fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Aleksandra Kurzak: Na sianie i w filharmonii

materiały
Po dłuższej nieobecności Aleksandra Kurzak wróciła do Warszawy, by w sobotę udowodnić publiczności, że jest artystką ambitną, a nie tylko medialną gwiazdą.

Częściej śpiewa zagranicą niż w kraju, ale w Polsce nie daje o sobie zapomnieć, choć ostatnio nie są to występy, które pokazywałyby, na co naprawdę ją stać: gale dla biznesmanów, koncerty w ogromnych halach, duety z Krzysztofem Cugowskim. A wszystko wsparto promocją wydanego przez PWM wywiadu-rzeki z Aleksandrą Kurzak.

Tymczasem, żeby dowiedzieć, kim naprawdę jest obecnie, trzeba choćby poznać tegoroczne wyniki rankingu organizowanego przez wydawnictwo „Festspiele", w którym wśród najlepszych śpiewaczek ostatniego sezonu na świecie Aleksandra Kurzak została sklasyfikowana na 14. miejscu. Albo pojechać do Paryża, gdzie wiosną z sukcesem zadebiutowała jako Maria Stuart, tytułowa bohaterka opery Donizettiego. A zaledwie dziesięć dni temu zakończyła serię przedstawień „Napoju miłosnego" w Opera Bastille.

Ona i partnerujący jej Roberto Alagna, z którym zresztą w przerwie między spektaklami wzięła teraz ślub we Wrocławiu, przyjmowani byli entuzjastycznie. Liczącą już prawie dziesięć lat, ale wciąż niepozbawioną wdzięku, inscenizację Laurenta Pelly'ego napełnili nową energią.

Roberta Alagnę Francuzi uwielbiają, to ich tenor numer jeden. I choć wkroczył w artystyczny wiek dojrzały, więc jego dość szeroko prowadzony głos nie w każdym momencie pasuje do lekkiej komedii belcantowej, jaką jest „Napój miłosny", to on potrafi tak bawić się postacią niezdarnego Nemorina, że można mu wybaczyć drobne mankamenty wokalne.

Jako Adina, obiekt jego miłosnych westchnień, Aleksandra Kurzak dorównuje mu temperamentem. Z radością odpowiada własnym pomysłem na każdy jego sceniczny żart. Jeździ na rowerze, a gigantyczna góra siana, stanowiąca element scenografii, wydaje się wręcz inspirować ich do pomysłów aktorskich. Muzyka Donizettiego Polce bardzo odpowiada, wiele zatem fraz pięknie potrafi wycyzelować, tym niemniej jej głos nie zawsze miał blask oraz dźwięczność i nie wiadomo, czy było to wyłącznie przyczyną nienajlepszej akustyki Opery Bastille.

Jak zatem wypadł w sobotę w warszawskiej Filharmonii Narodowej? Zdecydowanie lepiej, co jest o tyle istotne, że Aleksandra Kurzak postanowiła zaprezentować się w niebanalnym, wręcz trudnym repertuarze.

Jedną część wieczoru poświęciła Mozartowi. Wybrała trzy bohaterki: Fiordiligi z „Cosi fan tutte", Donnę Annę z „Don Giovanniego" i Hrabinę z „Wesela Figara". W dwóch pierwszych wcieleniach rzadko pojawia się na scenie, trzeciej roli jeszcze nie zagrała. I może słusznie, bo aria Hrabiny „Porgi amo" pozostawiła uczucie niedosytu, pozornie prostym frazom brakowało niezbędnej, naturalnej potoczystości. Świetnie wypadła natomiast jako Fiordiligi, w „Come scoglio" jej głos swobodnie poruszał się po rozległej skali, zawsze zachowując piękne brzmienie. W partii Donny Anny efektownie przechodziła od tonów lirycznych do bardziej dramatycznych, od forte do piana. To były mozartowskie kreacje, nienaganne intonacyjne, w których – co także istotne – tekst traktowała z taką samą uwagą jak nuty.

A potem Aleksandra Kurzak rzuciła się na głęboką wodę. Po raz pierwszy zaśpiewała wybór pieśni Richarda Straussa, wymagające sopranów nośnych, a jednocześnie ulotnych i delikatnych. Do tego dochodzi oczywiście umiejętność odczytania niuansów niemieckiej poezji.

Aleksandra Kurzak zdała egzamin na więcej niż dobrze. Zjawiskowa była interpretacja subtelnej pieśni „Morgen", uzupełniona pięknym solem skrzypcowym koncertmistrzyni Marii Machowskiej. Nie mniej interesująco wypadła „Allerseellen", a w rozbudowanej fabularnie, z dramatyczną akcją, pieśni „Verführung" pokazała wrażliwość na tekst, mimo że momentami jej głos nie przebijał się przez orkiestrę. Na tym jednak polega osobliwy urok pieśni Richarda Straussa, który jednakowo kochał kobiece głosy i potężne, orkiestrowe brzmienie orkiestry.

Atrakcyjnym dopełnieniem okazały się dwie symfonie: młodzieńcza g-moll Mozarta i popularna „Niedokończona" Schuberta. Pierwszą dyrygent Jacek Kaspszyk obdarzył dramatycznym nerwem, drugą – dostojeństwem i powagą. W obu mogło się podobać piękne brzmienie smyczków, a także ładne wejście instrumentów dętych w mozartowskim menuecie oraz dopieszczenie wielu detali w partyturze Schuberta.

A kto nie był w sobotę w Filharmonii, niech w grudniu wybierze się do Opery Narodowej, gdzie Aleksandra Kurzak wystąpi w trzech przedstawieniach „Rigoletta" Verdiego.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA