fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Wojciech Tumidalski: Niewykorzystana szansa SN

Sąd Najwyższy
AdobeStock
Gestem Piłata zakończyło się badanie przez Sąd Najwyższy ważności wyboru prezydenta. Rozczarowuje prześlizgnięcie się przez poważne kwestie.

Pół godziny posiedzenia, pół godziny narady i końcowa uchwała z 15-minutowym uzasadnieniem: generalnie wszystko było w porządku, nie stało się nic takiego co by mogło wypaczyć wolę suwerena, wybór Andrzeja Dudy na prezydenta RP jest ważny, można zaprzysięgać. Zdań odrębnych nie zgłoszono. I to by było na tyle, jak mówił przed laty pewien znany satyryk. Tylko że nikomu nie jest do śmiechu.

Nie były to normalne wybory, które da się ocenić w kategoriach ich prawidłowości, znanych z wszystkich dotychczasowych elekcji w III Rzeczypospolitej. Wiedzą o tym także sędziowie Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, którzy podkreślili, że podejmując uchwałę wzięli pod uwagę wszystko, a nie tylko to, co można napisać w proteście wyborczym. I nawet mimo to sąd wątpliwości nie miał, co w sumie zabrzmiało paradoksalnie.

Chwilę później bowiem SN zalegalizował to, że wybory się odbyły mimo niewprowadzenia w Polsce żadnego ze stanów nadzwyczajnych i uznał, że w tej sytuacji obowiązkiem państwa było zapewnienie warunków do wyrażenia woli przez suwerena. Pominięto, że o wszystkim zdecydowało nie prawo lecz politycy, a głosowania 10 maja nie przeprowadzono, bo tak się umówili Jarosław Kaczyński z Jarosławem Gowinem. W tej sytuacji Państwowa Komisja Wyborcza oświadczyła, że nie może nadzorować procedury, w której z woli polityków nie uczestniczy – i wybory przełożono. Szkoda jednak, że PKW nie wykazała wtedy większej aktywności we wskazywaniu złych praktyk w działaniu władz, czego przecież miała świadomość.

SN uznał, że państwo stanęło na wysokości zadania, bo uchwalono specustawę i „w najwyższym możliwym stopniu" przygotowano głosowanie. Według sądu winne jest prawo wyborcze, nieprzygotowane na pandemię, dlatego nie obowiązuje zasada wprowadzona przez Trybunał Konstytucyjny kilkanaście lat temu, że w prawie wyborczym nie gmera się pół roku przed głosowaniem, bo wystąpiły nadzwyczajne okoliczności, które to uzasadniają. Sąd pamiętał też, że „dobrą praktyką" jest neutralne podejście władz publicznych i mediów do kampanii wyborczej i kandydatów. Alei tak wszystko okazało się bez znaczenia tak istotnego, by wypaczyło wynik wyborów. Szkoda, że sądowi zabrakło śmiałości by choć nazwać po imieniu owe złe praktyki. No ale to by zepsuło atmosferę otwarcia Andrzejowi Dudzie drogi do ponownego zaprzysiężenia.

Podejście do prawa wyborczego jakie zaprezentowali sędziowie SN – wszyscy przecież powołani w kontrowersyjnej procedurze z udziałem upolitycznionej Krajowej Rady Sądownictwa – nie przysporzyło im wiarygodności. A okazja by ją zyskać przekonująco uzasadniając swą uchwałę była bodaj najlepsza z możliwych.

Do uczciwości zakończonych właśnie wyborów można mieć jednak sporo zastrzeżeń. Nie dostrzegł ich prokurator generalny - co było do przewidzenia - ani PKW, co jednak zaskakuje. W tej sytuacji także Sąd Najwyższy mógł umyć ręce, bo przecież nic się nie stało. Otóż się stało. I trudno ukryć rozczarowanie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA