fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Arabowie przy piłce

AFP
Sepp Blatter poszedł na dno i pociągnął z sobą Michela Platiniego. W lutym władzę obejmie nowy człowiek.

Jeszcze dwa miesiące temu wydawało się, że wybory prezydenta Światowej Federacji Piłkarskiej (FIFA) będą formalnością. Władzę miał przejąć Platini, a szanse pozostałych kandydatów oceniano w kategoriach błędu statystycznego. Później wyszła na jaw sprawa przelewu pieniędzy od Blattera na rachunek Francuza, która obu pogrążyła.

Jedno spojrzenie na listę pretendentów do objęcia schedy po Blatterze uświadamia, w jak wielkim kryzysie znalazła się piłka. O żadnym z kandydatów nie można powiedzieć, że jest odpowiednią osobą na to stanowisko.

Dopiero teraz zacznie się prawdziwe liczenie głosów, montowanie koalicji, ubijanie politycznych targów między federacjami krajowymi i kontynentalnymi. Nawet bukmacherzy nie są w stanie wskazać faworyta wyborów. W niektórych firmach najmniej można zarobić, obstawiając zwycięstwo jordańskiego księcia Alego (bwin czy Paddy Power), w innych faworytem jest szejk z Bahrajnu Ahmad Al-Sabah (William Hill). I faktycznie wygląda na to, że FIFA pójdzie w arabskie ręce.

Książę Ali Bin al-Hussein był jedynym kontrkandydatem Blattera w poprzednich wyborach – w maju. I chociaż był popierany przez europejskie federacje, to w światowej liczy się ilość, a nie jakość. FIFA zrzesza 209 federacji piłkarskich, Europa to 54 głosy. O dwa mniej niż Afryka (CAF), tylko o siedem więcej niż Azja (AFC), a dla przykładu Konfederacja Ameryki Północnej, Środkowej i Karaibów (CONCACAF), która w futbolu znaczy wyjątkowo mało, dysponuje aż 35 głosami. Dlatego też Ali nie miał żadnych szans i zanim rozpoczęto drugą turę, rzucił ręcznik.

Wątpliwe, by i tym razem Jordańczyk, który twierdzi, że w 43. pokoleniu jest potomkiem Mahometa, zyskał poparcie federacji europejskich. Większość już zapowiedziała, że będzie głosować na kandydata UEFA – Gianniego Infantino. Chociaż francuskie media donosiły, że Platini odebrał wystawienie sekretarza generalnego jako cios w plecy i akt zdrady, to jednak Europa stwierdziła, że nie może czekać na wyjaśnienie skomplikowanej sytuacji prawnej Francuza i musi mieć swojego przedstawiciela w wyborach.

Decydujące może okazać się zachowanie elektorów z CONCACAF i federacji Ameryki Południowej (CONMEBOL, chociaż to zaledwie dziesięć głosów). Korupcja w FIFA najbardziej jaskrawa była właśnie tam. Działania FBI w ostatnich miesiącach skoncentrowały się na obu tych regionach. Amerykański Departament Sprawiedliwości w dwóch akcjach (w maju i w grudniu) zatrzymał 18 podejrzanych. Wśród nich znajdowali się aktualni szefowie federacji Panamy, Gwatemali, Ekwadoru i Brazylii, Wenezueli, Kostaryki, Nikaragui oraz Boliwii. Zatrzymano także urzędujących szefów CONCACAF oraz CONMEBOL.

Pytanie, jak wielkie wpływy zapewnili sobie Amerykanie w federacjach, w których obecnie panuje bezkrólewie. O tym, że FBI zainteresowane jest nie tylko sprzątaniem po Blatterze i jego ekipie kolesi, ale także tym, kto wygra wybory w lutym, nie trzeba chyba specjalnie przekonywać. Jeśli jakąś wskazówką ma być to, kogo popiera federacja piłkarska USA, to trzeba powoli się przyzwyczajać do wizji księcia-prezydenta, bo Amerykanie głosowali na Alego już w maju.

Książę Ali jest absolwentem brytyjskiej Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, człowiekiem na tyle majętnym, że jako jedyny w 2014 roku podczas Kongresu FIFA w Brazylii nie przyjął torby z prezentami dla działaczy (m.in. zegarek firmy Parmigiani wart blisko 100 tysięcy złotych). Reszta musiała swoje zegarki na żądanie Komisji Etyki FIFA zwrócić we wrześniu.

Wydawałoby się, że generał jordańskiej armii, młodszy brat króla, przywódca sił zbrojnych państwa graniczącego z Syrią i ISIS, powinien mieć inne sprawy na głowie, niż zajmowanie się piłką nożną. Ale jak pisze angielski dziennikarz James Corbett: „Być może kluczowe jest to, że Ali nie chce być już księciem, tylko wyjść z cienia i w końcu zostać królem".

Na początku, gdy został prezydentem azjatyckiej federacji piłkarskiej, nazywany był „małym księciem Blattera". Jednak obcując z zepsutym do szpiku kości kierownictwem FIFA, ludźmi pokroju Jacka Warnera i Chucka Blazera, szybko przeszedł do opozycji.

Największe obawy, jakie można mieć w stosunku do księcia, polegają na tym, czy będzie optował za transparentnością rozumianą w sensie zachodnim. Pochodzi z zupełnie innej tradycji kulturowej – jego starszy brat jest monarchą absolutnym. Książe Ali podobno obiecuje małym federacjom, że powiększy finały mistrzostw świata.

Azja niemal na pewno poprze wcale nie księcia, lecz szejka z Bahrajnu Ahmada Al-Sabaha. On także pochodzi z królewskiego rodu, jest kuzynem władcy tego kraju. To on był szefem sportu, gdy w 2011 trwały uliczne demonstracje przeciwko monarchii, krwawo stłumione. Na podstawie monitoringu wyłapano wówczas sportowców, którzy poszli na marsze i protesty,  wtrącano ich do więzień, a także torturowano. Szejk oczywiście twierdzi, że to nie on bezpośrednio odpowiadał za tamte działania.

Inny kandydat – Tokyo Sexwale z RPA, były więzień polityczny ery apartheidu, przyjaciel Nelsona Mandeli, obiecuje, że jeśli zostanie prezydentem FIFA, reprezentacje będą mogły reklamować sponsorów na koszulkach i próbuje zbić na tym wyborczy kapitał. Sexwale nie ma jednak szans na zwycięstwo, nie zdołał nawet wywalczyć poparcia afrykańskiej konfederacji.

Piątym kandydatem, którego szanse są ocenianie równie nisko, jest Jerome Champagne, choć jako jedyny ma pomysł i program wykraczający poza ogólniki. Ale 57-letni Francuz ma też zasadniczą wadę (oprócz tego, że przez lata funkcjonował w FIFA i był nawet doradcą Blattera) – nie ma żadnego poparcia. Jedynie Węgrzy zapowiedzieli, że oddadzą swój głos na byłego francuskiego dyplomatę.

Jak z tego widać, futbol z rąk brudnych trafi w ręce niepewne.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA