fbTrack

Muzyka

Diana Krall daleka i bliska

Fotorzepa/Marek
Kanadyjska wokalistka Diana Krall zaśpiewała na warszawskim Torwarze osiemnaście znanych jej fanom piosenek w nowych aranżacjach.

Miłośnicy jej głosu wiedzą, że najlepiej słucha się jej w kameralnych salach, a jeśli w domu do we dwoje, a może nawet lepiej samotnie. A mimo to fani tłumnie idą na jej koncerty, czy to do Sali Kongresowej, hali Orbita we Wrocławiu czy wczoraj na Torwar choć i Kongresowa wydaje się dla niej za duża. Torwar był wczoraj wypełniony niemal do ostatniego miejsca nie licząc tych za sceną. Diana Krall przyjechała autokarem z Berlina, a zaraz po koncercie wyjechała do Wiednia. Na europejskiej trasie towarzyszy jej pięcioosobowy zespół: gitarzysta i wieloletni akompaniator Anthony Wilson, perkusista Kareem Riggins, kontrabasista Dennis Crouch oraz po raz pierwszy: skrzypek Stuart Duncan i grający na organach Hammonda i innych instrumentach klawiszowych Patrick Warren.

Diana Krall weszła na scenę ubrana na czarno i czując się jak u siebie, w salonie bez zbędnych ceregieli usiadła do fortepianu i zagrała pierwsze akordu utworu „We Just Couldn’y Say Goodbye” otwierającego album „Glad Rag Doll” tak, jakby chciała powiedzieć: Zanim zagram najnowsze utwory, wrócę do poprzedniej płyty, bo przecież nie słyszeliście jej na żywo.

I tak zaśpiewała dwie kolejne z tego albumu w takiej samej jak na płycie kolejności, choć w zupełnie innych aranżacjach: „There Ain’t No Sweet Man” i „Just Like A Butterfly”.

- Ta piosenka przypomina mi rodzinny dom – zapowiedziała kolejny temat. Brazylia w Vancouver? To brzmi dziwnie, ale chodzi o uczucia.

I zaintonowała „Quiet Nights” – bossa nove Antonio Carlosa Jobima ze swojego albumu pod tym samym tytułem, za który odebrała kiedyś w Warszawie potrójną Platynę. Niezwykłą, nastrojową aranżację podkreśliły akordy gitary Wilsona. Z tego samego albumu wybrała temat Marcosa Valle’a „So Nice”. Chyba na tej fali wspomnień i dobrego nastroju przypomniała znany temat Toma Waitsa „Temptation”. Bluesowy charakter utworu z albumu „The Girl in the Other Room” podkreśliły drapieżne akordy gitary.

Niespodziewanie jej zespół zszedł ze sceny, a siedząca nadal przy fortepianie Diana Krall spytała publiczności, czego chce posłuchać. – Jestem tu, żeby śpiewać dla was – podkreśliła. Odezwały się różne życzenia, ale w tak dużej sali nie można ich było dosłyszeć, więc Diana zaczęła trochę prześmiewczo utwór, który nazwała „Michael Jackson” (może ktoś o niego poprosił?), ale po chwili przerwała. Zaintonowała natomiast jeden ze swoich przebojów „I Don’t Know Enough About You” z płyty „Love Scenes”, z którą przyjechała niegdyś po raz pierwszy do Polski. Solo zaśpiewała także tytułowy „Wallflower” z najnowszego albumu i płynnie przeszła do przeboju Franka Sinatry „I’ve Got You Under My Skin”. Słychać było, że doskonale czuje przesłanie tej piosenki i wręcz zatraciła się w miłosnym wyznaniu. Na koniec tego intymnego, solowego spotkania z warszawską publicznością przypomniała standard Joni Mitchell „A Case of You”, który śpiewała przed laty w paryskiej Olympii.

Przearanżowany na sekstet przebój lat 60. XX wieku „California Dreamin’” zespołu Mamas and Papas podkreślił powód europejskiej trasy koncertowej – promocję nowego albumu „Wallflower”. Ciekawy był moment, w którym na płycie pojawiają się komputerowe rytmy. Tu zostały zagrane przez rasowych jazzmanów, więc odetchnąłem z ulgą, na żywo było lepiej. Tytułowy temat powrócił w zespołowym wykonaniu i nowej aranżacji. Z repertuaru swojego idola Nat King Cole’a przypomniała stary standard „Deed I Doo”. Przy okazji powiedziała, że jej mistrzem jest nadal legendarny kanadyjski pianista Oscar Peterson.

Nie dała się długo prosić o bis bijącej brawa na stojąco publiczności. Zaśpiewała od razu dwa. Urokliwy „Boulevard of Broken Dreams” opisuje spacer po Paryżu lat 30. XX w.

- Brzmi, jakby został napisany wczoraj, a przecież Al Dubin i Harry Warren napisali go tak dawno – powiedziała „Rzeczpospolitej” przy okazji premiery albumu „From This Moment On”. O piosenkach myślę tak, jakby to były filmy. Śpiewając, wyobrażam sobie kolejne sceny. „Boulevard of Broken Dreams” jest dla mnie jak „film noir”.

Koncert zakończyła rockową balladą „Ophelia” zespołu The Band.

Wielka hala Torwaru pozostawiła niedosyt obcowania z wielką sztuką wokalną Diany Krall, chociaż koncert był dobrze nagłośniony, może tylko nieco za cicho. Charakterystyczna chrypka wokalistki była dobrze słyszana sprawiając przyjemność jej fanom, a swoboda w zachowaniu artystki i próby nawiązania kontaktu zmniejszyły dystans do publiczności. A jednak chciałoby się ją zobaczyć i posłuchać z bliska.

Źródło: rp.pl

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL