fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze ekonomiczne

Krzysztof Adam Kowalczyk: Finansowa porażka demokracji

Mateusz Morawiecki
Bloomberg
Nieprzejrzystość finansów państwa pozbawia obywateli jednego z ich podstawowych praw do kontroli nad tym, jak rządzący wydają pieniądze publiczne i jak mocno obciążają długiem wspólną hipotekę narodu.

- Polska jest na pierwszym miejscu wśród dużych krajów Unii z najbardziej nieprzejrzystymi finansami. Przed nami znalazł się tylko mały Cypr. U nas różnica między prawdziwym obrazem budżetu centralnego, a tym, nad czym kontrolę ma parlament, wniosła 6,6 proc. PKB, tj. 150 mld zł w 2020 r. – bije dzisiaj na alarm dr. Sławomir Dudek, były wieloletni dyrektor w Ministerstwie Finansów i główny ekonomista Pracodawców RP, od niedawna ekonomista fundacji FOR. W wywiadzie dla polskiego Business Insidera mówi, że – inaczej niż w Polsce – w 16 krajach Unii Europejskiej nie ma zaniżenia deficytu będącego pod kontrolą parlamentu.

Dlaczego słowa dr. Dudka mnie poruszają? Bo w istocie oznacza to porażkę jednego z fundamentów demokracji – sprawowanej za pośrednictwem parlamentu kontroli obywateli nad finansami państwa. W parlamentach krajów demokratycznych debata budżetowa jest jedną z najważniejszych w roku: przedstawiciele obywateli uzgadniają, na co państwo przeznaczy pieniądze i jak głęboko sięgnie im do kieszeni, by te wydatki pokryć. Ewentualnie jak mocno zadłuży naród, gdy wydatki są wyższe od dochodów. Przejrzystość tak uchwalanego budżetu pozwala ocenić stan finansów państwa i mówiąc wprost, pokazuje, że rządzący nie mają nic do ukrycia.

Zwłaszcza w naszym kraju finanse państwa powinny być pod wnikliwą obserwacją obywateli. Polska jest naznaczona traumą bankructwa. Ciężar długu, który narósł w epoce gierkowsko-jaruzelskiej, zmniejszyła nam dopiero 50-procentowa redukcja dokonana przez wierzycieli w latach 90. Na kolejne takie wspaniałomyślne gesty nie ma co liczyć. Dlatego, by ustrzec kraj przed powtórką szaleństw władzy na kredyt, w konstytucji znalazł się zakaz zwiększania długu publicznego powyżej 60 proc. PKB, a ustawach pojawiły się progi ostrożnościowe dla długu i stabilizująca reguła hamująca nadmierne wydatki.

Bariery te stały się jednak tylko bramkami, które kolejne rządy omijają jak narciarze alpejscy w slalomie gigancie. W mniemaniu polityków zawsze znajdzie się jakiś powód, by reguły nagiąć i sypnąć dodatkowymi wydatkami pozwalającymi a to podtrzymać koniunkturę w czasie kryzysu (i tu bym się mocno nie czepiał, trudno), a to dorzucić do rozpalonego już kotła, gdy gospodarka już i tak jest rozpędzona niczym pociąg TGV. I żeby nie było, że to specjalność tylko PiS, które po nakręcaniu orgii konsumpcji w latach 2019-2019, musiało w 2020 finansować covidowe tarcze pomocowe poza budżetem. Poprzednicy wyrzucili przecież w podobny sposób poza nawias choćby finansujący budowę szybkich tras Krajowy Fundusz Drogowy. Udali, że nie jest on częścią sektora finansów publicznych.

W ten sposób ani tarcze, ani KRD nie naruszają limitów konstytucyjnych, bo krajowa definicja długu publicznego ich nie obejmuje. Proste? Mówiąc sarkastycznie, w ten sposób władza może równie dobrze uchwalić, że do długu liczy się tylko co drugi albo co trzeci złoty pożyczony przez państwo. Kto jej zabroni? Kiedyś przecież uchwaliła już budżet, nie wpuszczając opozycji na głosowanie – rzecz w demokratycznym kraju nie do pomyślenia.

Używam mocnych słów, bo tam, gdzie kończy się kontrola parlamentu nad finansami państwa, tam kończy się demokracja i naród traci kontrolę nad zaciąganymi w jego imieniu zobowiązaniami. W kraju, który już raz zbankrutował, trzeba to przypominać bez końca.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA