fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Mazurek na wynos

Wniebowzięci 2. Wzlot Marka

Fotorzepa, Robert Gardziński
Życie Arkaszki nie było usłane różami, Lutka podobnie. Młodzieńcze marzenia, jeśli ośmielali się je mieć, niezrealizowane. W rubryce dorobek pustka, żon brak, męska przyjaźń im została i bar Alinka. Ale w końcu i do nich uśmiechnęło się szczęście. A szczęście miało na imię osiem i pół patyka. Na łebka, wygrane w gry liczbowe, w totka. Taką fortunę wydać warto niebanalnie, Arkaszka i Lutek polecieli więc, via Koszalin, do Rzeszowa, miasta magicznego, miasta pięknych dziewcząt.

Jest rok 1973, film „Wniebowzięci", którego fabułę właśnie państwu streszczam, wchodzi na ekrany. Marek ma 18 lat, samolotem nigdy nie latał. Ma swe marzenia i niebanalną fantazję, którą potem realizuje w światku hippisów. Dziś Marek jest marszałkiem Sejmu i też postanowił sobie polatać. I też do Rzeszowa, miasta, które pięknym dziewczętom poświęciło swój największy pomnik. Tak przynajmniej ludzie mówią.

A teraz na chwilę zmiana scenerii. „To jest hepatocarcinoma, oczywista sprawa" – powiedziała znana profesor onkolog, kobieta, która się nigdy nie myliła. Chirurg na to: „Zróbmy biopsję, sprawdzimy". „Po co dziecko męczyć? HCC jak nic" – rzuciła profesor. „Ale standardy, wiesz przecież". Wiedziała, biopsja oczywiście potwierdziła jej diagnozę.

Byłem przy tej rozmowie, historia ma happy end, więc nie epatowaniem cierpieniem chciałbym dziś państwa zająć. Nie tym, ale standardami. Tamta biopsja była potrzebna, choć wszyscy czuli, że profesor się – jak zwykle – nie myli. Ale gdyby tym razem się pomyliła? Albo gdyby zamiast niej siedział na fotelu onkolog mniej utalentowany? Po to właśnie są standardy, by przewidzieć takie sytuacje.

Opowiastkę tę zadedykowałbym Markowi Kuchcińskiemu, ale to sensu specjalnego nie ma, bo pan marszałek to jakiś szczególny rodzaj materii ożywionej. Z człowiekiem łączy go miłość własna – marszałek lubi, by o nim mówiono, dba o ładne zdjęcia na profilach społecznościowych, zabiega o to, by pełno go było w „Wiadomościach". I jest to słabość charakterystyczna dla naszego gatunku, ale to tyle. Poza tym wydaje się być ślepy i głuchy na głosy wszystkie, prócz głosu Prezesa naturalnie, ale to się rozumie samo przez się. Kamień.

Kuchciński zdaje się nie rozumieć, wróć, nie zdaje się, on kompletnie nie rozumie, dlaczego został marszałkiem Sejmu, formalnie drugą osobą w państwie. A został nim, bo PiS obiecał dobrą zmianę. Nie tylko 500+, ale też to, że będzie inny niż tamci. A tamci – twierdził nie bez racji lud – bezwstydnie kradli i wykorzystywali swe pozycje dla swoich, dla siebie, nadmiernie pokochali władzę. Suweren złudzeń nie ma, w aniołów u steru nie wierzy, ale nie znosi ostentacji. Do tego pojęcia zresztą wrócimy, ale to na końcu. W każdym razie szlag suwerena trafiał, nie gdy przewalano miliardy na VAT, bo to abstrakcja, ale gdy pani minister mówiła, że tylko idiota pracuje za sześć tysięcy, albo gdy elita ośmiorniczki wsuwała. Ludzie nie są debilami, wiedzą, że to detal, ale ostentacja...

A pan Marek nie rozumie. Tak, to prawda, w świecie tanich linii lot samolotem to żadna gratka, a skoro już Kuchciński leci, to co to za różnica, czy weźmie przy okazji żonę lub kogoś z rodziny. Ano, po pierwsze, różnica jest, bo czy naprawdę marszałek musi zawsze latać samolotem państwowym, nie może wsiąść w rejsowy do tego Rzeszowa, miasta pięknych dziewcząt Reginy i Ewy? A po drugie, bo takie wożenie rodziny w oczy naród kłuje. Nie tak miało być, piekli się lud nie bez racji.

I tu dopiero dochodzimy do pani onkolog i chirurgów, czyli do naszych standardów. Są one potrzebne właśnie w sytuacji, gdy marszałkiem jest Marek, który nie rozumie, albo Bogdan, który musi psa wyprowadzić, kiedy premierem jest Donald, który musi podrzucić córkę i zięcia in spe. Oni nie pojmują, że tak nie wypada i tu potrzebny jest standard. Nie standard moralny, ale prawny. Jeśli coś dobrego z tej absurdalnej historyjki może wyniknąć, to właśnie spisanie zasad: kto i kiedy może latać państwowym samolotem czy jeździć służbowym autem, kto może mieszkać w mieszkaniu służbowym. Ja nawet nie wzywam do restrykcyjności, ale spiszmy raz a dobrze te standardy dla ekipy tej i następnej.

A ostentacja? Wie pan, panie Marku, to jak w opowiastce o chłopakach, których ratownik wyrzucił z basenu. „Ale za co, wszyscy sikają do wody!" – bronili się nieszczęśnicy. „Tak, ale tylko wy z trampoliny".

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA