fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Katalonia

Podzielone społeczeństwo Republiki, której nie ma

AFP
- Wszyscy zwariowaliśmy. Usuwamy się z facebooka za publikowanie postów i artykułów o odmiennym punkcie widzenia na sprawę. Znajomi z dzieciństwa przestają pozdrawiać się na ulicy – opowiada Alba. Ma 30 lat, mieszka w Barcelonie, jest doktorantką lingwistyki i nauczycielką języka katalońskiego. Ze swoim międzynarodowym doświadczeniem, otwartością i szerokim uśmiechem nie przystaje do stereotypu separatystki.

– Chociaż jestem Katalonką, mówię po katalońsku i zdecydowanie chcę niepodległości, staram się mieć otwarty umysł i akceptować, że ktoś uważa inaczej. Ale nie wszyscy tak mają.

Katalońskie społeczeństwo nigdy chyba nie było podzielone tak jak dzisiaj.

Ulice zawsze będą nasze

Tegoroczna jesień w Barcelonie jest wyjątkowo ciepła nawet jak na łaskawy śródziemnomorski klimat regionu. Aura sprzyja nie tylko nieco zdezorientowanym turystom, ale przede wszystkim setkom tysięcy mieszkańców miasta biorącym udział w licznych manifestacjach. W każdy weekend października ulice katalońskiej stolicy zapełniały się zwolennikami lub przeciwnikami odłączenia się od Hiszpanii.

3 października, strajk generalny. W odpowiedzi na próby udaremnienia przez rząd w Madrycie uznawanego za nielegalne referendum miasto wyraża swój sprzeciw najpierw paraliżem transportu, edukacji i handlu, a następnie olbrzymią demonstracją proniepodległościową. Manifestacje, na mniejszą i większą skalę, powtarzać się będą przez cały miesiąc przed siedzibą rządzącej w Hiszpanii Partii Ludowej, przed siedzibą hiszpańskiej policji, przed ratuszem, w centrum Barcelony.

- Els carrers seran sempre nostres (kat. Ulice zawsze będą nasze) – skandują na manifestacjach uczniowie i studenci, według badań opinii publicznej najbardziej proniepodległościowo nastawiona grupa wiekowa.

8 i 29 października, manifestacje w obronie jedności kraju powołane przez organizację Societat Civil Catalana, oskarżaną przez separatystów o skrajnie prawicowe powiązania. Na pierwszą z nich, zbiegającą się z narodowym Świętem Hiszpanii zjeżdżają autokary z Madrytu i Saragossy. Druga jest wyraźnie bardziej spontaniczna, zwołana z niewielkim wyprzedzeniem i zdecydowanie bardziej katalońska. Centrum na kilka godzin zamienia się w morze hiszpańskich flag. Powiewający nimi 350-tysięczny tłum Katalończyków entuzjastycznie wiwatuje na widok helikopterów hiszpańskiej policji, która nieprzerwanie patroluje miasto. Guardia Civil, odsądzana od czci i wiary po zamieszkach przed punktami głosowania w dniu referendum, urasta teraz do rangi bohaterów dla zwolenników jedności państwa, zmęczonych trwającym już ponad miesiąc kryzysem.

- Myślałem, że wszystko skończy się kilka dni po referendum, tymczasem minął październik i końca nie widać. Jest coraz gorzej. Dlatego tu jestem – mówi jeden z uczestników drugiej prohiszpańskiej manifestacji.

7 października, powołana przez platformę Hablemos, Parlem (hiszp. i kat. Porozmawiajmy) manifestacja w imię dialogu. Nie widać ani hiszpańskich, ani katalońskich flag. Tysiące uczestników ubranych na biało domaga się porozumienia między rządami w Mardycie i Barcelonie. Nie wiedzą jeszcze, że dialogu nie będzie. Dwa tygodnie później premier Mariano Rajoy po raz pierwszy w historii kraju zastosuje artykuł 155 Konstytucji, pozwalający zawiesić autonomię regionu. Kataloński Govern z kolei zamiast zastosować się do wytycznych premiera w zakamuflowany sposób ogłosi niepodległość.

Rzeczywistości równoległe

Po miesiącu pełnym politycznych i społecznych emocji Katalończycy zdają się nie być zgodni nawet co do tego, w jakiej rzeczywistości politycznej toczy się cała debata. Nomenklatura nigdy jeszcze nie przysparzała tylu problemów co obecnie. Odłączenie się regionu niby zostało uchwalone, jednak rozczarował się ten, kto oczekiwał emocjonującego proklamowania wolnej Republiki z balkonu ratusza, jak miało to miejsce w 1934 roku, kiedy to za sprawą prezydenta Lluisa Companys po raz ostatni Katalonia teoretycznie była niepodległa. Przez 10 godzin.

- Nie jesteśmy zgodni nawet co do tego, czy się odłączyliśmy, czy nie – denerwuje się María, właścicielka baru w dzielnicy Sant Gervasi. – Uczestniczymy w jakiejś dziwnej pantomimie, jedni świętują niepodległość, a inni nie przyjmują jej do wiadomości.

Sytuację, o której mówi María, mieszkańcy zawdzięczają próbom lawirowania na granicy prawa i uniknięcia odpowiedzialności karnej przez Carlesa Puigdemonta i rząd kataloński, stąd też tajne głosowanie 27 października (deputowani, zamiast podnosić ręce, użyli papierowych głosów i kopert) i brak oficjalnego ogłoszenia niepodległości w mediach. Z budynków barcelońskiej administracji nigdy nie zdjęto hiszpańskich flag. Przytłaczająca większość katalońskich parlamentarzystów utrzymuje, że terytorium jest niepodległe, ale jednocześnie zgodnie przedstawią swoje kandydatury we wcześniejszych wyborach do katalońskiego parlamentu, powołanych w końcu przez rząd w Madrycie jako jeden z elementów użycia artykułu 155 konstytucji.

 

Z dala od centrum

Poza centrum Barcelony życie wydaje się toczyć normalnym rytmem. Restauracje i bary tętnią życiem, biura, sklepy i szkoły pracują normalnie. Z daleka od zgiełku manifestacji wprawnemu obserwatorowi nie umknie jednak liczba flag powiewających z okien i balkonów jako wyznacznik zmian w społecznym klimacie.

- Kilka czy kilkanaście lat temu tylko nieliczni wywieszali flagi katalońskie, z gwiazdą czy bez (flaga z gwiazdą oznacza pragnienie niepodległej republiki – przyp. autorki). Dziś widać ich nieporównywalnie więcej – tłumaczy Andreu, mieszkaniec dzielnicy Vallcarca. – Z drugiej strony kiedyś flag hiszpańskich nie było wcale, a w ostatnich tygodniach zaczynają rywalizować z katalońskimi! Wcześniej musieliśmy milczeć, ale teraz praktycznie nie możemy.

Referendum i jego konsekwencje bez wątpienia obudziły uczucia patriotyczne w całej Hiszpanii. Poza Katalonią sprzedaż flagi narodowej, zwłaszcza ciętej z metra, do wywieszenia na balkonie, od końca września wzrosła według różnych źródeł trzy- lub czterokrotnie. Brak dokładnych danych co do samej Katalonii, jednak łatwo zauważyć, że kiedyś całkowicie nieobecne barwy hiszpańskie powiewają obecnie w jednym lub kilku oknach większości budynków. W centrum Barcelony imigranci wcześniej trudniący się uliczną sprzedażą zabawek, wody czy pamiątek, dziś w weekendy oferują obie flagi w różnych wymiarach i cenach.

Balkon Andreu zdobi flaga hiszpańska. Balkon jego sąsiadki – katalońska flaga z gwiazdą, a obok plakat z napisem SÍ (plakat separatystyczny, TAK dla Republiki). Andreu czuje się Katalończykiem i Hiszpanem, jego sąsiadka zapewne tylko Katalonką. Nie brakuje mieszkańców, którzy definiują się jako Hiszpanie, ale nie Katalończycy. Kataloński kocioł wrze cicho i wciąż jeszcze pokojowo, lecz ciśnienie rośnie.

—Małgorzata Śmigiel z Barcelony

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA