Muzyka

„Pasja według świętego Łukasza" Pendereckiego zainaugurowała festiwal w Salzburgu

Kent Nagano i Krzysztof Penderecki po „Pasji” w Salzburgu
Salzburger
Sukces „Pasji" Krzysztofa Pendereckiego zmusza do refleksji, z czym i z kim możemy iść do świata przy obecnej polityce kulturalnej.

Wybór „Pasji według świętego Łukasza" na inaugurację tegorocznego festiwalu w Salzburgu to kolejny dowód, że ma ona wyjątkowe znaczenie w dziejach XX-wiecznej muzyki. Obecne wykonanie wsparł Instytut Adama Mickiewicza, ale dyrekcja największej imprezy muzycznej Europy od kilku lat przygotowywała się, by tak uczcić 85. urodziny Krzysztofa Pendereckiego.

Smutne, że na inauguracji nie pojawił się żaden nasz decydent, choć to najważniejsze z wydarzeń w tym szczególnym roku i doskonały pretekst do poprawy wizerunku Polski. Warto było być choćby dlatego, by zobaczyć, z jakim entuzjazmem publiczność powitała wchodzącego na estradę kompozytora. A spośród wykonawców szczególnie gorąco oklaskiwano Chór Filharmonii Krakowskiej i Warszawski Chór Chłopięcy.

Chóry pełnią w tym utworze rolę szczególną, od rozwścieczonego tłumu żądającego od Piłata skazania Chrystusa na śmierć po wykonawców wyciszonej sekwencji „Stabat Mater", jednego z najbardziej poruszających utworów chóralnych Pendereckiego. Z kolei głosy chłopięce dodają „Pasji" duchowego skupienia.

Było to szczególne wykonanie utworu, który przecież w ciągu półwiecza doczekał się już ponad 100 interpretacji. Kent Nagano zrezygnował w Salzburgu z eksponowania nadmiernego dramatyzmu i monumentalności, co w „Pasji" odnajdują inni dyrygenci. Dominowało skupienie, naturalność i prostota narracji, co podkreśliło emocjonalną szczerość tej muzyki.

Jak napisał jeden z austriackich recenzentów, Kent Nagano był zarówno dyrygentem, jak i reżyserem, wykreował niemal teatralny thriller o uniwersalnym ludzkim charakterze. Doskonale wpasowali się w tę koncepcję soliści, zwłaszcza amerykański baryton Lucas Meachem w partii Chrystusa. W jego ujęciu zapadająca w pamięć fraza „Deus meus" („Boże mój") stała się początkiem przejmującej rozmowy syna z ojcem.

Orchestre symphonique de Montreal, którą Kent Nagano kieruje, była ważnym ogniwem tej muzycznej inscenizacji. Dyrygent, czujnie wydobywając poszczególne detale, budował napięcie, tworzył klimat. Jak stwierdził recenzent „Salzburger Nachrichten", Kent Nagano potrafi w nowej muzyce odkrywać wieczność.

„Pasja według świętego Łukasza" całkowitych odkryć nie potrzebuje, minione półwiecze potwierdziło jej wartość. Jak każde wielkie dzieło jest jednak wieloznaczne, a kolejne wykonanie pozwala spojrzeć na nie inaczej niż dotąd.

Jest jeszcze coś, o czym warto pamiętać, gdy szczycimy się obecnością „Pasji" w dziejach światowej muzyki. Kent Nagano, który nieraz ją dyrygował, mówi, że jest Kalifornijczykiem w trzecim pokoleniu, ale jego rodziców w czasie II wojny światowej internowano jak wielu Amerykanów japońskiego pochodzenia. On zaś ożenił się z Japonką z bardzo tradycyjnej rodziny, ale mieszkającą w Niemczech.

A „Pasja według świętego Łukasza" nie powstałaby być może, gdyby nie zamówienie, jakie Krzysztof Penderecki otrzymał z Niemiec. Działo się to w okresie, gdy to państwo było postrzegane przez władze PRL jako najgorszy wróg (podobnie sądzi dziś część prawicowych polityków).

Ten splot różnych okoliczności i biografii pokazuje, że to dzięki nim można właśnie wejść do obiegu światowej kultury, o czym powinni pamiętać ci, którym wydaje się, że sztuce wystarczą jedynie patriotyzm, tradycja oraz umiejętność wykorzystania aktualnej koniunktury.

O koniunkturalizm też niekiedy posądzano Krzysztofa Pendereckiego, w którego twórczości nurt religijny zajmuje ważne miejsce. – Bach każdą nutą, którą stawiał na pięciolinii, wielbił Boga – powiedział mi na to w Salzburgu Kent Nagano. – A jednak dziś nie myślimy o tym, zachwyca nas doskonałość i wielkość jego muzyki. Podobnie jest już z „Pasją" Pendereckiego. ©?

—Jacek Marczyński z Salzburga

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL