fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Adam Kszczot: Trening jest jak zupa

Adam Kszczot to dwukrotny wicemistrz świata i trzykrotny mistrz Europy w biegu na 800 m
Reporter
Trenujący w RPA Adam Kszczot o przygotowaniach do igrzysk w Tokio, różnicy między startami w hali i na stadionie oraz trudach i zyskach z biegania w górach.

Ma pan duszę hazardzisty? Zmienić trenera na rok przed igrzyskami olimpijskimi to chyba spore ryzyko?

Nigdy nie postawiłem złotówki w kasynie (śmiech). Przyznaję jednak, że zmiana trenera w takim momencie to jest pewien rodzaj ruletki, ale de facto nic do stracenia nie miałem. Jakbym realizował ciągle ten sam trening, to jak mógłbym się spodziewać innych wyników? Już Albert Einstein mówił, że taka postawa to obłęd.

Przez kilka lat współpracy z trenerem Zbigniewem Królem wyniki były bardzo dobre. Potem przestały być jak nożem uciął?

Nie dam się naciągnąć na żadne zwierzenia co do przyczyn rozstania. Współpracy nie ma i tyle. Ostatnią wypowiedź w tej sprawie opublikowałem na Facebooku. Nie mam zamiaru wracać do przeszłości. Teraz trenuję fajnie, ciężko, sprawia mi to przyjemność. Niedługo zaczyna się sezon halowy, który da pewne odpowiedzi. Jeżeli będę osiągał dobre wyniki, to super, a jeżeli nie, to będzie czas na poprawki.

W mityngu w Toruniu 8 lutego pan wystąpi?

To mityng z serii IAAF Indoor Tour, na bardzo wysokim poziomie. Startujemy przy pełnych trybunach, na liście startowej są świetne nazwiska, a dodatkowo to nawierzchnia, na której zdobywałem srebrny medal podczas halowych mistrzostw świata w Sopocie, jest żywcem przeniesiona stamtąd. Marzyłem po cichu, że trafi do Łodzi, ale niestety to miasto jest strasznym nieudacznikiem, jeśli chodzi o sportowe inwestycje pozapiłkarskie.

Czemu w hali jest dwa razy więcej kontuzji? Chodzi o większą liczbę pokonywanych łuków i trudniejszą walkę na łokcie z rywalami?

W hali łuk jest bardzo krótki, a to powoduje, że siła odśrodkowa jest zdecydowanie większa. Dodatkowo inne jest podłoże, bo bardzo często są to deski, które „oddają" siłę nacisku. To się potem musi skumulować w naszych mięśniach. Dlatego hala jest taka trudna do biegania i powoduje dużo mikrouszkodzeń. Poza tym z powodu krótkiego łuku można powiedzieć, że górna część ciała biegnie trochę w innym kierunku niż nogi. To brzmi śmiesznie, ale tak jest i powoduje zmianę techniki biegu. Potem te niuanse, szczegóły trzeba „odkręcić" w trakcie sezonu na stadionach otwartych. To jest fajny, ciekawy proces. Ciekawe wyzwanie w przygotowaniach do sezonu otwartego.

Wyniki w zawodach halowych są miarodajne, jeśli chodzi o późniejsze starty na stadionie?

W moim przypadku tak jest. Większość sezonów układała się w ten sposób, że kiedy dobrze biegałem w hali, to i później osiągałem dobre wyniki na stadionie otwartym. Nie planuję jednak wyjazdu na halowe mistrzostwa świata, bo są bardzo późno.

I zabrakłoby czasu na przygotowanie kolejnego szczytu formy?

Czas, jaki później pozostaje na treningi, w teorii pozwoliłby na start w igrzyskach olimpijskich. Tylko że w teorii nie zakłada się żadnych utrudnień, przeziębień, przesunięcia planu treningowego, a rzadko kiedy jest tak idealnie w życiu. Ostatnie starty w hali planuję ok. 20 lutego, a halowe mistrzostwa świata są prawie w połowie marca. To prawie trzy tygodnie, podczas których trzeba utrzymywać formę. Mogę w tym czasie odpocząć albo zacząć wcześniej przygotowania do igrzysk. Skoro jesteśmy w „klimacie Tokio", to idealnie pasuje hasło „kaizen", które w japońskim oznacza „ciągłe doskonalenie się".

Z nowym trenerem łatwiej jest przygotować plan, bo wychodzi się z utartych schematów czy raczej trudniej, bo najpierw trzeba się dotrzeć i znaleźć nić porozumienia?

Trzeba pogłówkować, stanąć z boku i maksymalnie obiektywnie odpowiedzieć sobie na pytanie, jak to wyglądało dotychczas – co było dobre, a co może być lepsze, i wyciągnąć wnioski. Każdy lubi stabilizację, ale sport nie. Wiedziałem, że zmiana trenera to wyjście ze strefy komfortu, ryzyko i pewien stres. Określiliśmy sobie z trenerem Tomaszem Lewandowskim, co było i każdy kolejny trening to konsekwencja tego, co robiliśmy od końca października.

Da się jeszcze zaplanować trening, który pana zaskoczy?

Nie za wiele po 14 latach trenowania da się zmienić o 180 stopni. Koniec końców trzeba biegać. Wachlarz innych możliwości jest też ograniczony: trening mocy, siłownia. To jest jak z zupą: zawsze potrzebne są: woda, warzywa, mięso. Proporcje są podobne, pozostaje tylko wybór – kurczak, brokuł, wołowina. To kwestia dobrania i zbalansowania składników.

Na bieżni każdy jest sam, ale u Tomasza Lewandowskiego trenuje pan w większej grupie.

Dużo łatwiej jest się doprowadzić do skrajności, czasem nawet do wymiotów, jeśli biegnie się z kimś. Inna jest technika biegu, jeśli sami przemy naprzód, pokonujemy wiatr, a inna, gdy można się za kimś schować – trochę jak w kolarstwie. Poza tym to powoduje rozluźnienie układu nerwowego. Nie myślę o prędkości, tylko się trzymam tempa towarzysza, to bardzo pomaga. Marcin Lewandowski jest lepszy wytrzymałościowo, a ja jestem szybkościowcem. Robiąc te same treningi, korzystamy nawzajem. Gdy spojrzy się na ludzi biegających w parach, nawet w parku, to łatwo dostrzec, że mają podobną technikę.

To pana pierwszy obóz w tej grupie?

Jesteśmy razem od stycznia. Wcześniej oni byli w Kenii, ale to dla mnie zbyt wysokie wyzwanie. Każdy wyjazd w góry w moim przypadku wiąże się z poczuciem bezradności. Bieganie w nich dostarcza świetnych doznań w trakcie treningu tempowego, ale coś za coś. Na wysokości od biegania aż bolą ręce. W domu zakwasy mam od pośladków w dół, a w górach zaczyna się od szyi. Po to właśnie w góry jeździmy, by mieć trudniejsze warunki biegowe, żeby nagle po powrocie zdjąć ciężar i uzyskać świetne wyniki.

Trudno wytrzymać tempo, jakie Kenijczycy narzucają podczas treningów?

Jak jedziesz w góry i ktoś jest szybszy, to nie znaczy, że musisz za wszelką cenę ścigać się z tym człowiekiem. Jak masz odpocząć, to odpoczywasz. Można doszlifować plan, jak ktoś biegnie wysokim tempem 400 metrów, to ja mogę się podłączyć na 200. Tam jest po prostu za wysoko, jak trenuję powyżej 1800, to nie wiem, co mi życie przyniesie na drugi dzień.

Przy okazji mistrzostw świata w Katarze mówił pan, że przewagę mają ci, którzy dobiorą odpowiednio suplementację ze względu na klimat. Japonia może być podobna pod tym względem?

To jest zupełnie inne miejsce niż Katar. Oczywiście, będzie gorąco i wilgotno, ale to jednak inny klimat. W koreańskim Daegu biegałem świetnie mimo wielkiej wilgotności.

Czy zrealizowany w pełni plan treningowy zawsze jest gwarancją sukcesu?

Wydaje się, że jeśli zrealizujemy plan, przebiegniemy kilometry, przerzucimy ciężary, to wystarczy. Ale można zrobić wszystko od A do Z i na bieżni być innym człowiekiem niż się zaplanowało. Wystarczy, że się minimalnie zaburzy technika biegu i już człowiek jest wolniejszy. Są też inne sprawy: rodzina, praca, czas na odpoczynek. Jeśli któraś z tych stref będzie w trakcie przygotowań zaburzona, to wszystko potoczy się inaczej. Co roku jesteśmy też innymi ludźmi. Bardzo ważna jest też komunikacja. Jest główny trener Tomasz Lewandowski, ale pracuję również z trenerem przygotowania fizycznego Michałem Adamczewskim, psychologiem Janem Blecharzem. Zmienił się mój fizjoterapeuta, jest nim Wojciech Dybiżbański, ale został lekarz Tomasz Mikulski. Pracujemy na wspólny wynik, chociaż to ja przekraczam metę. Jeżeli nie ma dobrej komunikacji, to ciężko wszystko poukładać.

Czego się pan spodziewa w Tokio?

Wiem tylko tyle, że okres przygotowawczy przepracuję dobrze, jeśli będę w pełni zdrowy. A jaki osiągnę wynik? Jest dużo niewiadomych. Wystarczy, że coś pójdzie nie tak i czeka mnie powtórka z 2019 roku (w mistrzostwach świata Adam Kszczot w biegu na 800 m odpadł w półfinale – przyp. red.).

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA