fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Pat Metheny: Jesteśmy tu na minutę

Pat Metheny planuje już koncerty w Polsce. Premiera jego najnowszej płyty w piątek
materiały prasowe
Pat Metheny mówi o nowym albumie „Road to the Sun”, Chicku Corei i jak nie może się doczekać ranka, by zacząć grać.

Tytuł nowego albumu „Road to the Sun” jak i suity „Four Path of Light” rozświetla mroczny czas pandemii, taki był zamysł?

Dla mnie dobry tytuł to taki, w którym słuchacz otrzymuje pewne wyobrażenie o nastroju lub duchu utworu muzycznego, nie ograniczając go zbytnio do jednej rzeczy. Lubię mieć tytuł, który jest na tyle otwarty, że ludzie mogą napisać do niego własną historię. Tak jest również z wymienionymi utworami

Czas pandemii sprzyjał pracy nad nowymi kompozycjami?

Przebywanie w pokoju przez 10 lub 12 godzin dziennie (głównie) w samotności, pracując nad muzyką w jakiejkolwiek formie, jest moim ulubionym zajęciem. Ten okres sprzyja skupieniu się na sobie i pozwala mi zrozumieć, dlaczego ludzie lubią życie w samotności. Wstaję bardzo wcześnie każdego dnia między 4 a 5 rano. Mam troje dzieci, więc te godziny przed 7 rano są naprawdę cenne dając mi niezakłócony czas na tworzenie. Poza tym, zaraz po przebudzeniu, mogę spojrzeć na sprawy z innej perspektywy niż później w ciągu dnia. Praktykowałem to przez cały okres pandemii. Czasami nie mogę się doczekać pójścia do łóżka, ponieważ potem obudzę i zacznę pracować.

 

Jakie jeszcze idee przyświecały panu przy pisaniu kompozycji na nowy album?

Poznania możliwie najszerszego znaczenia muzyki, czym jest dla mnie i jak na mnie działa. Wspaniale jest być muzykiem, być na tej planecie przez chwilę i jednocześnie odkrywać, jak muzyka w najlepszym wydaniu może stać się miarą tego, co jest dla mnie fundamentalne. Mieć możliwość pokazania rzeczy i spraw, które dostrzegam, na wiele różnych sposobów. Duża część muzyki, którą stworzyłem, została wyreżyserowana przez szczególnie utalentowane osoby, które mogłem zaprosić do mojej grupy lub do projektów, które odzwierciedlały moje zainteresowania. Moim głównym zajęciem przez te wszystkie lata była rola lidera zespołu, który pisze większość muzyki. Czuję, że dobrze wykorzystałem mocne strony, talenty i umiejętności ludzi, których wybrałem, by towarzyszyli mi na mojej drodze. Ponadto zauważyłem, że dobrym pomysłem jest zidentyfikowanie, w czym różni ludzie być może nie są zbyt dobrzy, a mimo to spróbować podążać razem z nimi w odpowiednio obranym kierunku. To ma także wpływ na komponowanie.

Suity, których słuchamy na nowym albumie, napisał pan z myślą o Los Angeles Guitar Quartet (LAGQ) i Jasonie Vieaux?

Zarówno jeśli chodzi o LAGQ, jak i o Jasona, byłem świadomy nie tylko ich gry, ale także tego, że natura ich niesamowitych talentów i zdolności wymaga nieimprowizowanego materiału. Taka sytuacja nakazuje kompozytorowi dokładnie zapisać to, co ma być zagrane, nie tylko przez tych wykonawców, ale także przez innych w przyszłości. Nuty muszą pokazać piękno starannie skomponowanej muzyki. Myślę, że to definicja tego, co większość ludzi nazwałaby „muzyką klasyczną”. Nie oznacza to, że nie tworzyłem wcześniej dokładnie zapisanej muzyki, ale różnica polega na tym, że wcześniej przez większość czasu skupiałem się na muzyce zaprojektowanej do tworzenia środowiska dla improwizacji.

Komponowanie dla innych przebiegało inaczej niż dla siebie?

Mimo że ten album różni się od tych, które nagrałem, proces tworzenia od początku do końca był w zasadzie taki jak zawsze. Szczególnie jeśli chodzi o Jasona, gitara solowa jest jednym z największych wyzwań. Pierwszy koncert Jasona, na który poszedłem, był mniej więcej w czasie, gdy zaczynał karierę. Jego gra Bacha była absolutnie spektakularna i myślę, że w tamtym momencie zostało zasiane ziarno, pomyślałem, że chciałbym kiedyś coś dla niego napisać. Natomiast LAGQ odegrał wielką rolę w popularyzacji formatu kwartetu gitarowego. Ci goście są tak wspaniałymi muzykami i tak świetnym zespołem, że dają wyobrażenie nieskończonego potencjału. Chciałem to wykorzystać pisząc dla nich.

Czy pana suity były już wykonywane na żywo?

Los Angeles Guitar Quartet zagrał je już kilka razy, wiem, że Jason planuje włączyć napisaną dla niego kompozycję do swojego repertuaru na następny sezon.

Miał pan już przygotowane tournée „Side-Eye” z koncertami w Polsce, ale wybuchła pandemia. Teraz pojawiły się zapowiedzi koncertów przesuniętych o kolejny rok.

Czekam, jak my wszyscy, aż szczepionki staną się wystarczająco dostępne, byśmy wszyscy mogli wznowić działalność. Wygląda na to, że to może być rok 2022.

W tych dniach przyszła wiadomość o śmierci Chicka Corei. Kim był dla pana?

Był dla nas wszystkich bohaterem. A ponadto był kamieniem węgielnym jazzowej społeczności. Jego utwory będą wykonywane wiecznie. Jego gra będzie badana i uznana za świadectwo najwyższego poziomu muzykalności. Ważniejsze niż cokolwiek innego jest to, że wszyscy kochaliśmy Chicka jako osobę. Każdy moment, kiedy mogłem z nim zagrać lub spędzić czas przez niemal 50 lat, był chwilą, której nigdy nie zapomnę. To poważna strata ze względu na pozycję, jaką Chick zajmował w naszej społeczności i w tej muzyce.

Rok temu zmarł pianista Lyle Mays, z którym założył pan Pat Metheny Group, jak wspomina pan waszą współpracę?

W mojej karierze spotkałem wielu, jak Jaco Pastorius, Charlie Haden, Mike Brecker, Lyle, którzy byli nie tylko bliskimi współpracownikami, ale także naprawdę wspaniałymi przyjaciółmi, z którymi czułem się szczęśliwy mogąc dzielić tak wiele wspaniałych chwil. A przecież wszyscy jesteśmy tu tylko przez minutę! Od wydania albumu „Bright Size Life” zacząłem być aktywny na scenie międzynarodowej i stało się jasne, że wkrótce będę mógł założyć własny zespół. Kiedy grałem z pianistą, to Gil Goldstein był moim pierwszym wyborem, ale był bardzo zajęty. Słyszałem Lyle'a w zespole studenckim na Uniwersytecie w North Texas, kiedy byłem w trasie jako członek Gary Burton Quartet, i spodobała mi się jego gra. To była dla mnie trudna decyzja, aby zatrudnić Lyle'a zamiast Gila - kochałem ich obu jako muzyków i ludzi, i zawsze będę. Szczerze mówiąc, nie zasypiam w nocy, marząc o jakimkolwiek konkretnym składzie, który kiedyś miałem, ale byłbym szczęśliwy, mogąc w każdej chwili zagrać w którejkolwiek z poprzednich konfiguracji muzyków lub instrumentów -to wydaje mi się wykonalne. Kiedy spoglądam wstecz, czego staram się nie robić zbyt często, nie znajduję niczego, o czym mógłbym powiedzieć: „Wow, nigdy nie chciałbym robić TEGO ponownie” lub „Co ja wtedy myślałem?”. Wszystko co się działo, od „Bright Size Life” do teraz, było w zgodzie ze mną. To wielki przywilej. Naprawdę wszystko co robię, to „Pat Metheny Group”, bez względu na to, kto w tym czasie był w zespole i jak nazwałem grupę. W tym, co robię nie ma sprzeczności, dziś po prostu piszę muzykę, której nawet nie muszę grać. Jedynym decydującym czynnikiem jest wykorzystanie mocnych stron muzyków, których mam przy sobie i zachęcanie do dawania z siebie wszystkiego, co mogą.

 

 

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA