fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Snowboard. Rebelia olimpijsko ugrzeczniona

AFP
Początki romansu igrzysk olimpijskich ze snowboardem nie zapowiadały tak wielkiej miłości. Wydawało się, że po pierwszej randce w Nagano w 1998 r. może dojść do szybkiego rozstania. Ani bowiem snowboard nie pokochał igrzysk, ani vice versa.

Jeżdżący na jednej desce sportowcy są dziś oczkiem w głowie Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl) i pupilkami telewizji – na najważniejszym rynku, amerykańskim, to snowboard jest najchętniej oglądaną dyscypliną. W Pjongczangu wśród uchodzących niegdyś za niepasujących do olimpijskiego towarzystwa sportowców rozdanych zostanie 10 kompletów medali w pięciu konkurencjach. Więcej finałów będzie tylko w klasycznych dyscyplinach, obecnych w programie od zawsze: narciarstwie alpejskim, biegach, biatlonie i łyżwiarstwie.

„Po zakończonych zawodach zobaczyłem siedzącego samotnie na pustych już trybunach Jake'a Burtona. Podszedłem do niego i przez minutę lub dwie patrzyliśmy bez słowa na tor. W końcu zaczęliśmy rozmawiać. Spytałem go, czy wierzy, że jesteśmy na igrzyskach, że to, co rozpoczęliśmy na małych oblodzonych wzgórzach, w puchu, poza trasami, w tych częściach gór, gdzie nielegalne było wchodzenie, skończyło się na igrzyskach. Nie chcę trywializować, ale myślę, że podobnie musieli się czuć naukowcy pracujący nad bombą atomową. Osiągnęli coś niesamowitego z punktu widzenia nauki. Ale pojawiła się też refleksja: »Mój Boże, jakie zło obudziliśmy«". Tak debiut snowboardu na igrzyskach w Nagano 20 lat temu wspomina jeden z pionierów jazdy na desce Brad Stewart. Najpierw sam był profesjonalnym zwodnikiem, później założył firmę szyjącą ubrania – Bonfire. Wspomniany przez niego Burton to inny ojciec założyciel snowboardu, a dziś potentat biznesowy w branży desek i ubrań. Reprezentacja USA już w czwartych igrzyskach z rzędu jeździ w strojach jego firmy i na produkowanym przez niego sprzęcie.

Burton i Stewart byli jednymi z pierwszych, którzy na początku lat 70. odpięli dwie narty i zastąpili je jedną deską. Za wynalazcę przyjęło się uważać jednak Shermana Poppena. Inżynier z Muskegon w stanie Michigan jako pierwszy połączył narty, a na czubie zamontował linkę, tak by zjeżdżając na takiej desce, można było ją kontrolować. Poppen wymyślił tę zabawkę dla swoich córek, a jego żona Nancy nazwała ją „snurfer" (od „snow" śnieg i surfowania). Pierwszy snurfer został skonstruowany w wigilię 1965 r., a Poppen zgłosił wniosek patentowy rok później.

Swetry z lumpeksu

Jako pierwszy wiązania do deski dodał jednak na początku lat 70. wspomniany Jake Burton. Snowboarding nie był sportem – był stylem życia i elementem zimowej kontrkultury na stoku. Oczywiście współzawodnictwo musiało się pojawić, ale nie było sformalizowane, nie miało spisanych reguł. Od początku chodziło bardziej o styl – spektakularne tricki, akrobacje, skoki z ramp – niż o szybkość.

Snowboardziści musieli jednak nauczyć się jeździć szybko, gdyż byli notorycznie wyganiani z ośrodków narciarskich i musieli uciekać. Dziś, gdy kurorty prześcigają się w udogodnieniach dla nich, gdy budują rynny, rampy, skocznie, wydaje się to niepojęte, ale jazda na desce była zabroniona na niektórych trasach narciarskich nawet jeszcze na początku lat 90.

Snowboard rozwijał się więc jako subkultura gniewu, punk rock na deskach. Od początku charakteryzował się własną muzyką, zwyczajami, slangiem i przede wszystkim modą. W latach 70. jeżdżono w jeansach i kurtkach puchowych. Gdy dekadę później narciarze pojawiali się na stokach w neonowych jednoczęściowych kombinezonach, snowboardziści zadawali szyku w swetrach z lumpeksów i sklepów Armii Zbawienia. W latach 90., gdy narciarze zakładali idealnie przylegające do ciała spodnie z pianki, ludzie sunący po stokach na deskach uważali, że im bardziej obszerny strój i im bardziej portki wiszą w kroku, tym lepiej. Coś z tego zostało im do dziś.

Snowboardziści nigdy nie byli sportowcami w znaczeniu reżimu treningowego, żmudnych ćwiczeń wykonywanych pod okiem szkoleniowca. Zresztą jak nauczyć kogoś wykonywać potrójny korkociąg czy inny trick? Snowboard polegał na kreatywności i wyobraźni zawodników. A z czasem i na braku strachu. Dziś – 20 lat po debiucie w Nagano – i to się zmienia. Najlepsi zawodnicy mają trenerów, a także korzystają z psychologów, fizjologów, dietetyków oraz serwismenów – tego wszystkiego, przed czym kiedyś się bronili i w kontrze do czego byli.

Duch rebelii nie opuścił zawodników i środowiska snowboardowego przy okazji debiutu na igrzyskach. Start w Nagano zbojkotował Terje Hakonsen. Norweg nie zgadzał się z tym, by nadzór nad snowboardem miała Międzynarodowa Federacja Narciarska (FIS), a nie Międzynarodowa Federacja Snowboardu. – Nie rozumiem, dlaczego nadzór nad naszą dyscypliną dostaje ktoś, kto o nas nigdy nie dbał, a wręcz przeciwnie – starał się nas pomniejszać – mówił w 1998 r. Hakonsen, wtedy trzykrotny mistrz świata w half-pipie. Burton ze Stewartem wytoczyli z kolei proces amerykańskiej federacji narciarskiej o sposób wyłaniania reprezentantów USA na igrzyska.

Impreza przez trzy dni

Idealnym dopełnieniem debiutu snowboardu na igrzyskach w Nagano i ilustracją tego, jak daleko było wówczas jeździe na desce do olimpizmu, była historia pierwszego medalisty w slalomie. Złoto wywalczył Kanadyjczyk Ross Rebagliati. Po ceremonii medalowej natychmiast rozpoczął świętowanie, gdyż wówczas snowboardziści w wiosce olimpijskiej, nie do końca być może jeszcze świadomi, jak poważną sprawą są igrzyska, zajmowali się głównie imprezowaniem. Do legendy przeszły historie o tym, jak amerykańscy zawodnicy porwali ratrak służący do przygotowywania trasy i jeździli nim kompletnie pijani.

– Po trzech dniach imprezy usłyszałem, że ktoś łomocze do drzwi w moim pokoju. Zwlokłem się i w samych majtkach, zaspany, otworzyłem. W progu stał trener naszej ekipy i powiedział, że mam problem. Oblałem test antydopingowy. W moim moczu wykryto THC – wspomina Rebagliati.

THC, czyli tetrahydrokannabinol – główną substancję psychoaktywną zawartą w marihuanie. Do dziś Ross twierdzi, że ponieważ starał się o olimpijską kwalifikację 10 miesięcy przed igrzyskami, w kwietniu 1997 r., przestał chwilowo palić trawkę. Upierał się, że THC w jego moczu musiało pochodzić z biernego palenia podczas imprezowania z przyjaciółmi.

I to właśnie postanowił razem z działaczami kanadyjskiej federacji udowodnić urzędnikom badającym próbki. Pamiętajmy jednak, że mówimy o 1998 r., gdy marihuana dla większości opinii publicznej wciąż była niemal twardym narkotykiem, a o medycznym jej stosowaniu lub o legalizacji gdziekolwiek poza Holandią nie było w ogóle mowy.

Dziś fakt, że Kanadyjczyk, który medal odbierał w charakterystycznym czerwonym berecie, zapalił jointa, nie wzbudziłby międzynarodowej sensacji. Nie byłoby w ogóle tematu. W 2013 r. MKOl podniósł dopuszczalną ilość THC w moczu dziesięciokrotnie – z 15 nanogramów na milimetr do 150 ng/ml. Wynik Rossa to 17,8. Rebagliati walczył o to, by zwrócono mu medal – w przenośni, bowiem jak twierdzi, w trakcie tych przepychanek prawno-medycznych trzymał krążek wciąż w kieszeni spodni. Tym bardziej że THC nie znajdowało się wówczas na liście środków zakazanych przez MKOl – było jednak zabronione przez Międzynarodową Federację Narciarską. Koniec końców zadecydowano, że Ross zachowa tytuł pierwszego mistrza olimpijskiego w snowboardzie.

To nie był jednak koniec przygód Kanadyjczyka. Został zatrzymany przez japońską policję – używanie i posiadanie marihuany w Japonii jest zakazane. Musiał złożyć wyjaśnienia, po raz kolejny zeznać, że nie palił skrętów w trakcie igrzysk. Rebagliati mówi, że najbardziej żal mu było ojca. – Gdy wsiadał do samolotu do Kanady, jego syn był mistrzem olimpijskim. Gdy wylądował w Vancouver, byłem w więzieniu – wspominał Ross po latach.

Marihuana już na zawsze przylgnęła do Rebagliatiego. W jednym z wywiadów wspominał, jak w Vancouver został rozpoznany przez dzieciaka, który poprosił go autograf i wspólne zdjęcie. Gdy składał podpis, ojciec dziecka wyrwał mu długopis i zwyzywał od „narkomanów". W pewnym momencie próbował rzucić palenie, zająć się polityką, nic z tego nie wyszło. Przestał więc z tym walczyć i zaczął monetyzować. Medyczna marihuana jest legalna w Kanadzie od 2001 r., a jedną z obietnic w kampanii wyborczej obecnego premiera Justina Trudeau było całkowite zalegalizowanie konopi. Ma tak się stać latem tego roku. W styczniu 2013 r. Rebagliati otworzył Ross Gold – sieć przybytków, które w Europie nazwalibyśmy coffee shopami, a w Ameryce Północnej nazywają się „dispensaries".

Dziś snowboard jest jedną z najchętniej oglądanych dyscyplin olimpijskich. Zresztą właśnie po to, by ratować zimowe igrzyska, został włączony do programu. MKOl musiał zareagować na malejącą, a przede wszystkim starzejącą się widownię. Dlatego z czasem obok half-pipe'u i slalomu pojawiły się kolejne, bardziej widowiskowe, bardziej niebezpieczne, ale zarazem trudniejsze do obiektywnej oceny konkurencje akrobatyczne. Cztery lata temu w Soczi po raz pierwszy zaprezentowano światu slopestyle – zjazd, w którym liczą się tricki, skoki oraz akrobacje w powietrzu wykonywane po wjechaniu na rampę wyrzucającą zawodnika kilkanaście metrów w górę. Slopestyle okazał się zresztą natychmiastowym sukcesem. Postanowiono więc pójść za ciosem i w Pjongczangu dodano konkurs big air.

Zgodnie z nazwą w big air wszystko jest wielkie. Rampa, z której wyskakują zawodnicy, wysokości, na jakich latają, tricki, jakie wykonują w powietrzu. Zadbano też o odpowiednią oprawę – skocznia ma 49 metrów wysokości i jest największa na świecie. Włączenie big air do igrzysk, a wcześniej slopestyle'u, to dowody na odmładzanie igrzysk. Być może MKOl zadecyduje, że od kolejnych w programie olimpijskim znajdzie się jeszcze big air na nartach. Podobnie było z half-pipem i slopestylem – narciarzom szlaki przecierali zawodnicy na jednej desce.

Niektórzy snowbordowi ortodoksi oskarżają MKOl, że urządził z igrzysk zimowe X-Games, tylko ugrzecznione i pozbawione atmosfery festiwalu muzycznego, tak charakterystycznej dla „ekstremalnych igrzysk", czyli zawodów, za którymi stoi jedna z największych amerykańskich stacji telewizyjnych ESPN. W tym roku w połowie zawodów half-pipe'u kobiet zrobiono przerwę na występ dwóch legendarnych raperów: Method Mana i Redmana. W stoiskach z jedzeniem można kupić jarmuż i kaszę jaglaną pod każdą postacią, czy co tam akurat znajduje się na topie jadłospisu biowegan. Tymczasem podczas tradycyjnych igrzysk tej otoczki nie ma.

X-Games rozgrywane są co roku. Letnie w różnych miastach (w tym roku w Sydney) chociaż przez pewien czas gospodarzem było Los Angeles. Zimowe od lat w Aspen w stanie Kolorado. Zostały stworzone z myślą o telewizji – gdy ESPN startował ze swoim drugim kanałem i chciał przyciągnąć młodszych widzów – i przeszły najśmielsze oczekiwania pomysłodawców. Dziś MKOl czerpie z tego pełnymi garściami. Po zapożyczeniu niemal wszystkich konkurencji snowboardowych i narciarskich, zaczął węszyć i przy letnich sportach. W Tokio w 2020 r. w programie igrzysk zadebiutują zawody deskorolkowe.

Skateboarderzy ze światowej czołówki otwarcie mówią o swoich obawach związanych z testami dopingowymi i powtórzeniem historii Rebagliatiego. Marihuana jest bowiem równie nieodłącznym elementem kultury deskorolki i snowboardu (z przerwą raz na cztery lata). W trakcie ekstremalnych igrzysk oczywiście żadnych kontroli nie ma, co zresztą ściągało już wielokrotnie gromy na organizatora i głównego sponsora całej zabawy, czyli ESPN.

– X Games to nasz świat, tu sportowcy mogą być sobą. Nie muszą dzielić wioski z łyżwiarzami figurowymi czy z bobsleistami. To jest nasze naturalne środowisko, sporty akcji, sporty ekstremalne. Wszyscy na tym się wychowaliśmy – mówi wiceprezydent X-Games Tim Reed w rozmowie z gazetą „The Star".

Zimowe igrzyska to blisko trzy tysiące sportowców z niemal 100 krajów. Na X-Games rywalizuje elita – 150 zawodników z ośmiu krajów. W big air w tym roku w Aspen startowało ośmiu zawodników. Każdy z nich zaprezentował tricki, po których pożywiona jarmużem i legalną w stanie Kolorado marihuaną publiczność wyła z zachwytu. W trakcie igrzysk w Pjongczangu w big air (sobota 24 lutego) startować będzie 40 sportowców z 20 krajów. Część z nich prawdopodobnie wykona akrobacje, które na X-Games nikogo by nie zachęciły do oklasków i nawet chwilowego odstawienia napoju na bazie yerba mate.

Igrzyska to dla snowboardzistów czy narciarzy freestyle'owych nienaturalne środowisko. W X-Games medale zdobywają indywidualnie, zwycięzców nie nagradza się odegraniem hymnu państwowego. Dla sportowców ekstremalnych zdecydowanie ważniejsze jest to, jakiego sponsora reprezentujesz, od kraju pochodzenia.

Zawodnicy Red Bulla, Burtona czy Monster Energy jeżdżą razem po całym świecie, nagrywają swoje tricki czy szalone przejazdy, filmiki wrzucają do mediów społecznościowych, a każdy taki film to oczywiście reklama sponsora. Hasztag NBD – never been done (nie wykonano wcześniej) – zapewnia miliony odsłon i doskonałą ekspozycję produktu.

Kanadyjski narciarz uprawiający slopestyle Alex Beaulieu-Marchand (Monster Energy Drink) mówi: – Na igrzyskach Amerykanie kibicują Amerykanom, a Kanadyjczycy swoim rodakom. To supersprawa reprezentować swój kraj, ale superfajne jest, że nie musimy tego robić na co dzień.

Średni wiek widowni telewizyjnej igrzysk w Soczi wynosił rozczarowujące 55 lat. W dodatku widz się starzeje – w 2002 r. w Salt Lake City średnia wynosiła 48 lat. Włączenie ekstremalnych sportów nie przyciągnęło młodzieży przed telewizory tak bardzo, jak spodziewał się MKOl. W 2010 r. X Games obejrzały 43 mln widzów w USA, oczywiście na ESPN. Otwarcie igrzysk w Pjongczangu śledziła prawie dwa razy mniejsza widownia – 28 mln. Od 1998 r. i fatalnego startu snowboard stał się najchętniej oglądaną dyscypliną igrzysk, ale ogólnej tendencji spadkowej nie zatrzymał.  Cztery lata temu w Soczi najwięcej Amerykanów przyciągnął przed telewizory Shaun White. Legendarny snowboardzista rywalizujący w half-pipie w Pjongczangu zdobył trzecie złoto olimpijskie (poprzednio w Turynie w 2006 i w Vancouver w 2010). White to również 13-krotny złoty medalista X-Games w slopestyle'u i superpipie (większy half-pipe). W Soczi zajął tylko czwarte miejsce, ale jego występ w Rosji śledziły 24 mln widzów. Wciąż w porównaniu z X-Games to jednak bardzo mało.

MKOl i telewizje, tak mocno stawiając na snowboard, zabijają jego subkulturę. Dziś jazda na desce po śniegu już nie jest tak cool jak 20 lat temu. Wraz z wejściem do mainstreamu przestała być wyrazem buntu, manifestacją wolności. Na snowboardzie jeżdżą dziś 40-latkowie – ciotki i wujkowie dzisiejszych nastolatków, a nastolatki nigdy nie chciały robić tego, co ich ciotki i wujkowie.

Złota taśma

W 2015 r. po raz pierwszy w USA –  ojczyźnie snowboardu – zanotowano spadek w sprzedaży sprzętu (o 4 proc.). Snowsport Industries America naliczyła tego roku 7,7 mln osób jeżdżących na desce. Od szczytowego sezonu 2010/2011 wynik był gorszy o blisko 600 tys. W marcu 2016 r. firma Burton Snowboards musiała zwolnić 40 ze swoich 950 pracowników, a w maju kultowe pismo „Snowboard Magazine"  przestało się ukazywać w wersji papierowej.

Gdy subkultura staje się na tyle duża, że zaczyna flirtować z mainstreamem, a następnie zostaje przez niego wchłonięta, zaczyna się jej rozkład. Tak było z punk rockiem, tak było z windsurfingiem, tak się dzieje ze snowboardem. Todd Richards był dwukrotnym mistrzem USA w half-pipie, wymyślił trick nazwany jego imieniem, który dziś jest w kanonie, wziął udział w debiucie snowboardu na igrzyskach w Nagano (był 16. w half-pipie), założył firmę produkującą sprzęt. W rozmowie z magazynem „Vice" nie owija w bawełnę: „To całe antyestablishmentowe nastawienie środowiska... przecież to dziś jest g... warte. Na stoku już nikt na ciebie nie pluje, bo jeździsz na desce. Widujesz babcie na snowboardzie, a babcia na desce nie wyciągnie środkowego palca skierowanego w stronę całego świata. Dajcie spokój".

Pomimo olimpijskiego ugłaskania w snowboardzie wciąż wyczuwalny jest duch rebelii. Zwycięzca jednego z najpopularniejszych i najważniejszych wyścigów sezonu nie dostaje nagrody finansowej. Legendary Banked Slalom (LBS) odbywa się co roku na stoku góry Mount Baker w stanie Waszyngton. To przy okazji spotkanie całego środowiska. Chociaż to slalom, wydarzenie jest na tyle ważne, że na starcie można zobaczyć również i specjalistów od half-pipe'u czy slopstyle'u. W 2017 r. w małym schronisku i jego okolicach zgromadziło się ponad tysiąc osób. W 1985 r. w pierwszej edycji wzięło udział 14 zawodników. Na miejsce zawodów wybrano Mount Baker, bo tamtejszy ośrodek był jednym z niewielu, który wtedy wpuszczał snowboardzistów.

To jedyny wyścig, w którym 65-letni weteran staje na tej samej trasie, co kilkunastoletni dzieciak i mistrz olimpijski. Wśród mężczyzn najczęściej triumfował Terje Hakonsen – ten, który zbojkotował debiut snowboardu w Nagano, ponieważ nie czuł się wystarczająco wolny w gorsecie reguł FIS i MKOl. Po raz pierwszy wygrał w 1995 r. – po raz ostatni (jak dotąd) 17 lat później. Wśród kobiet siedem zwycięstw z rzędu (osiem w sumie) odniosła Kanadyjka Maëlle Ricker – mistrzyni olimpijska z Vancouver. Nagrodą dla zwycięzcy jest spersonalizowana kurtka firmy Carhartt i pomalowana sprejem na złoto taśma izolacyjna.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA