Robiono to na zwierzętach. Zarodek poczęty in vitro porównywano z wydobytym z ciała biednej myszki bezpośrednio po jej zapłodnieniu. Różniły się od siebie aktywnością 2,5 tysiąca genów. Aż trudno uwierzyć, że z zarodka po in vitro może rozwinąć się normalny organizm.
Jednak dzieci z in vitro rodzą się normalne.
Bo organizm próbuje kompensować te zmiany. A jak widać, jego możliwości są tu niewiarygodne! Proszę jednak zrozumieć, że system kontroli aktywności naszego genomu z zewnątrz został zoptymalizowany przez ewolucję. Jeśli zmienimy warunki na sztuczne, których nie potrafimy do końca kontrolować, mogą dziać się rzeczy, o których nie mamy pojęcia i nie potrafimy przewidzieć. Proces in vitro z angielska nazywa się ART, jak sztuka. Przy naszej raczkującej jeszcze wiedzy przypomina też bardziej sztukę niż naukę.
Jakie defekty obserwuje się u dzieci po in vitro?
Zacytuję badania dużego amerykańskiego instytutu: ciężkie wrodzone wady serca stwierdza się 2,1 razy częściej niż u poczętych naturalnie, rozszczepienie wargi 2,4 razy częściej. Cztery i pół razy częściej dzieci te chorują na zrośnięcie przełyku. To dane z ciąż pojedynczych. Defekty w ciążach mnogich są o wiele częstsze, a takich jest po in vitro 20 razy więcej. Wady te niekoniecznie są warunkowane genetycznie. Ale już w 2003 r. Brytyjczycy wykazali, że po zapłodnieniu w szkle zespół Beckwitha i Wiedemanna, związany z piętnowaniem rodzicielskim, występuje aż dziesięciokrotnie częściej.
Co składa się na ten zespół? nadwaga, deformacja twarzy, przerost języka, asymetria i skłonność do nowotworów?
Niestety, tak. Podobna skala zagrożenia wiąże się z zespołem Russela i Silvera. A to z kolei asymetria, niski wzrost i waga, duży obwód głowy i trójkątna twarz. Dzieci po in vitro częściej chorują też na nowotwory.
O jakich nowotworach pan mówi?
Na przykład wątroby. Przytoczę pracę z 2012 roku. Otóż na 383 zarejestrowanych przypadków nowotworów, 16 dzieci pochodziło z in vitro. Ustalono to, kontaktując się telefonicznie z rodzicami tych dzieci. Niby to mniej, a jednak... Dzieci po in vitro rodziło się wtedy około 100 razy mniej niż po naturalnym poczęciu, zatem 16 należy pomnożyć przez 100, by odpowiadało to liczbie poczętych naturalnie. A więc 1600 przypadków raka wątroby po in vitro odpowiada 367 przypadkom wśród poczętych naturalnie. Ponad cztery razy więcej. Co gorsze, wśród tych 16 dzieci poczętych in vitro syndrom Beckwitha-Widemanna pojawił się cztery razy, a wśród pozostałych 367 – dziewięć razy. A zatem ponad 40 razy częściej.
Jaki wniosek wysnuli badacze?
Dla mnie chybiony. Stwierdzono „bardzo słaby związek między in vitro a rakiem wątroby". Ale występowanie nowotworów powiązali oni z niską wagą urodzeniową tych dzieci. Tylko że niska waga urodzeniowa zdarza się wielokrotnie częściej u dzieci z in vitro. Rodzą się po nim wcześniaki, a powszechnie wiadomo, że to między innymi błąd genetyczny powoduje przedwczesny poród.
Czy powodem defektów może być sam zabieg?
Tak, ale przyczyna może też leżeć po stronie rodziców. W końcu z in vitro korzystają pary z jakiegoś powodu bezpłodne. A wbrew powszechnej opinii, to mężczyźni częściej i skuteczniej przenoszą błędy genetyczne na potomstwo. Głównie dlatego, że mutacje zdarzają się w czasie podziałów komórek, a produkcja plemników wymaga tych podziałów o wiele więcej niż komórka jajowa.
A to już prawie komplement...
Niechby. Ale do rzeczy. Wyobraźmy sobie, że mężczyzna jest bezpłodny, ponieważ ma defekt w chromosomie Y. Jest to chromosom odpowiedzialny za to, że organizm rozwija się „w męską stronę". Taka osoba produkuje mało plemników, ale można je uzyskać poprzez biopsję jąder. Jeśli urodzi mu się syn, chromosom Y uzyska od ojca. I nie ma cudów, musi być wadliwy, czyli i on będzie bezpłodny. A w przyszłości zasili klinikę wykonującą in vitro.
Pan ironizuje?
Skądże! Rozważmy zresztą inny przypadek bezpłodności: niewykształcone lub niedrożne nasieniowody. Dlaczego tak się dzieje? Bo mężczyzna cierpi na łagodną postać mukowiscydozy. Jest zatem bezpłodny, ale nie sterylny – produkuje plemniki i można mu zrobić biopsję jąder. Jeśli jego żona jest nosicielką mukowiscydozy, a to w naszej populacji zdarza się raz na 25 osób, to dziecko z 50-procentowym prawdopodobieństwem urodzi się z tą chorobą. Najprawdopodobniej z jej postacią śmiertelną.
In vitro odblokowuje to, co blokuje natura?
Niestety, tak. Jak mówiłem, mamy dwa komplety genów – od matki i od ojca. Korzystamy z nich, tworząc własne gamety, czyli plemniki bądź komórki jajowe. Ale natura, zanim rozpocznie pro- dukcję gamet, sprawdza prawidło- wość ułożenia tych genów w obu kompletach. Gdy wykryje przesunięcia genów, mówi produkcji gamet: stop. Wtedy jest ich mało, w tym mnóstwo defektywnych, a takie pary małżeńskie kwalifikowane są do... in vitro. Tego typu bezpłodność dotyczy kilku procent populacji. Dlatego z punktu widzenia genetyki po in vitro musi rodzić się więcej dzieci z wadami.
A jednak podczas wręczania Nagrody Nobla określono takie zapłodnienie jako bezpieczny eksperyment. Nie za wcześnie? Najstarsze dziecko ma tylko ponad 30 lat...
Nagroda Nobla dla Edwardsa? Powtórzył na człowieku eksperymenty wykonane 25 lat wcześniej na innych ssakach. A jeśli chodzi o zbyt wczesne odtrąbienie sukcesu... Widzi pani, mówiłem już, że nasze geny występują parami i najczęściej jest tak, że jeżeli się zdarzy coś fatalnego w jednym genie z pary, to tego nie widać. Mówimy, że defekt jest recesywny. Mamy przecież kopię zapasową. Jeśli coś złego zdarzyło się w genie od mamy, to korzystamy z tego od taty. Dlatego dziecko, nawet z defektem w jednym genie, będzie zdrowe, ale ów defektywny gen przeniesie na własne potomstwo. A on ujawni się w którymś – nie potrafimy przewidzieć, w którym – pokoleniu.
Narażamy zatem zdrowie naszych wnucząt?
Narażamy życie całej populacji. Wyniki analiz komputerowych są przerażające. Pokazują, że metody zwiększające częstość mutacji, takie jak in vitro, mogą zabić całą populację, nawet jeśli stosuje się je u jednego czy dwóch procent osobników. Załóżmy, że z in vitro rodzi się kobieta z wieloma defektami recesywnymi, których nie widać. W życiu spotyka mężczyznę poczętego co prawda naturalnie, ale też nie bez wadliwych genów, bo każdy z nas ma ich kilka. W jej przypadku jednak prawdopodobieństwo, że któryś z nich zetknie się z innym z pary również uszkodzonym i ujawni się defekt, jest większe. Bo ich więcej ma. Zwiększanie częstości mutacji prowadzi w końcu do osiągnięcia wartości krytycznej. A wówczas populacja ginie. To tak jak z podgrzewaniem wody. Jest coraz cieplejsza, aż zaczyna wrzeć... i znika.
Ale nowotwór dna oka wymagający amputacji gałek ocznych ujawnia się ponoć już w dzieciństwie.
Zwykle do piątego roku życia. Przypadek tego nowotworu – siatkówczaka – jest bardzo szczególny. Powoduje go mutacja w konkretnym genie. Może ona zostać wniesiona do zarodka przez gametę albo może się ona tam pojawić na skutek nowego błędu. Z badań Holendrów wynika, że siatkówczak oka występuje u dzieci po in vitro pięć razy częściej niż u poczętych naturalnie. A co najgorsze, we wszystkich badanych przypadkach powodujące go mutacje pojawiły się w trakcie zabiegu: nie stwierdzono ich u żadnego z rodziców. Uważam to za najbardziej niebez- pieczny efekt procedury in vitro.
Dlaczego?
Bo sugeruje to, że inne geny mogą mutować się w tej procedurze równie często. Nie widać tych defektów właśnie dlatego, że siatkówczak ujawnia się bardzo wcześnie. Znakomita większość mutacji w innych genach może się nam dać we znaki dopiero w następnych generacjach.
Zarodki można przecież poddać badaniom przedimplantacyjnym i pozbyć się wadliwych...
To zależy, czy chcemy pozbyć się genów letalnych czy tych, które się nam mniej podobają. To już jest metoda eugeniczna. Chcielibyśmy zająć się doborem genów do naszej przyszłej puli genetycznej. Taka dyskryminacja niepokoi mnie także jako człowieka...
Pan myśli o ...
Historii. Czy wie pani, że w procesie norymberskim lekarz Hitlera powoływał się na zalecenia Alexisa Carella, Amerykanina francuskiego pochodzenia, laureata medycznej Nagrody Nobla? Carell uważał, że należy pozbyć się „gorszych" nie tylko w komorach gazowych, ale i przez sterylizację.
Chyba nie zaszkodzimy sobie jednak, eliminując tylko defektywne geny?
Paradoksalnie – tak. Bo okazuje się, że niszcząc zarodki będące nosicielami na przykład genu mukowizscydozy czy anemii sierpowatej, eliminujemy hetero- zygoty. Heterozygota to osoba, która jeden gen ma dobry, a drugi defektywny. Natychmiastowy skutek usuwania heterozygot jest oczywiście pozytywny, bo mamy coraz „zdrowszą" populację, która może w pewnym momencie... zginąć. Bo jest nieprzystosowana do zmian środowiska.
Jak to?
Na przykład pewne heterozygoty są odporne na malarię, a to chyba drugi w rankingu światowy zabójca. Inne łatwiej przeżywają cholerę, czerwonkę czy inne infekcje przewodu pokarmowego, które dziesiątkowały do niedawna rów- nież kraje europejskie. Niektórzy twierdzą, że jeden defektywny gen w specyficznej parze genów podnosi inteligencję. Tylko w układzie heterozygotycznym ludzie mają szansę przeżyć.
W takim razie niektórzy po prostu nie powinni mieć dzieci?
Tak uważam. Jeśli natura postawiła takie bariery, nie powinniśmy ich łamać. Nasza wiedza ciągle jest skromna i nie jesteśmy w stanie przewidzieć skutków zmian w naturalnych regułach gry. W naszym zakładzie badamy ewolucję populacji, używając czasem do obliczeń tysięcy procesorów. Wydaje się, że naturalne populacje balansują blisko warunków krytycznych i jeśli choć odrobinę zwiększymy częstość mutacji w genach, nawet te olbrzymie giną. W przypadku in vitro zwiększamy ją dziesięciokrotnie.
Motylek w Chinach powoduje tornado w Teksasie?
Owszem. Drobna zmiana powiela się, amplifikuje. Mówi o tym olbrzymia dziedzina fizyki – teoria chaosu. Chaos nie jest bałaganem. Jego prawa rządzą wieloma dziedzinami naszego życia.
Niepłodna para patrzy jednak z punktu widzenia jednostki...
A jeszcze inni z punktu widzenia ekonomii. In vitro to potężny biz- nes. Przychody szacuje się na setki miliardów dolarów rocznie. W samym Białymstoku urodziło się po in vitro podobno 10 tys. dzieci, co przy skuteczności rzędu 40 proc. i 10 000 zł za cykl daje okrągłą sumę 250 mln. Gdyby in vitro było przedsięwzięciem naukowym, to po kilkunastu milionach wykonanych prób wiedzielibyśmy o wynikach stosowania metody niemal wszystko. Tymczasem w ogóle nie prowadzi się tego typu badań.
>
Rozmawiał pan kiedyś z rodzicami przed zabiegiem?
Takie pary przychodzą do mnie czasem po radę. Ale ja im nie radzę. Niczego. Jeśli zagrożenie defektem jest większe, mają prawo rozważyć, czy są w stanie takie ryzyko znieść. Ale oceniając cały system, uważam, że jest niegodziwy i karygodny. Rodziców i społeczeństwo trzeba informować o tym, że in vitro zwiększa ryzyko urodzenia dziecka z wadą genetyczną. I to nie o jeden, ale o wiele procent. Mówimy o tysiącach chorych dzieci więcej. Dlatego wydaje się, że dalsze badania powinniśmy prowadzić raczej na zwierzętach, nie na ludziach.