fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Zbiorowy kapiszon - pozwy grupowe komentuje Tomasz Pietryga

Fotolia
Pozwy grupowe okazują się papierowym straszakiem, który zamiast ułatwić dochodzenie roszczeń, może je zamrozić na wiele lat.

A miało być tak pięknie. Kiedy w 2010 r. przyjmowano ustawę o pozwach zbiorowych, ogłoszono, że wreszcie poszkodowani dostali oręż do walki z wielkimi międzynarodowymi korporacjami, wspartymi armią prawników, z którymi w pojedynkę nie mieli żadnych szans na wygraną. Miało być jak w Ameryce. Tam przecież tysiące podobnie pokrzywdzonych przez bank, firmę ubezpieczeniową czy fabrykę mogą się domagać wspólnie milionowych odszkodowań, a sam fakt złożenia takiego pozwu skutecznie dopinguje do zawarcia korzystnej ugody.

Czytaj także: Grupowym pozwem w płot

Nie jest tajemnicą, że inspiracją dla wprowadzenia pozwów zbiorowych była katastrofa budowlana hali Międzynarodowych Targów Katowickich w 2006 r., w której ucierpiały setki osób. Pierwszy taki pozew został złożony w 2011 r., ale sprawa miała swój finał dopiero w tym roku. Owszem, sąd przyznał poszkodowanym i ich rodzinom rację, nie przyznał natomiast odszkodowania, a w dodatku państwo wniosło kasacje od wyroku.

Inne sprawy, których łącznie było kilkaset, m.in. przeciwko instytucjom finansowym, nawet nie doszły do tego etapu. Zatrzymały się na wstępnej fazie rozpoznawania pozwu. Są dławione nadmiernym formalizmem, procedurami, trudnościami z ujednoliceniem wszystkich roszczeń i zwykłą niechęcią sędziów przyzwyczajonych do pozwów jednej osoby czy podmiotu przeciw drugiemu.

Amerykański sen prysnął. Mimo kolejnej nowelizacji ustawy rozszerzającej możliwość składania pozwów zbiorowych nic się do dziś nie zmieniło. Szybko sparzyły się też na tym rozwiązaniu kancelarie prawne, które deklarowały chęć sporządzania takich pozwów i prowadzenia spraw przeciwko bankom, instytucjom ubezpieczeniowym, a nawet koncernom samochodowym, pobierając za to stosowne opłaty wpisowe. Zapowiedzi procesów przeciwko koncernom gigantom były doskonałą promocją dla prawników, którzy uzyskiwali chwilowy rozgłos w mediach. Realne efekty takich działań były jednak mizerne.

Nadzieje i entuzjazm ich klientów przeradzały się w tym czasie we frustrację, kiedy zainwestowanie w prawników pieniędzy nie dawało żadnych efektów, bo pozwy na lata utknęły w sądowych formalizmach. I tak jest do dziś.

Coraz dokładniej zdają sobie z tego sprawę prawnicy, ich klienci, a nawet banki, przeciwko którym wytacza się pozwy. Te mogą raczej odetchnąć z ulgą, że właśnie masowe roszczenia wobec nich zostały unieszkodliwione w jednym bezproduktywnym pozwie. Na ten straszak nie reagują także rynki finansowe. Wielomilionowy papierowy pozew przeciwko bankowi rzadko kiedy jest w stanie choć na chwilę zachwiać jego giełdowym kursem.

W ten oto sposób próba przeniesienia amerykańskiej instytucji prawnej na polski grunt sięgnęła bruku.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA