fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kościół

Tomasz Krzyżak: Wirus zabrał tacę

AFP
Msze bez wiernych to także finansowy uszczerbek dla Kościoła. Nie tylko księży i zakonników, ale też wielu świeckich, którzy dla niego pracują. O tym też trzeba mówić.

Opierając się na wydanych w ubiegłym tygodniu przez Watykan wskazówkach dotyczących celebracji liturgii Wielkiego Tygodnia oraz Wielkanocy, a także wytycznych opublikowanych przez Prezydium Konferencji Episkopatu w tej samej sprawie, niektórzy biskupi wydali już stosowne dekrety. Po wprowadzeniu przez rząd kolejnych ograniczeń, w tym m.in. tego, że w wydarzeniach religijnych będzie mogło brać udział maksymalnie pięć osób plus sprawujący posługę, hierarchowie będą musieli dekrety nowelizować. W praktyce oznacza to, że gromadzące zazwyczaj tłumy wiernych liturgie Wielkiego Tygodnia i Wielkanocy odbędą się w tym roku w pustych świątyniach. Wiernym pozostaną jedynie transmisje internetowe.

Decyzja władz nie oznacza zamknięcia kościołów na klucz – choć pewnie wielu by tego chciało. Biskupi zapewne wystosują apel do księży, by zostawili je otwarte dla indywidualnej modlitwy, ale to na opiekunach świątyń będzie spoczywał obowiązek dbania o to, by jednorazowo w środku nie przebywało więcej niż pięć osób. Skomplikuje to tradycyjne adoracje podczas Triduum Paschalnego, ale trudno sobie wyobrazić, by ich w ogóle nie było. Od inwencji duszpasterzy będzie zależało, jak to w praktyce przeprowadzić. Można wprowadzić dyżury księży, lektorów czy starszych ministrantów, którzy będą liczyli wiernych, można też przeprowadzić adoracje przez internet. Ważne, by w tym trudnym czasie nie powiesić na drzwiach kościołów kłódek oraz kartki z napisem „nieczynne do odwołania".

Innymi słowy wymaga to od księży odrobiny wysiłku i niejako przekształcenia duszpasterstwa masowego w bardziej indywidualne. W wielu parafiach już się to dokonało. Pracy duszpasterskiej nie przerwano, ale przeniesiono ją w nieco inną – wirtualną – rzeczywistość. Księża nie zwolnili się z odpowiedzialności za tych, których im powierzono.

Konieczne jest, by ta odpowiedzialność zadziałała też w drugą stronę. Bardzo dużo w tych dniach mówimy o tym, że koronawirus uderzył w przedsiębiorców. Dużych i małych. Wiele osób już straciło źródło utrzymania. Rząd opracowuje system pomocy. I bardzo dobrze, bo tego wymagają chociażby zasady sprawiedliwości i pomocniczości.

Żaden biskup ani ksiądz nie powie tego teraz głośno, bo natychmiast zostałby oskarżony o pazerność, ale koronawirus uderzył także mocno w finanse kościelne. Z powodu trudności dystrybucyjnych wiele katolickich czasopism zaprzestało wydawania wersji papierowych. Ale msze sprawowane bez udziału wiernych to również utrata dochodów z tacy, ofiar składanych przy zamawianiu mszy itp. A przecież to właśnie głównie z ofiar wiernych utrzymywane są obiekty kultu, to z tych pieniędzy płaci się za prąd czy ogrzewanie. Z tych pieniędzy wypłaca się pensje kościelnym, organistom czy innym osobom z tzw. obsługi pomocniczej. Ci ludzie też mają na utrzymaniu rodziny. A już w wielu miejscach ich praca została mocno ograniczona. Kościół to nie tylko – jak chce wielu – księża z dużymi brzuchami, ale także liczne zakony żeńskie i męskie, w tym kontemplacyjne, które w normalnych warunkach utrzymują się z tego, co dostaną od innych. Taka jest rzeczywistość. Naczynia połączone.

Od kilku dni po mediach społecznościowych krążą informacje, ile ten czy tamten celebryta przeznaczył na walkę z koronawirusem. Uzupełnia się je pytaniem: „A ile dał Kościół katolicki?". Podają je dalej także „zatroskani" katolicy. Nie próbują sobie nawet odpowiedzieć na pytanie, ile od Kościoła dostali. A szkoda.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA