fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Pablo Larrain: Jak punkrockowa bajka

fot. mat.pras.
Wybitny chilijski reżyser Pablo Larrain opowiada o najnowszym filmie „Ema”, o wolności i o młodej generacji nienawidzącej konsumpcjonizmu.

Od mocno osadzonych w Chile czasów Pinocheta pana filmów – „Post mortem” czy „Nie” aż do „Jackie” o Jacqueline Kennedy – pańska twórczość jest zazwyczaj zanurzona w polityce. „Ema” się z tego wyłamuje.

Nie zgadzam się. Kino zawsze jest sztuką polityczną. Kiedy opisujesz kondycję człowieka, grupy, społeczeństwa, w tle zawsze kryje się kontekst polityczny. W „Emie” starałem się sportretować pewną generację, kryzys związany z sytuacją adopcyjną dzieci, a wreszcie to, jak egzystują dziś rodziny. Pokazać, jak zmieniają się dzisiaj społeczeństwa.

Idziemy, pana zdaniem, w dobrą stronę?

Bohaterami filmu są ludzie nienależący do mojej generacji. Nie chcę ich w żaden sposób oceniać, staram się tylko patrzeć, być świadkiem. W Chile młodzi ludzie wyraźnie różnią się od rodziców, nie mówiąc już o dziadkach. Mają inne podejście do życia. Kiedy dorastałem, wciąż słyszałem pytania: Co będziesz studiował? Kim będziesz? Sam też je sobie zadawałem. Oni są znacznie bardziej wolni od takiego stresu. Zależy im na innych rzeczach. Martwią się zmianami klimatycznymi, cenią tolerancję, nie zgadzają się na dzielenie ludzi. Jest im wszystko jedno, czy ktoś jest gejem, trans czy jest heteronormatywny. To ich nie interesuje. Uważają, że miłość nie jest przynależna do żadnej płci ani do żadnej seksualności. Może wyrażać się różnie, rodzić się w różnych sytuacjach.

W filmie portretuje pan ludzi, którzy szukając wolności, żyją z dnia na dzień.

Bo oni nienawidzą konsumpcjonizmu. Mają świetne komputery, dobre słuchawki, smartfony i to im wystarcza. O inne rzeczy nie dbają, nie chcą być nimi obciążeni, bo lubią zmieniać miejsca i taki balast by im wręcz przeszkadzał. Wolą mieć mniej. A jednocześnie w wielu sprawach dotyczących moralności bywają bardziej konserwatywni od nas.

„Ema” jest filmem wręcz hipnotyzującym widza.

Przystępując do pracy nad każdym projektem, zawsze z członkami mojej ekipy – operatorem, scenografem – zastanawiamy się, jak film ma wyglądać. Przy „Emie” założyliśmy, że powinien on łączyć różne gatunki: to melodramat z elementami zaskoczenia, także rodzaj popowego musicalu. Coś, co przypomina punkrockową bajkę. Bo nowa generacja jest kolorowa i nieobliczalna. Dlatego też kręciliśmy w Valparaiso, miejscu absolutnie wyjątkowym, ze swoją długą tradycją i stromą starówką przypominającym Lizbonę Ameryki Południowej. To port ze zwariowaną, piękną architekturą. Miasto wykształconych ludzi, pełne energii i kolorów.

W warstwie fabularnej ten film jest historią ludzi, którzy nie podołali rodzicielskim obowiązkom – oddali adoptowane dziecko.

Adopcja to wielki temat. Znam ludzi, którzy byli adoptowani, i takich, którzy adoptowali dziecko, dając mu dom i miłość. Nie ma niczego piękniejszego, choć czasem jest to trudne. Wszyscy, zresztą ze zrozumiałych względów, chcą wziąć do domu niemowlaka. Im dziecko starsze, tym trudniej mu znaleźć dom. Dziewięciolatek praktycznie jest już skazany na bycie sierotą. Poza tym nie wszystkim udaje się stworzyć razem rodzinę. Pięć procent adopcji kończy się niepowodzeniem, a to jest wielka trauma zarówno dla dzieci, jak dla przybranych rodziców. Pomyślałem więc, że to sytuacja, której warto się przyjrzeć.

Ale opowiedział pan również o wyzwalaniu się kobiety, topiąc tę historię w szalonym tańcu.

Dość szybko zrozumiałem, że styl „Emy” musi współgrać z muzyką reggaeton, która idealnie pasuje do świata, o którym opowiadam. Nadaje mu energię. Tancerze są ludźmi świetnie wyedukowanymi, a jednocześnie do wyrażania siebie używają własnego ciała. Ci, którzy specjalizują się w tańcu nowoczesnym, są w specyficznej sytuacji. Ich koledzy „klasycy” mogą pracować w balecie. Oni zwykle muszą też mieć inne zajęcie, z którego się utrzymują. Bohaterowie „Emy” niewiele potrzebują. Zresztą odkąd w Chile poprawił się system opieki zdrowotnej, mnóstwo ludzi może żyć całkiem przyzwoicie, bez strachu o przyszłość, nie zarabiając wielkich pieniędzy.

Adopcja, młoda generacja, wyzwalający taniec, rozpad związku, szukająca siebie kobieta, przewrotne zakończenie. Nie bał się pan, że widz się w tym wszystkim zgubi?

Pierwszy pokaz zrobiłem dla grupy przyjaciół: reżyserów, scenarzystów, aktorów. Kiedy światło się zapaliło, usłyszałem: „Nic z tego nie rozumiem”. Zrobiłem kilka zmian, żeby film był bardziej klarowny. Ale „Ema” z założenia taka miała być. Każdy widz może ją interpretować w sposób, który jest najbliższy jego stylowi myślenia i obserwowania świata.

A dla pana co jest najważniejsze?

Wolność. Pani jest z Polski, więc wie pani równie dobrze jak ja, co oznacza dorastanie w świecie bez wolności. Ona jest ważna dla wszystkich generacji, dla kultury, dla narodu. Bez niej nie ma rozwoju. Nie ma prawdziwego życia.

Pablo Lorrain

Reżyser, scenarzysta, producent. Ur. w 1976 r. w Santiago. Studiował komunikację medialną na uniwersytecie w tym mieście. Karierę zaczynał w firmie producenckiej założonej z bratem. Już pierwszy jego film „Fuga” (2006) zdobył międzynarodowe uznanie. Za „El Club” otrzymał Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie, za „Nie” i „Jackie” nominacje do Oscara. „Ema” to jego ósma fabuła.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA