozwścieczeni fani dewastowali wszystko, co stanęło im na drodze. Podpalili kilkadziesiąt samochodów, zniszczyli sklepowe witryny, uszkodzili budynek Dumy Państwowej oraz wejście do jednej ze stacji metra.

Osiem lat później Moskwa kolejny raz została sterroryzowana przez pseudokibiców. Tym razem do zamieszek doprowadziła śmierć fana Spartaka Moskwa, który w trackie bójki został zastrzelony przez przybysza z Kaukazu. Kilka dni później koledzy zabitego mężczyzny zorganizowali wiec w okolicach placu Czerwonego. Gdy manifestacja, na której kibice domagali się wydalenia imigrantów, dobiegła końca, setki z nich urządziły sobie polowanie na ludzi o ciemniejszym kolorze skóry. Chuligani wbiegli m.in. do metra, gdzie 15 z nich otoczyło pasażera z Kirgistanu i zadźgało go nożami. Policjantów, którzy próbowali opanować sytuację, obrzucili flarami, bombami gazowymi i metalowymi słupkami wyrwanymi z ulicy.

Maski, tarcze, pałki

Choć do zadym z udziałem fanów rywalizujących ze sobą klubów dochodzi w całej Rosji, to międzynarodowy rozgłos zagwarantowali sobie walcząc poza granicami kraju. Dwa lata temu, jak opisują to dziennikarze „New York Timesa", kibole samolotami dostali się do Barcelony, skąd wynajętymi autokarami pojechali do Marsylii. Gdy w tamtejszym Starym Porcie pijani Brytyjczycy siedzieli w kawiarnianych ogródkach, czekając na mecz Rosja – Anglia, 200 rosyjskich kiboli wyposażonych m.in. w maski, gumowe tarcze oraz metalowe pałki maszerowało w ich stronę. Obie grupy starły się wśród latających butelek, kamieni i krzeseł. Leżących kopano, a uciekających bito w tył głowy. Rosjanie rozbili przeciwników, po czym sprawnie się wycofali. Zamieszki wybuchły na nowo jeszcze tego samego dnia na Stade Vélodrome.

Tuż po ostatnim gwizdku sędziego rosyjscy ultrasi uzbrojeni w młotki i pręty rzucili się na sektor, w którym znajdowali się brytyjscy kibice. W rozmowie z agencją AFP jeden z „fanatów" przyznał, że wraz z kolegami przyjechał do Francji, by „pokazać Angolom, którzy mienią się najgroźniejszymi chuliganami na świecie, miejsce w szeregu".

Francuski prokurator Brice Robin, który prowadził śledztwo w związku z wydarzeniami w Marsylii, zwrócił uwagę na to, jak bardzo Rosjanie różnili się od innych kibiców. Byli świetnie zorganizowani, przeszkoleni do walki i bestialscy. By policja nie mogła ich zidentyfikować, wielu zasłoniło twarze i ukryło barwy klubowe. Co więcej, stosowali taktykę podobną do tej, jaką wykorzystuje miejska partyzantka. Zgodnie z relacjami świadków pseudokibice najpierw prowadzili rozpoznanie przeciwnika, a potem atakowali go w małych lotnych grupach. Po starciu szybko odskakiwali, by nie dać się złapać policji. Część z nich przebrała się nawet w koszulki angielskich klubów, by zmylić wroga i zaatakować go od tyłu.

Chuligani z hierarchią

Na ironię może zakrawać fakt, że największym wrogiem rosyjskich kibiców są Anglicy. W końcu to na Wyspach narodziło się stadionowe chuligaństwo, na którym wzorowali się ultrasi jeszcze w czasach ZSRR. – Pierwsi fani pojawili się w połowie lat 70. i wspierali moskiewskiego Spartaka. Później ruch zamarł w związku z represjami władz. Odrodził się po upadku Związku Radzieckiego – tłumaczy w rozmowie z „Plusem Minusem" Aleksander Szprygin, szef Wszechrosyjskiego Związku Kibiców oraz były lider kiboli moskiewskiego Dynama.

„Fanaci" ubierali się jak brytyjscy kibole i używali podobnej terminologii. Swoje grupy nazwali z angielskiego „firmami". Nauczyli się też urządzać po meczach pijackie bijatyki. Początkowo „firmy" powstawały tylko w dużych miastach, jednak ich liczba szybko zaczęła rosnąć. – Kiedyś kiboli były setki. Dzisiaj możemy już mówić o dziesiątkach tysięcy. Są świetnie zorganizowani i niebezpieczni nie tylko dla innych fanów, ale także dla społeczeństwa – mówi dr Aliszer Aminow, wiceprzewodniczący Międzynarodowej Fundacji Wspierania Inicjatyw Prawnych oraz były kandydat na szefa RFS, rosyjskiej federacji piłkarskiej.

Wraz z upływem lat środowisko chuliganów przeszło transformację. Podchmielonego kibica z piwnym brzuszkiem zastąpił wysportowany, umięśniony mistrz MMA, który stroni od używek.

– Od 2010 roku „firmy" w całym kraju zaczęły się przekształcać w grupy, które prowadzą treningi sztuk walki, organizują bójki i kładą nacisk na zdrowy tryb życia – tłumaczy Ilja Artiemjew z Centrum Analitycznego Sowa, które dokumentuje przejawy ksenofobii i nacjonalizmu w Rosji. Do największych i najbardziej wpływowych grup należą m.in. Jarosławka związana z CSKA Moskwa, Gladiatorzy kibicujący Spartakowi oraz Music Hall wspierająca Zenit Sankt Petersburg. Na co dzień kibole dbają o tężyznę fizyczną w siłowniach nazywanych „fabrykami chuliganów". Tam też pod okiem instruktorów doskonalą różne style walki.

By lepiej przygotować się do stadionowych zadym, cyklicznie uczestniczą w organizowanych w lasach ustawkach. W trwających kilka minut brutalnych bójkach naprzeciwko siebie stają fani dwóch różnych klubów piłkarskich. Najczęściej walczące grupy liczą po 20 osób, choć zdarzają się poważniejsze bijatyki, w których udział bierze nawet 160 uczestników. Głośno było o ustawce sprzed 11 lat, w której biło się ponad 700 kibiców Spartaka i Zenitu.

Każda walka rozpoczyna się na sygnał sędziego. Wygrywa drużyna, której członkowie są w stanie ustać na nogach albo nie uciekli z pola bitwy. Ustawki to świetna okazja nie tylko do przyłożenia rywalowi, ale także sprawdzenia najskuteczniejszej technik ataku i obrony. Wiele z nich jest nagrywanych, tak by „firmy" mogły potem omówić błędy, które trzeba naprawić. – Chuligani mają hierarchię, która opiera się na doświadczeniu i autorytecie. Jedną z szans na awans jest wygrywanie ustawek – dodaje Julia Amatuni, antropolog z Petersburga, która od lat bada ruchy kibicowskie. „Moskowskij Komsomolec" zauważa, że poszczególne grupy organizują także walki juniorów. „W tym środowisku wszystko jest jak w normalnej piłce nożnej. Są ligi i jest młodzieżówka. Brakuje tylko meczu" – piszą dziennikarze.

Mimo że świat kiboli jest bezwzględny i pełen przemocy, to panują w nim pewne zasady. Zgodnie z przyjętym przez „fanatów" kodeksem honorowym w walce powinno się używać wyłącznie pięści. Posługiwanie się bronią, butelkami czy innym sprzętem jest uważane za niehonorowe. Zakazane jest także skakanie po głowach przeciwników albo atakowanie postronnych osób. Będąc poza granicami kraju, rywalizujący ze sobą na co dzień „fanaci" powinni połączyć siły, by bić kibiców z innych krajów.

– Chuligani długo spierali się o zasady uczciwej walki. To, że je przyjęli, nie oznacza, że wszyscy zawsze się do nich stosują – wyjaśnia Amatuni. Spoiwem łączącym często podzielony i niejednorodny ruch są skrajnie prawicowe wartości, rasizm i kult siły. Celem ataków kiboli bardzo często są pogardzani przez nich mieszkańcy Kaukazu i Azji Centralnej. Podczas rozgrywek z udziałem czarnoskórych piłkarzy zdarza się, że kibice rzucają w nich bananami. Normą są też okrzyki „Rosja dla Rosjan". Dick Advocaat, były menedżer Zenitu, w rozmowie z dziennikarzami przyznał, że z powodu agresji ze strony „fanatów" bał się zatrudniać ciemnoskórych zawodników.

Sposób na kolorowe rewolucje

Ten specyficznie pojmowany patriotyzm i pochwała tężyzny fizycznej wpisują się w głoszoną przez Kreml ultranacjonalistyczną i konserwatywną wizję zdrowego społeczeństwa, które odrzuca „moralną zgniliznę" Zachodu. Stąd też rosyjscy politycy albo w ogóle nie zwracali uwagi na powiększający się ruch pseudokibiców, albo z nim flirtowali. – Władze bardzo długo uważały, że skoro „fanaci" biją się między sobą i nie zamierzają obalać rządu, to nie ma potrzeby zawracać sobie nimi głowy. Później Moskwa próbowała mieć pewien wpływ na kibiców poprzez powołany w ramach RFS Wszechrosyjski Związek Kibiców. Niestety, Związek skompromitował się w oczach wielu zwykłych fanów m.in. tym, że jego kierownictwo było zaangażowane w działalność ultraprawicowych chuliganów. Po wydarzeniach w Marsylii wykluczono go z RFS – mówi Artiemjew.

W ciągu ostatnich 20 lat zdarzały się też momenty, kiedy Kreml wykorzystywał „fanatów" do własnych celów. W dobie pomarańczowej rewolucji na Ukrainie ówczesny zastępca szefa prezydenckiej administracji Władisław Surkow widział w nich siłę zdolną wesprzeć rząd w walce z „kolorowymi rewolucjami". Za jego namową kibole Zenitu i CSKA atakowali członków Partii Narodowo-Bolszewickiej, którą na początku XXI wieku władze uważały za najgroźniejsze ugrupowanie opozycyjne.

W 2004 roku „Moskowskij Komsomolec" nagłośnił sprawę ludzi związanych z Liberalno-Demokratyczną Partią Rosji, którzy mieli płacić „fanatom" Dynama za ich wyjazdy. W ten sposób lider ugrupowania Władimir Żyrinowski chciał zdobyć ich poparcie. Według części ekspertów wśród kiboli są też tacy, którzy zafascynowani ideą Noworosji walczą w szeregach separatystów w Donbasie. Również wyjazd kiboli do Francji miał służyć Kremlowi do ośmieszenia zachodnich służb i pokazania, jak silny i sprawny jest rosyjski mężczyzna. Sam Władimir Putin po zajściach w Marsylii żartował sobie z tego, jak dwustu Rosjan mogło pobić kilka tysięcy Anglików. Wtórował mu Igor Lebiediew, członek Komitetu Wykonawczego Rosyjskiej Federacji Piłkarskiej, który na Twitterze napisał: „Nie widzę nic złego w walkach kibiców. Dobra robota, chłopaki, tak trzymać".

Legalna draka

Brytyjczycy mówią, ze strach jechać do Rosji. Nie bójcie się. Wszystko będzie w porządku" – przekonują na filmie wyemitowanym przez telewizję Russia Today młodzi, uśmiechnięci Rosjanie w koszulkach reprezentacji. Podobne zapewnienia słychać z Kremla, który w ciągu ostatnich dwóch lat diametralnie zmienił podejście do „fanatów". Dlaczego? Co innego popierać zadymy w innych krajach, a co innego na własnym podwórku, i to jeszcze przed tak ważnym wydarzeniem jak mistrzostwa świata. Kibole zaczęli po prostu przeszkadzać, dlatego im bliżej do mundialu, tym bardziej rosyjskie władze dokręcają śrubę całemu środowisku.

Najbardziej znani chuligani od miesięcy są pod ścisłą kontrolą policji. Funkcjonariusze Federalnej Służby Bezpieczeństwa jeżdżą na mecze, obserwują bójki, a potem w spektakularnych rajdach zatrzymują ich uczestników. Sądy za najmniejsze przewinienia skazują na kary grzywny albo aresztu. Jak donosi Al-Dżazira, w Departamencie E Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Federacji Rosyjskiej, który odpowiada za walkę z terroryzmem, powstała lista osób, które mają zakaz uczestniczenia w imprezach sportowych. Jest na niej ponad 450 nazwisk.

Z obawy przed więzieniem wielu „fanatów" na czas mundialu ma zamiar wyjechać z kraju. Wspomniany już Igor Lebiediew wpadł zaś na pomysł, by w trakcie mistrzostw zorganizować drakę, czyli legalne walki pseudokibiców. Mają one pomóc w rozładowaniu złych emocji i uspokoić co bardziej porywczych fanów.

Zdaniem części ekspertów środki podjęte przez Kreml, choć spektakularne, mogą nie wystarczyć, by uniknąć zamieszek. – Cała struktura władzy jest wciąż bezsilna wobec chuliganów – uważa dr Aminow. Jak żartują sami „fanaci", zakaz stadionowy nie ma sensu, ponieważ oni i tak nie chodzą oglądać rozgrywek.

Sytuacja może się wymknąć spod kontroli także wtedy, gdy Sborna zostanie pokonana przez drużynę z Kaukazu, Afryki albo któregoś z państw arabskich. Kibole wprost zapowiadają, że w takiej sytuacji bardzo zależy im na drace. W rozmowie z „New York Timesem" członek grupy RB Warriors przekonuje, że przyjazd tylu ludzi z całego świata do Rosji to świetna okazja do bójki. – Jeśli nie zostanę aresztowany, to z Bożą pomocą kogoś pobiję – obiecuje mężczyzna. – Nie sądzę, żeby w trakcie mundialu doszło do masowych zamieszek. Nawet jeśli władze poradzą sobie z największymi chuliganami, nie oznacza to, że do walk w ogóle nie dojdzie. Byłam w Marsylii, doświadczyłam gazu łzawiącego i wiem, że mimo działań ze strony francuskich służb starcia miały miejsce – zauważa Amatuni. Tymi głosami zdaje się nie przejmować sekretarz generalny FIFA Gianni Infantino, który wiele razy podkreślał, że nie martwi się o akty przemocy w trakcie mundialu, ponieważ w kwestiach bezpieczeństwa ma pełne zaufanie do Kremla. Oby się tylko nie przeliczył.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL