fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Koronawirus. Chiński Czarnobyl?

Władza zawsze z narodem? Prezydent Xi Jinping w Pekinie osobiście nadzoruje walkę z koronawirusem
JU Peng/XINHUA/AFP
Xi Jinping przez siedem lat zbudował najbardziej scentralizowany system kontroli społeczeństwa od czasów Mao. Ale gdy rozpętała się epidemia koronawirusa, jego skuteczność stanęła pod znakiem zapytania. Bo zarazki ani nie boją się represji, ani nie wierzą propagandzie.

Nie sądzę, aby był pan złym człowiekiem. Raczej dość niemądrym. Za każdym razem, kiedy wybucha jakiś kryzys, jest pan bezradny. Nie godził się pan na ujawnienie prawdy, przez co epidemia przekształciła się w ogólnonarodowy kataklizm – za opublikowanie tych słów Xu Zhiyong został 17 lutego aresztowany. Znajomi słynnego działacza na rzecz praw człowieka i byłego wykładowcy prawa są przekonani, że zapłaci za nie wieloma latami więzienia. To nie był pierwszy raz, kiedy odważył się postawić władzom. A te recydywistów traktują ze szczególną surowością.




Drony widzą wszystko

Od kiedy wybuchła epidemia koronawirusa, chińskie władze chcą przekonać świat, że autorytarne państwo potrafi znacznie skuteczniej rozprawić się z naturalnymi katastrofami niż zachodnie demokracje. Może błyskawicznie zaprząc do walki z chorobą cały naród, wypowiedzieć „ludową wojnę". – Xi Jinping wierzy, że jeśli wygra ten najpoważniejszy pojedynek, jaki przyszło mu stoczyć, od kiedy w marcu 2013 r. stanął na czele Chin, droga do przejęcia przez komunistyczne państwo wiodącej roli na arenie międzynarodowej od Stanów Zjednoczonych stanie otworem. A przynajmniej liczy na podział tego świata na dwie strefy wpływów, amerykańską i chińską, w której miejsca dla Europy, Japonii czy nawet Rosji po prostu nie ma – mówi „Plusowi Minusowi" Guy Sorman, ceniony francusko-amerykański politolog znawca Chin.

Chińska propaganda rozpowszechnia więc we wszystkie zakątki globu obrazki z ekspresowej budowy kolejnych szpitali polowych w Wuhanie, 11-milionowej stolicy prowincji Hubei, gdzie wybuchła epidemia. Świat ze zdumieniem odkrywa, że z polecenia jednego człowieka od wielu tygodni stoją tysiące zakładów pracy, z domów nie wychodzą dziesiątki milionów pracowników, a druga największa gospodarka globu trwa w stanie zawieszenia. – Xi decyduje o wszystkim sam, nie musi słuchać nikogo. Jest tylko jeden problem: co, jeśli się pomyli? – pyta w rozmowie z „Plusem Minusem" Steven Tsang, sinolog z Uniwersytetu w Oksfordzie.

O skuteczności władz w Pekinie mają też świadczyć niezwykłe możliwości technologiczne. Gdy paryski Instytut Pasteura zapowiada, że nie da się opracować skutecznej szczepionki na Covid-19 przed upływem dwudziestu miesięcy, chińskie władze zapewniają, że będzie to możliwe najdalej w ciągu dwóch miesięcy. Świat nagle dowiaduje się, że można wykorzystać drony do masowego kontrolowania, czy wszyscy noszą maski higieniczne i nie spożywają posiłków na ulicy. Dzięki kamerom i głośnikom umieszczonym na latających maszynach może o to zadbać dyżurny policjant oddalony od miejsca zagrożonego epidemią o tysiące kilometrów. Analiza w czasie rzeczywistym potężnych zasobów danych daje władzom możliwość rozpoznania, czy pasażerowie samolotów nie przebywali w regionach najbardziej dotkniętych epidemią. Rozlokowane w najważniejszych miejscach termometry elektroniczne mają zapewnić, że do budynków publicznych nie przedostaną się osoby zarażone. A dziesiątki tysięcy lekarzy wysłanych przez chińskiego przywódcę do Wuhanu i 60-milionowej prowincji Hubei mają spowodować, że epidemia zostanie zduszona w zarodku.

Wiadomości mogą być tylko dobre

A jednak mimo tych kolosalnych środków w trzecim miesiącu epidemii wiele wskazuje na to, że to bezbronny Xu Zhiyong, a nie potężny Xi Jinping ma rację. System kontrolowania i zastraszania społeczeństwa okazał się bezużyteczny w walce z wirusem, który przecież ani nie obawia się represji, ani nie wierzy komunistycznej propagandzie. Coraz bardziej narzuca się porównanie z katastrofą w Czarnobylu sprzed 34 lat, która ujawniła, jak naprawdę słaby jest, zdawałoby się, niezwyciężony Związek Radziecki.

Epidemia koronawirusa wybuchła pod koniec listopada lub w pierwszych dniach grudnia. Pierwsi zostali zarażeni sprzedawcy owoców morza na targowisku w Wuhanie. Lokalne władze nie alarmowały jednak o sprawie Pekinu nie tylko dlatego, że wydawało im się, iż choroba może być przenoszona wyłącznie za zwierząt na ludzi i zamknięcie targowiska zatrzyma jej rozprzestrzenianie się.

– Zadziałał mechanizm ukrywania informacji, który rozbudował Xi. Zgodnie z nim to ten działacz lokalnych struktur partyjnych, który zamelduje wykonanie gospodarczego planu i pochwali się realizacją założonych inwestycji, nawet jeśli nie są one nikomu potrzebne, otrzyma awans, a nie ten, który wywoła alarm przed nadchodzącym kataklizmem – mówi „Plusowi Minusowi" James Edward Hoare, brytyjski dyplomata przez wiele lat pracujący w Pekinie.

Tyle że prawda coraz bardziej rozmijała się z zapewnieniami lokalnych władz. Już w grudniu około połowy osób, które padły w Wuhan ofiarą koronawirusa, zaraziło się nie od owoców morza, tylko od innej osoby dotkniętej chorobą. W ten sposób każdego tygodnia rozmiary epidemii się podwajały. Przerażony szybko rosnącą liczbą chorych lekarz lokalnego szpitala Li Wenliang podzielił się za pomocą wewnętrznej platformy społecznościowej swoimi spostrzeżeniami z kilkoma zaprzyjaźnionymi pracownikami służby zdrowia. Radził im też podjąć nadzwyczajne środki ostrożności.

Li nie był specjalnie zachwycony, gdy jego ostrzeżenia zaczęły się szybko rozprzestrzeniać po internecie, ale też się ich nie wypierał. To wystarczyło, aby odwiedziła go policja i wymusiła podpisanie zeznania, w którym przyznaje, że „rozpowszechniał nieprawdziwe informacje" i zobowiązuje się, że już więcej nie będzie tego robił.



Metody Mao

Doktor Li nie był jedyny. Amerykański portal „Foreign Policy" ujawnił, że w obliczu postępującej choroby przeciw oficjalnej propagandzie zaczęli się buntować nawet niektórzy aktywiści lokalnych struktur partii komunistycznej. Z ich inicjatywy na popularnym w Chinach komunikatorze WeChat pojawił się nawet apel: „ktokolwiek umyślnie opóźnia lub ukrywa dane dla własnych interesów, będzie na zawsze przytwierdzony do słupa hańby dziejów". Zapis został jednak szybko z internetu wymazany.

6 lutego Li Wenliang zmarł w wyniku zarażenia koronawirusem, stając się momentalnie bohaterem kraju. Na popularnej platformie społecznościowej Weibo aż półtora miliarda razy pojawiły się zapytania o jego los. Po raz pierwszy od masakry na pekińskim placu Niebiańskiego Pokoju 31 lat temu z taką siłą wybuchły apele o wolność słowa. Nagle okazało się, że ta sama technologia internetowa, która miała być ostatecznym narzędziem kontroli społeczeństwa przez władze komunistyczne, może być dla nich zagrożeniem.

W drugiej połowie stycznia władze postanowiły więc gwałtownie zmienić kierunek oficjalnej propagandy, sięgając po sprawdzony przez wiele autorytarnych reżimów manewr – Pekin zrzucił winę za szybko rozprzestrzeniającą się epidemię na władze lokalne. Doprowadziło to do zdymisjonowania przywódcy Komunistycznej Partii Chin (KPCh) w Hubei Jianga Chaolianga, typowego aparatczyka, który chlubił się przede wszystkim maksymalizacją wzrostu produkcji, i zastąpienia go jednym z najbliższych współpracowników Xi – Ying Yongiem. To dotychczasowy burmistrz Szanghaju, który współpracował z chińskim prezydentem jeszcze w czasach, gdy ten kierował prowincją Zheijang. – Kryzys Tiananmen z 1989 roku nauczył przywódców partii, że muszą się trzymać razem, bo podzieleni mogą polec. Poświęcenie Jianga pokazuje więc, że dla Xi sytuacja stała się poważna – uważa James Edward Hoare.

Ying był wcześniej znany z bezwzględnej walki z kościołami chrześcijańskimi w Zheijang. Z podobną gorliwością zaangażował się w przekształcenie 60-milionowej prowincji Hubei w coś na kształt gigantycznego obozu internowania. Patrole policji i społecznych woluntariuszy zaczęły systematycznie odwiedzać mieszkańców Wuhanu, mniejszych miast i wiosek, aby sprawdzić, czy nie wychodzą oni na dwór i czy nie przejawiają symptomów choroby. Powstał naśladujący najlepsze wzory stalinizmu społeczny system denuncjowania sąsiadów – z odpowiednimi nagrodami. Na WeChat pojawiły się ostrzeżenia, że niektórzy mieszkańcy po prostu nie zostali wpuszczeni do własnych mieszkań i musieli spać na ulicy. Świat bez pudrowania zobaczył, że Xi Jinping to nie tylko nowoczesne wieżowce, sztuczna inteligencja i błyszczące samochody, ale też represje na skalę niespotykaną od czasów Mao.

– Zachodni analitycy sądzili, że skoro ojciec Xi padł ofiarą rewolucji kulturalnej, a potem był bliskim współpracownikiem Deng Xiaopinga, on sam kierował zaś nadmorską prowincją Fujian, to będzie kontynuował liberalne reformy. Stało się dokładnie odwrotnie – podkreśla Guy Sorman.

Metody Mao szybko okazały się jednak nieskuteczne: koronawirus znów był o jedną długość przed władzami. Przed przypadającym 25 stycznia nowym rokiem księżycowym miliony Chińczyków wybrały się w drogę, aby odwiedzić rodziny na drugim końcu kraju. Także ci z prowincji Hubei. Epidemia, która jeszcze w grudniu zasadniczo ograniczała się do Wuhanu, a w styczniu rozprzestrzeniła się na okoliczną prowincję, teraz stała się klęską ogólnonarodową.

Okazało się także, że koronawirus jest sprytniejszy, niż sądzono. Zdaniem Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) okres inkubacji zarazka sięga 24 dni, co stawia pod znakiem zapytania sens wypuszczania osób, które przeszły jedynie dwa tygodnie kwarantanny. Choroba może też być przekazywana poprzez zakażone materiały, w tym nawet banknoty, czy przebywanie w zakażonych pomieszczeniach. To wymaga organizacji kampanii dezynfekcji, która dalece wykracza nawet poza możliwości scentralizowanego, autorytarnego państwa. Za rozwojem epidemii nie jest też w stanie nadążyć służba zdrowia, tym bardziej, że pomni losu doktora Li lekarze boją się dzielić spostrzeżeniami o wirusie. Nawet w Hubei, dokąd skierowano posiłki z całego kraju, braki personelu są bardzo dotkliwe. W Huanggang, milionowym mieście we wschodniej części prowincji, szpitale są w stanie przeprowadzać pełne testy jedynie na 900 pacjentach dziennie. A to tylko jeden z wielu przykładów.

Apple traci wiarę w Pekin

Wraz z rozprzestrzenianiem się wirusa w Pekinie zrodziło się pytanie, czy drakońskie metody wprowadzone przez Yinga w Hubei nie powinny, przynajmniej częściowo, zostać wprowadzone w całych Chinach. Kierownictwo partii uznało, że przynajmniej w pierwszym etapie walki z epidemią nie ma innego wyjścia. Około 700 milionom pracowników nakazano więc wydłużenie urlopów z okazji Nowego Roku Księżycowego do trzech tygodni. Władze najwyraźniej zdały sobie sprawę, że skala epidemii stanowi już egzystencjalne zagrożenie dla reżimu.

18 lutego rząd opublikował najpełniejszą jak dotąd analizę koronawirusa, opartą na 44 tys. przypadkach zarażonych osób. Wynika z niej, że w skali kraju umiera 2,3 proc. chorych, a w samej prowincji Hubei – 2,9 proc. Gdyby jednak wirus dotknął co dziesiątego mieszkańca Chin, doprowadziłby to do blisko czterech milionów zgonów: wystarczająco, aby zdestabilizować komunistyczny reżim.

Paraliż kraju już teraz jest niebezpieczny dla władz. Prognozy dla chińskiej gospodarki, która w minionym roku z trudem utrzymała wzrost na poziomie 6 proc. (jeśli trzymać się oficjalnych, niezbyt wiarygodnych danych), są systematycznie korygowane. Niektórzy ekonomiści mówią już nawet o 3–4 proc., co podważa jeden z filarów legitymizacji władzy KPCh: stały, szybki wzrost poziomu życia.

W połowie lutego władze oficjalnie nakazały wznowienie pracy przez przedsiębiorstwa znajdujące się poza prowincją Hubei. Ale to proces stopniowy, bo zarówno pracownicy, jak i same firmy obawiają się, że epidemia wcale nie jest pod kontrolą. „New York Times" szacował 18 lutego, że kwarantannie różnego stopnia, we własnych mieszkaniach i w specjalnych ośrodkach, podlega 760 mln Chińczyków – przeszło połowa ludności. Nie jest nawet pewne, do jakiego stopnia są zabezpieczeni przed chorobą sami przywódcy kraju. Do tej pory Xi Jinping nie odważył się pojechać do Hubei i jej stolicy, Wuhanu. Wolał tam posłać premiera Li Keqianga.

Epidemia postawiła też pod znakiem zapytania sam model rozwoju Chin. Od reform Den Xiaopinga sprzed czterech dekad kraj miał ambicję stać się „fabryką świata": miejscem, gdzie amerykańskie, europejskie czy japońskie koncerny lokują większość swoich inwestycji. Ten układ był dla zachodniego kapitału na tyle intratny, że Zachód godził się na przekazywanie chińskim partnerom technologii i wejście z nimi w spółki joint venture. Koronavirus podważył ten model. Od Apple'a po Toyotę czy Cartepillar, największe koncerny świata już od wielu tygodni nie tylko zamknęły swoje zakłady w Chinach, ale z braku komponentów sprowadzanych z ChRL musiały też mocno ograniczyć produkcję gdzie indziej. Na razie nie wiadomo, czy spowoduje to trwałą zmianę miejsca Państwa Środka w globalnej gospodarce. Pewne wydaje się natomiast, że Xi nie będzie w stanie wypełnić zawartego w październiku porozumienia z Donaldem Trumpem, które miało przynajmniej na razie położyć kres wojnie handlowej. Pekin zobowiązał się wówczas m.in. do zakupu za 80–100 mld dol. produktów rolno-spożywczych oraz nośników energii z USA.

Już przed wybuchem epidemii chaotyczne relacje z Waszyngtonem były tylko jednym z międzynarodowych wyzwań, którym Xi nie bardzo potrafił stawić czoła. Pozwolił na przekształcenie się studenckich manifestacji w Hongkongu w otwarty bunt przeciw Pekinowi. Najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, jak twarda może być reakcja społeczeństwa nieprzyzwyczajonego do autorytarnego zarządzania na wprowadzenie automatycznej ekstradycji osób ściganych przez władze ChRL. Xi nie wziął także pod uwagę znaczenia, jakie dla rozwoju kraju ma centrum finansowe Hongkongu, miejsce utrzymywania lokat przez aparat partyjny.

To nie koniec tej gry

Wybór na prezydenta Tajwanu Tsai Ing-we, lansującej program pełnej niepodległości wyspy, także pokazał ograniczenia mocarstwowej polityki prezydenta. A przecież obok obietnicy dobrobytu miał to być drugi filar jego rządów. W drugiej połowie stycznia oficjalne media niespodziewanie opublikowały wystąpienie Xi dla kadry partyjnej, w którym przyznał, że już 7 stycznia wiedział o zagrożeniu, jakie stanowi koronawirus i wydawał polecenia, aby z całą siłą przeciwstawić się epidemii. Relacje o działalności Xi Jinpinga z tamtego okresu tego nie potwierdzają. Ale niezależnie od tego, jaka jest prawda, jedno jest pewne: samo usprawiedliwianie się prezydenta przez narodem jest w chińskim systemie władzy czymś niezwykłym. Czy, jak Czarnobyl w 1986 r., może być początkiem uznania przez reżim swojej słabości, a może nawet jego upadku?

– Czarnobyl zdarzył się w chwili, gdy Związek Radziecki był już słaby. Tego w Chinach nie ma, naród nie ma też żadnego wpływu na to, kto stoi na jego czele: to wyłączna kompetencja Komitetu Centralnego, który Xi obsadził w większości swoimi zwolennikami – zastrzega Guy Sorman. Ale przyznaje też, że nastroje w społeczeństwie nie są dobre, gospodarka szwankuje. – Prezydent odwrócił wiele reform rynkowych, 80 proc. kredytów skierował do sektora państwowego, próbował budować wielkie koncerny technologiczne, opierając się na armii, czego przykładem jest Huawei. A to wywołało sprzeciw Ameryki, którego Pekin się nie spodziewał – podkreśla.Jesienią doradca Donalda Trumpa ds. Chin generał Robert Spalding mówił „Plusowi Minusowi". – Nie zrozumieliśmy, co oznaczała masakra na placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 r. Uwierzyliśmy, że otwarty rynek wystarczy, aby demokracja i rządy prawa same stopniowo objęły cały glob. Komunistyczna Partia Chin pokazała, że nigdy na to nie pozwoli.

Pół roku później epidemia koronawirusa niespodziewanie spowodowała, że w tej wielkiej rozgrywce między autorytaryzmem i wolnością piłka znów jest w grze. 

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA