Plus Minus

Władysław Kunicki-Goldfinger, hipis z PPS

Przyznanie doktoratu honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego, rok 1989. Fot. Marek Ostrowski
archiwum Zakładu Genetyki Bakterii UW
Budził respekt wśród młodych biologów i wszelkiej maści buntowników. Może dlatego, że był dokładnie taki jak oni. 13 lutego mija 100. rocznica urodzin Władysława Kunickiego-Goldfingera.

Nie bardzo wierzyłam w to, co widzę. 15 listopada 1987 r. sala ogrodów działkowych przy Odyńca w Warszawie przygarnęła „młodych" i „starych" marzycieli. Wychowanych na Stanisławie Brzozowskim i Bolesławie Limanowskim. Wierzących w szklane domy. Żołnierzy Powstania Warszawskiego, kilku profesorów, kilku robotników z „Solidarności", kilku inteligentów próbujących przez dziesięciolecia ochronić etos dawnej PPS. I nas: młodych gniewnych z drugiej fali opozycji solidarnościowej, czasem niedouczonych, bardzo radykalnych. Wizerunki zgadzały się ze stereotypem: na sali dominowały swetry, Jan Józef Lipski mieścił się w ogólnej wizji profesora opozycjonisty: sztruksowe spodnie, miękka marynarka, beret, siwe włosy i fajka. Spojrzenie zamyślone.

Ale „ten drugi profesor" wyglądał jak anarchista z ruchu Wolność i Pokój. Roześmiane oczy, wianuszek siwych kosmyków wokół czaszki, dystans do rzeczywistości i porażające poczucie humoru. Porażające, wydające się czasem pozornie brakiem powagi, bo to my, młodzi chcący odbudować PPS, mieliśmy przecież monopol na żarty z systemu i Lecha Wałęsy, bieganie po ulicach w czapkach krasnoludków, odmawianie służby wojskowej i porzucenie raz na zawsze (o święta naiwności!) patriotycznej kalki z napisem „Bóg, Honor, Ojczyzna". A tu nagle przychodzi ktoś starszy o dwa pokolenia i pokazuje nam język. Jak Einstein na słynnym zdjęciu...

Mieliśmy poczucie, że jest taki jak my. Pycha młodości... Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że mamy do czynienia z czystym źródłem tradycji, o której czytaliśmy w książkach: z przedwojennym pepeesowcem. To w domu jego rodziny, u Kunickich w Lublinie, obradował pierwszy w niepodległej Rzeczypospolitej rząd Ignacego Daszyńskiego. W dużej mierze socjalistyczny w składzie i socjalistyczny w programie, a przy tym niepodległościowy. Do domu tego Limanowski, Andrzej Strug, Wacław Sieroszewski i inni socjaliści przychodzili podyskutować. Działacz spółdzielczy, socjalista i przyszły prezydent Stanisław Wojciechowski był tu wcześniej właściwie domownikiem.

Ale w roku 1987 nie było czasu na pogrążanie się w historycznych wspomnieniach. My, młodzi socjaliści, robiliśmy rewolucję. A SB zwijała spośród nas wszystkich, nie bacząc na siwe włosy profesorów. Byliśmy z naszym pomysłem na partię socjalistyczną ideologicznym zagrożeniem, wrogiem na lewicy, kradliśmy rację istnienia pezetpeerowskiej władzy.

Długo to nie trwało, ale przez trzy lata przełomu mogliśmy być dumni z uwagi, z jaką śledziło nas umierające bardzo powoli totalitarne państwo. Dopóki całkiem nie padło. Kiedyś na papierosie w korytarzu, kiedy ciężko już było wytrzymać na partyjnym zebraniu PPS, profesor Kunicki-Goldfinger popatrzył na mnie gniewnie i powiedział: – Rozpieszczają was te łapsy, a wy podstawowej dyscypliny w myśleniu nie macie, po cegle trzeba ze ściany wyjmować, tak żeby cała ściana na ciebie nie runęła od razu.

Nie chciałam słuchać, ale radę zapamiętałam.

Długie włosy

Co ciekawe, wrażenie wywierane na uczniach przez Kunickiego-Goldfingera było dość uniwersalne i niezależne od tego, czy byli to uczniowie polityczni czy mikrobiolodzy... Oto wspomnienie profesora Zbigniewa Kwiatkowskiego z pierwszego spotkania z nim na Uniwersytecie im. Marii Curie-Skłodowskiej. Kunicki-Goldfinger by już uznanym naukowcem – cztery lata po doktoracie, dwa po habilitacji: „Profesor zdjął już wówczas mundur armii Andersa. Miał uśmiechniętą i życzliwą twarz, ale wyglądał, jak na profesora z tamtych czasów, dość dziwnie. Jak hipis. To także uczyniło nam go bliskim".

Zbigniew Kwiatkowski był profesorem biologii, fizjologii bakterii i mikrobiologii. A Władysław Kunicki-Goldfinger pozostał jego Mistrzem na całe życie. „Tacy ludzie jak on wyprowadzali polską biologię z XIX wieku" – pisał o swoim nauczycielu.

A skąd się wzięły długie włosy? – Może z przekory... – zastanawia się syn profesora Marek Kunicki-Goldfinger. – Ojciec zresztą nie przywiązywał dużej wagi do wyglądu zewnętrznego. Opowiem taką anegdotkę. Chodziłem do szkoły podstawowej w centrum Warszawy, kolega z klasy był zafascynowany ruchem hipisowskim i miał najdłuższe włosy w klasie. Ja byłem drugi z kolei. Dyrektor, nowy i raczej mało otwarty, postanowił nas nastraszyć, może usunąć ze szkoły. Wezwano naszych ojców. Weszli do gabinetu, obaj z włosami do ramion... Dyrektor chyba zrozumiał od razu, że tu „wsparcia wychowawczego" nie znajdzie. W szkole jednak zostaliśmy.

Marek Kunicki-Goldfinger dodaje jeszcze, że sam ojciec, zauroczony studenckim ruchem kontrkultury, w 1970 r. mógł go obserwować w warunkach naturalnych, kiedy po 1968 r. zaoferowano mu paszport na wyjazd do USA. Pojechał na rok jako visiting professor, ale wrócił. – Pewnie liczyli, że zostanie – wspomina syn. – Ale się przeliczyli.

Zdziwienie towarzyszące młodym studentom, naukowcom i opozycjonistom przy pierwszym kontakcie z profesorem prawie zawsze miało ten sam charakter. – Profesora poznałem jeszcze jako student w roku 1960. Podczas ćwiczeń strasznie się nam nudziło i zaczęliśmy grać w brydża. Złapała nas na tym jedna pani doktor i zrobiła nieludzką awanturę. Zapowiedziała, że wkrótce przyjedzie prof. Kunicki i on to już z nami załatwi. No i zjawia się profesor. Niski. Włosy wspaniałe. Wąsy nastroszone. Cały rok się zebrał, a on mówi: „Słyszałem, że macie państwo znakomite sukcesy w brydżu. Mam nadzieję, że będziecie mieli również sukcesy w mikrobiologii" – wspominał w artykule Sławomira Zagórskiego w „Gazecie Wyborczej" w 2005 r. jeden z brydżystów prof. Roman Mycielski. W tym czasie, w 1961 r., Władysław Kunicki-Goldfinger założył na Uniwersytecie Warszawskim Katedrę Mikrobiologii, pierwszą samodzielną jednostkę organizacyjną o profilu wyłącznie mikrobiologicznym. Wcześniej były Lublin i Wrocław.

Socjalizm i legalizm

Jego życiorysem można by obdzielić kilka osób. W dzieciństwie mieszkał u wuja Władysława Kunickiego w Lublinie. Ten socjalistyczne konspirowanie uprawiał jeszcze w czasach carskich. W Niepodległej – mason (współzałożyciel w Lublinie loży Wolny Oracz) i członek Rady Naczelnej PPS. To on (i związana z socjalistycznym ruchem spółdzielczym matka Waleria) miał największy wpływ na kształtowanie socjalistycznych przekonań siostrzeńca, którego w roku 1937 usynowił.

Wuj nie miał własnych dzieci, więc – gdyby nie wojna – można by uznać, iż dwie lubelskie kamienice, w których mieściło się prywatne gimnazjum dla dziewcząt, przedmiot dumy całej rodziny, zostaną po prostu prawnie przekazane następcom: przyszłemu profesorowi i jego siostrom. Decyzja o usynowieniu przydała się potem szczególnie młodszej siostrze Annie – pod nowym nazwiskiem ukrywała się za okupacji przed gestapo. Władysław takiego problemu nie miał; przewędrował prawie cały szlak z armią Andersa, ale mógł otwarcie używać podwójnego nazwiska i przy tym pozostał przez całe życie.

A ojciec? Zygfryd Goldfinger, działacz SDKPiL, przedwojenny galicyjski adwokat, do końca nie odnalazł się w rzeczywistości PRL, pozostał z boku jako sędzia i wiceprezes Trybunału Ubezpieczeń Społecznych w Warszawie. Co pozostawił synowi? – Razem z matką szerokie zainteresowania literaturą, sztuką i filozofią, a sam – sympatię do Abramowskiego i Brzozowskiego-myśliciela oraz bez wątpienia austriacki legalizm – wspomina syn Marek.

Władysław Kunicki-Goldfinger studiował na UJ w Krakowie. Przed wojną zdążył jeszcze rozpocząć pracę naukową. Pionierską w swoim zakresie. Miał bowiem szczęście; „zetknął się z ludźmi, którzy tworzyli tę historię. Wśród nich na pierwszym miejscu wspominał Profesor Odona Bujwida, wówczas już na emeryturze, profesora higieny, lekarza, który przeszedł przez pracownie samego Pasteura i Kocha, założyciela w Warszawie pierwszej wytwórni szczepionek »pasterowskich«" – wspominał prof. Zbigniew Kwiatkowski.

Jednocześnie Władysław już od wczesnej młodości angażował się w politykę: w roku 1934 został członkiem młodzieżowej organizacji sanacyjnej Legion Młodych-Lewica. Gdy Legionowi zagrażała fascynacja prawie autorytarnymi rządami sanacji, niepokorni lewicowcy odeszli, a wśród nich młody adept nauk przyrodniczych. W roku 1937 podjął decyzję o wstąpieniu do PPS.

Na początku września 1939 r. uciekł przed Niemcami do Lwowa. Tam – kiedy nie przyjął radzieckiego paszportu – w 1940 r. nastąpiło aresztowanie i zsyłka do Archangielska, dokładnie w to samo miejsce, gdzie w latach 1903–1905 przebywał na zesłaniu jego wuj socjalista... A kiedy niemal pół wieku później, 12 grudnia 1981 r. wieczorem, tuż przed ogłoszeniem stanu wojennego, po profesora przyszła milicja, spakował swoją walizeczkę właśnie tak, jakby znów czekała go jazda etapami: cebula i ciepłe rzeczy. Pamiętał „podróż" z 1940 r. do końca życia.

– Milicjanci przyszli po niego pod wieczór – opowiada syn – było im głupio, bo pokazali ojcu papier, którego pokazywać nie powinni. To było zarządzenie informujące o stanie wojennym, a na to było za wcześnie. Siedzieli więc speszeni w fotelach, a my zabawialiśmy ich igraszkami z psem i oglądaniem albumów. Ojciec się pakował. Mówił mi potem, że liczył się z każdą możliwością, że jak jest wojna, to wszystko może się zdarzyć, był przygotowany na kolejną zsyłkę. Dopiero kiedy wsadzili ich do helikoptera, zorientował się, że lecą na... zachód. Wylądowali w „internacie" w Drawsku.

Władysław Kunicki-Goldfinger był jedynym internowanym profesorem członkiem rzeczywistym PAN. Po wypuszczeniu – dzięki interwencji ówczesnego prezesa Akademii prof. Aleksandra Gieysztora – znów – nieoczekiwanie – dostał paszport i bilet. Do Danii na kongres naukowy. Władze liczyły, że tym razem już na pewno nie wróci. Ale po trzech dniach wrócił. Po wygłoszeniu na kongresie antypaństwowego przemówienia. Nawiązał wtedy znów kontakty z przyjaciółmi naukowcami na Zachodzie. A w kraju zaangażował się natychmiast w działalność podziemną, brał udział w zorganizowaniu i prowadzeniu (przy podziemnym Społecznym Komitecie Nauki) Kasy Stypendialnej dla młodych naukowców i studentów wyrzuconych przez władze stanu wojennego z uczelni. Był wśród współzałożycieli Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie.

W latach 70. i 80 jako agnostyk zbliżył się do Kościoła katolickiego. Zafascynowany postacią Jana Pawła II, pozostawał w kręgu duszpasterstwa środowisk twórczych ks. Wiesława Niewęgłowskiego. Jego przyjacielem z tamtych lat był też dominikanin ojciec Jacek Salij. Interesowały go zawsze relacje wiary i nauki, stworzenia i ewolucji, powstania człowieka i fundamentalnych wartości.

Profesorowie i radykałowie

Wcześniej, w roku 1968, został sygnatariuszem listu protestacyjnego przeciwko działalności cenzury i prześladowaniom środowiska studenckiego i naukowego. Zwolniono go z funkcji wicedyrektora w Instytucie Biochemii i Biologii Doświadczalnej PAN. – Do szkoły zapisany byłem początkowo jako Marek Kunicki – wspomina syn. – Ale wtedy, w 1968 r., ojciec poszedł ze mną i uzupełnił mi drugą część nazwiska: Goldfinger. Uważał, że tak należy postąpić. On już przed wojną nienawidził świata, w którym biją „goldfingerów". Zawsze jednak czuł się Polakiem.

W 1976 r. podpisał tzw. List 101 (przeciwko zmianom w Konstytucji PRL) i rozpoczął współpracę z Komitetem Obrony Robotników. Był chyba jedynym naukowcem, który w liście otwartym wsparł działania KOR i był potem zaproszony do wstąpienia do Komitetu Samoobrony Społecznej „KOR". Współtworzył wtedy Towarzystwo Kursów Naukowych – w jego domu odbyły się wcześniej pierwsze (prowadzone przez Adama Michnika) nielegalne wykłady Uniwersytetu Latającego.

W sierpniu 1980 r. był w górach. Zgodnie z logiką zbierających podpisy nie zwrócono się do niego – tak jak do większości innych bliskich współpracowników i członków KSS „KOR" – o podpis pod listem intelektualistów wzywających władze i strajkujących robotników do rozmów. Od samego początku jednak angażował się w to, co później będzie nazwane ruchem społecznym „Solidarności". Zależało mu na dalszym funkcjonowaniu Towarzystwa Kursów Naukowych, współtworzył niezależne od władz – i alternatywne wobec PAN – Towarzystwo Popierania i Krzewienia Nauk, broniące m.in. etosu niezależności nauki i naukowca, wolności badań naukowych. – Zapisał się do NSZZ „Solidarność" – mówi syn – ale szczególnie zaangażował się w działania w środowisku naukowym i uniwersyteckim. Myślenie, które wtedy się zaczęło – o reformie Akademii, Uniwersytetu, o reformie nauki, nowej ustawie o szkolnictwie wyższym – było zaczynem konkretnego projektu zmian przedstawionego potem przy Okrągłym Stole: powstania Komitetu Badań Naukowych, w którym to sami naukowcy decydowali o sposobie dzielenia funduszy na naukę.

Towarzysze z Poziomki

Ten profesorski dystans, a jednocześnie etyczna pryncypialność i uczciwość pozostały jego cechami charakterystycznymi. Uczniowie potrafili go zachwycić i okropnie zdenerwować. Świadczą o tym wszystkie relacje studentów, asystentów i doktorantów, ale i młodszych współpracowników politycznych. Grzegorz Ilka, jeden z młodych działaczy reaktywujących PPS w 1987 r., wspomina, że profesora strasznie denerwowały radykalizm i dezynwoltura młodszych „towarzyszy" (tego słowa zaczęliśmy używać oficjalnie od momentu, kiedy Jan Józef Lipski w październiku 1987 r., jeszcze przed oficjalnym zjazdem założycielskim, wzniósł kieliszek winiaku klubowego w Poziomce na Miodowej, tytułując nas w ten sposób).

W lutym 1988 r. między młodym Centralnym Komitetem Wykonawczym a starszą Radą Naczelną (m.in. z Kunickim-Goldfingerem jako jej wiceprzewodniczącym) doszło do rozłamu. CKW spotkał się wcześniej w moim mieszkaniu przy Czerniakowskiej we własnym gronie, żeby naradzić się nad strategią wobec zachowawczej, naszym zdaniem, Rady Naczelnej. Naszym sojusznikiem była wtedy, co paradoksalne, Solidarność Walcząca, a nie dawni mentorzy – tacy jak Jacek Kuroń. Przez okno zobaczyłam policyjne suki „dyskretnie" obstawiające ulice i niewyraźnych facetów kręcących się przy wejściu do klatki. Byliśmy namierzeni. Do przyjścia członków Rady Naczelnej zostało 20 minut. Nie zastanawiając się zbyt długo, przeprowadziłam towarzyszy przejściem na ostatnim piętrze bloku do innego wyjścia, z drugiej strony domu. Wyszliśmy szczęśliwie i pojechaliśmy do mieszkania dziennikarza Wojciecha Giełżyńskiego. Tam z Wolnej Europy dowiedzieliśmy się, że starszyzna została zatrzymana – m.in. Lipski i Kunicki-Goldfinger. Przekonani (nieco na wyrost) o fali represji, która zaraz spadnie na całą PPS, uchwaliliśmy tekst, który stał się przyczyną rozłamu – „Rewolucja demokratyczna". W środowisku dawnego KOR, „Tygodnika Mazowsze" i w ogóle solidarnościowego salonu pojawiły się wobec nas zarzuty o agenturalność, trockizm i wszelkie inne polityczne zbrodnie. Uznano, że (w najlepszym razie) skorzystaliśmy z akcji SB, by zawłaszczyć PPS.

– Działałem potem w grupie, która miała doprowadzić do ponownego zjednoczenia – opowiada Ilka – ale to było niemożliwe. Było takie spotkanie w mieszkaniu kolegi przy placu Słonecznym na Żoliborzu. O ile Jan Józef Lipski słuchał i wyglądał na obojętnego z pewną dozą życzliwości wobec nas, o tyle Kunicki-Goldfinger był na młodych po prostu wściekły. Miał żal o radykalizm, uważał, że Piotrek Ikonowicz jest kompletnie nieodpowiedzialny i że zawiedliśmy całe środowisko. Z Józkiem Piniorem gadać nie chciał. A tak naprawdę widać było, że to jest nieprzezwyciężalna przepaść w postrzeganiu zmian w Polsce...

Filozof przyrody, akademik

Całe życie rozpięte pomiędzy historycznymi wydarzeniami, społeczną wrażliwością i naukową dociekliwością. To nie był naukowiec pochylony tylko nad probówką (mimo prekursorskich badań, m.in. nad wykorzystaniem mikroorganizmów w procesach przemysłowych, a także w zakresie mikrobiologii ogólnej i genetyki bakterii). Naukowiec wykładowca, autor m.in. wielokrotnie wznawianego i nagradzanego podręcznika „Życie bakterii". A przede wszystkim biolog filozof (poczynając przynajmniej od wydanego jeszcze w pierwszej połowie lat 70. „Dziedzictwa i przyszłości"). Prawdziwy – jak ze starożytnej Grecji – filozof przyrody. Akademik. Dumny z przynależności do PAN. Uczelnia – a przede wszystkim środowisko stworzonego przez niego Instytutu Mikrobiologii UW – była dla Kunickiego-Goldfingera drugim domem.

I to – mimo zapisania się wówczas do lewicowej Solidarności Pracy – nauka chyba wygrała. Na początku lat 90. do skromnej profesorskiej willi na Żoliborzu po raz kolejny zapukała delegacja socjalistów. – Chcieliśmy go namówić, by znów się zaangażował, wrócił do PPS – opowiada Ilka. – Ale on był nieugięty: „Ja mam już za mało czasu, chcę dokończyć pracę naukową" – powiedział. Poczułem, że to nieodwołalne.

I czuł to pewnie tak, jak sam napisał: „W podwieczerz swego życia siadamy na przyzbie chaty i spoglądamy w świat widoczny przed nami, na minione życie I na siebie na tym tle, w przyszłość naszych bliskich, którzy pozostaną, w ślady swojej pracy i twórczości".

Autorka jest komentatorką Programu Pierwszego Polskiego Radia. W okresie PRL działała w opozycji, w 1987 r. brała udział w reaktywowaniu PPS

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL