fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Joanna Szczepkowska: Dlaczego Komorowski nie powinien był zjadać orła

Fotorzepa/ Michał Kolanko
Po marszu 11 listopada jest tyle tematów dla felietonisty, że trudno dokonać wyboru. Zaczęliśmy żyć w rzeczywistości tak poplątanej, że trudno te wątki rozwiązać. Tysiące Polaków wzięły udział w marszu odwołanym, ale oficjalnym, na czele z prezydentem, który zapowiedział swoją nieobecność. Marsz niby jeden, ale tak naprawdę dwa. Zabronione flagi i okrzyki chronione przez tych, którzy ich zabronili.

Mój obiektywny obraz z pewnością wielu uzna za tendencyjny, choć nie bardzo wiadomo, czemu ta tendencja miałaby służyć. Marsz wyglądał trochę tak jak piękny i dumny wąż, który nie ma pojęcia, że jego ogon płonie. Dla mnie jednak największym zaskoczeniem było to, że jeszcze mnie coś zaskoczyć może. A zaskoczyło. Szef Rady Europejskiej nie został wymieniony przez prezydenta witającego gości.

Żyjemy w czasach, gdzie z każdej strony bombardują nas skandalami prawdziwymi bądź błahymi, które stawiane są w równym rzędzie, więc samo słowo „skandal" bardzo się zdewaluowało i nie robi wrażenia. Jednak stopień tego skandalu jest najwyższy w każdej możliwej skali. Gdyby tylko świat mediów miał wolną głowę, ten gest uznano by za symbol stosunku do Unii Europejskiej jednego z krajów członkowskich i miałoby to o wiele większe konsekwencje.

W obliczu całej globalnej huśtawki ta sprawa jest tylko niesmacznym epizodem, świadczącym o niskim poziomie polskiej klasy politycznej i powodem do lokalnego wstydu. Im częściej się wstydzę za nasz rząd, tym wnikliwiej staram się przyglądać przegranym. Na przykład prezydent Komorowski. Na wskroś przyzwoity, zrównoważony i kulturalny, przegrywa z Andrzejem Dudą. Oczywiście, że wszystko to odbyło się na fali zwycięstwa opcji PiS-owskiej, ale usiłuję sobie przypomnieć te nastroje wokół Komorowskiego, które zadecydowały o rosnącej przegranej. Diabeł tkwi w szczegółach, a takim szczegółem był choćby czekoladowy orzeł. Gdyby na miejscu Komorowskiego rządził wtedy np. Robert Biedroń, nie byłoby się czemu dziwić. Opcja Biedronia jednoznacznie odcina się od patriotycznych sentymentów i jest spójna z przewrotną estetyką kultury radykalnej lewicy.

Jestem szczególnie uczulona na tę estetykę i jej ideologiczną zawartość. Nie mogłam patrzeć na plakaty z ziewającą Marią Skłodowską-Curie czy na tęczowy bohomaz na warszawskim placu, który mógł obrzydzić najpiękniejszą nawet symboliczną tęczę, na zdjęcia par z LGBT wpisane w rocznicę powstania warszawskiego. Dlaczego tak bardzo mi się to nie podoba? Bo Maria Curie raczej nie ziewała. Nie nudziła się po dworcach. Mało tego, odcinała się od wszelkich inicjatyw kobiecych ruchów, co łatwo prześledzić w jej korespondencji. Jej życie było apoteozą pracy i z pewnością nie pozwoliłaby na taki plakat.

Tęcza. Nie mam nic przeciwko symbolowi mniejszości seksualnych, jaki obrały sobie te środowiska na całym świecie. Mam jednak wiele przeciw kiczom, nawet jeśli są artystyczną prowokacją. Szpetota i nieproporcjonalność tej tęczy, w dodatku naprzeciw kościoła, to było coś więcej niż symbol. To był jasny znak – postawimy, co chcemy, bo tak nam się podoba, a my nadajemy ton i miasto będzie takie, jakiego my chcemy. Tęcza jest piękna sama w sobie? My chcemy brzydkiej tęczy i ona będzie tu stała, czy Wam się podoba, czy nie.

Jednak pary z LGBT na plakatach Powstania Warszawskiego były czymś najbardziej niepojętym. Przecież ta formacja wywodzi się z ducha antypowstańczego, mozolnie buduje obraz Polski przeciwny „bohaterszczyźnie". Jaki więc sens podszywania się pod rocznicę jednego z najbardziej krytykowanych ruchów powstańczych?

Dokładnie z tego samego ducha był czekoladowy orzeł. Patrząc na to, czułam podszepty skrajnej lewicy. To był jeden z drobnych, ale celnych strzałów w stopę, jaki sobie zafundował prezydent Komorowski i myślę, że zdaje on sobie z tego sprawę, mówiąc dziś publicznie: to nie ja, to radiowa Trójka zdecydowała o orle z czekolady. Rzecz w tym, że Komorowski został wybrany jako uosobienie równowagi i rzetelności. Rzecz w tym, że zjadanie godła państwowego to ostatnia rzecz, jakiej Polacy mogliby się po nim spodziewać. Przegrał nie dlatego, że kroił i jadł godło, tylko dlatego, że uległ, że przystał na coś, co w głębi duszy musiało budzić jego sprzeciw.

Wniosek? Jesteśmy od lat pogrążeni w ideologicznym chaosie i trzeba o tym pamiętać kiedy, co daj Boże, odwróci się bieg historii.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA