fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Inne twarze Indiany Jonesa

Tony Halik z synem Ozaną, Honduras Brytyjski (dziś Belize), 1960
materiały prasowe
Do kin wchodzi dokument „Tony Halik". Kilka miesięcy przed setną rocznicą urodzin słynnego podróżnika powstała wnikliwa opowieść o jego pełnym tajemnic życiu.

W powszechnej świadomości Tony Halik (1921–1998) był człowiekiem w stylu Indiany Jonesa, zapisującym na taśmie filmowej przeżycia i odkrycia z najodleglejszych zakątków. Relacjonował je w cieszących się ogromną oglądalnością programach telewizyjnych takich jak „Pieprz i wanilia". 121 filmów, 68 odwiedzonych krajów – to budziło podziw w czasach, gdy możliwość wyjazdu poza „demoludy" była minimalna dla przeciętnego obywatela.

Autor dokumentu Marcin Borchardt sięgnął do zdeponowanych w Filmotece Narodowej 100 pudeł z prywatnymi taśmami Halika, które obok książki Mirosława Wlekłego („Tu byłem. Tony Halik") stały się zaczynem opowieści o człowieku mającym nie tylko sympatyczną twarz łowcy przygód wychodzącego z każdej opresji, ale i drugą – już nie tak oczywistą.

Budowanie legendy

Borchardt wyznaje zasadę, że dokumentalista jest od przedstawiania faktów, a „jak czegoś nie wiemy, nie możemy zweryfikować, to tak należy o tym opowiadać". Pokazuje człowieka kreującego tak świadomie swoją legendę, że nawet najbliżsi nie zostali wtajemniczeni w jej słabe punkty. O byciu TW – co ujawniły akta IPN-u – nie wiedziała do końca Elżbieta Dzikowska, żona i partnerka w wyprawach. Nie chwalił się jej też wojennym epizodem w Wehrmachcie, skąd zdezerterował.

Elżbieta Dzikowska, która spędziła z Halikiem 23 lata, mówi w filmie (z offu, bo nie ma tu żadnych zdjęć współczesnych), że wiedział, czego oczekują słuchacze, i różne bywały wersje tych samych opowiadanych przez niego historii. I dodaje: „Wierzyłam w najciekawszą", co uzupełnia stwierdzeniem: „Wyglądał na faceta, który buja w obłokach, ale tak nie było. Potrafił wszystko zorganizować".

Film powstał wyłącznie ze zdjęć Tony'ego Halika i nawet gdyby pozostawić je bez komentarza, stanowią wystarczający materiał do zadziwienia, namysłu, rozmowy. Opowieść rozpoczyna się zdjęciami z 1955 roku w Ekwadorze, gdy Halik jako honorowy gość indiańskiego plemienia dostał do skosztowania przeżutą przez małżonkę wodza mamałygę. Wyjaśniał, że wystarczyłby mały gest wstrętu, by śmiertelnie – w znaczeniu dosłownym – obrazić gospodarza. Ta scena skomentowana przez Halika wiele mówi o jego zdolnościach przystosowywania się. Bo z niejednego pieca jadł chleb.

Znał niemal wszystkich

Urodzony w Toruniu w 1921 roku wiekiem przynależy do pokolenia Kolumbów. Kolejne wydarzenia biografii, o których opowiadał, to walka w wojskach alianckich pod koniec II wojny światowej, ślub z Francuzką Pierrette i podróże z nią, których śladem są telewizyjne programy w rodzaju tych kontynuowanych wiele lat później z Elżbietą Dzikowską; posada operatora filmowego dokumentującego życie pary prezydenckiej Juana i Evity Perón w Argentynie; etat fotoreportera w amerykańskim magazynie „Life", a potem praca korespondenta NBC w drugiej połowie lat 60.

Halik był wszędzie, gdzie działo się coś ważnego. Znał ponoć wszystkich i wszyscy chcieli z nim rozmawiać – Fidel Castro, Elżbieta II, Richard Nixon. Jego wyczyny komentują z offu wypowiedzi m.in. Ryszarda Kapuścińskiego: „nie bał się ryzykować i szedł wszędzie tam, gdzie coś się działo", a także polityków, którzy zetknęli się z nim, gdy przyjechał do Stoczni w Gdańsku, kiedy rodziła się Solidarność: „Był obywatelem świata", „Nie szukał konfliktu z nikim, miał szacunek do każdej władzy" – mówią. Ale jeden z nich dodaje, że posądzany był o pracę na rzecz różnych wywiadów...

Jest w filmie Ozana, syn Tony'ego i Pierrette. Urodził się w czasie wyprawy rodziców z Ziemi Ognistej na Alaskę w latach 1957–1962. Nazwany egzotycznym imieniem na cześć Indianina, który uratował ojcu życie, dziecięce życie wiódł w surowych warunkach natury i terenowym jeepie dalekim od standardu dzisiejszych kamperów. Film to pokazuje.

Ozana nie był też standardowo wychowywany przez żądnych przygód rodziców. Trzeba było wiele czasu, by chciał opowiedzieć swoją historię – kogoś, kto chciał mieć ojca, a miał Tony'ego Halika.

To przejmujący, skłaniający do refleksji film zrealizowany przez dokumentalistę rozumiejącego, że znacznie ciekawsze jest stawianie pytań niż dawanie jednoznacznych odpowiedzi. Już poprzednim filmem „Beksińscy. Album wideofoniczny" Borchardt pokazał, że potrafi opowiadać o ludzkich losach mądrze i efektownie. Z niecierpliwością czekam na jego kolejną opowieść.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA