fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Barbara Hollender poleca nowości na DVD

materiały prasowe
Pamiętacie Państwo największą Oscarową wpadkę, gdy w tym roku na wielkiej gali najpierw wyczytano tytuł „La La Land” Damiena Chazelle’a, a chwilę później okazało się, że naprawdę laureatem najsłynniejszej statuetki kina jest skromny „Moonlight” Barry’ego Jenkinsa? Oba te filmy właśnie ukazały się na płytach. Można po nie sięgnąć i przyznać własne nagrody.

La La Land, reż. Damien Chazelle

Wyd. Monolith Films

Twórca genialnego filmu o cenie mistrzostwa „Whiplash” tym razem zrobił musical w stylu retro, odwołujący się do hollywoodzkiej „Deszczowej piosenki” czy klasycznych, francuskich „Parasolek z Cherbourga”.

Film Damiena to historia miłości początkującej aktorki i pianisty. Oboje próbują robić karierę w Hollywood. Oboje muszą wybrać: komercyjny sukces czy realizacja marzeń. Przystojny Ryan Gosling i wyrośnięta już Emma Stone sprawni, jakby przeszli trening w „Tańcu z gwiazdami”. Ale z każdą minutą „La La Land” staje się ciekawszy, coraz bardziej porywa, a wreszcie całkowicie zaskakuje zakończeniem. Bo robiąc musical w starym stylu Chazelle ani przez chwilę nie zapomniał, że będą go oglądać współcześni widzowie. Opowiedział więc o cenie sukcesu. Ale i o życiu, które układa się czasem parszywie. Sprawia, że gubimy po drodze tych na których nam zależy.

Do kilku ciekawych portretów Hollywoodu, jakie ostatnio pojawiły się na ekranie (od paranoicznego „Neon Demon” Nicolasa Windinga Refna do nostalgicznej „Śmietanki towarzyskiej” Woody’ego Allena) Chazelle dorzuca obraz zrobiony z przymrużeniem oka, z życzliwością wobec bohaterów, ale też z refleksją na temat ludzkiej natury, życia, miłości, marzeń. Zagrany przez fantastycznych aktorów – Ryana Goslinga i Emmę Stone. Jako bonus Chazelle daje widzowi opowieść o jazzie. Przymrużenie oka pozwala mu, by zacząć film od musicalowej sceny rodem z lat sześćdziesiątych, a potem wpleść koncert sfilmowany nowocześnie jak w „Whiplash”. Całość zaś podpisuje – znów z dystansem i autoironią – „Made in Hollywood”. Naprawdę świetna i niegłupia zabawa.

„Moonlight”, reż. Barry Jenkins

Wyd. Solopan

Nieśmiały, czarnoskóry chłopiec. Niekochany, a może po prostu źle kochany przez samotną matkę-narkomankę, która co jakiś czas wyprasza go z domu, bo właśnie ma gościa. Chiron zna smak biedy, nie ma w życiu poczucia bezpieczeństwa. Jest wątły, nieśmiały, cofnięty w siebie. Potem, już jako nastolatek – poniewierany w szkole przez kolegów. Wyszydzany za delikatność niepasującą do środowiska, w którym rośnie. Ale przychodzi chwila, gdy pierwszy raz postanawia bronić swojej godności. Łapie krzesło i łamie je na głowie ciemiężyciela, który go skatował. Trafia do poprawczaka. To właśnie moment, gdy zrozumie, że świat należy do silnych.

Barry Jenkins dzieli swój film na trzy części. Pierwsza to dzieciństwo Chirona. Druga – wiek szkolny. W trzeciej Chiron jest młodym mężczyzną. Trudno go poznać. Nie zmarnował czasu w poprawczaku. Zrobił wszystko, by zacząć pasować do świata, który go otacza. Zmienił styl życia i odarł się z wrażliwości. Czy jednak gdzieś w środku nie przetrwa w nim ta dawna, niepotrzebna delikatność?

„Moonlight” powstał na podstawie sztuki Tarella Alvina McCraneya „W świetle księżyca czarni chłopcy mają niebieski kolor”. I opowieść Jenkinsa ma dużo barw. Jest tu wątek niełatwej przyjaźni chłopca i faceta, który stworzył mu namiastkę rodziny, ale przecież sam jest narkotykowym dilerem. Jest też historia odkrywania własnej tożsamości seksualnej. Chiron potrzebuje czasu, żeby zrozumieć siebie. Pozwolić sobie na „inność”, która przecież w nim jest, choć długo starał się ją oszukać i wyprzeć z siebie.

Na ekranie odbija się też kawałek Ameryki. Czarna dzielnica nędzy w Miami jest kompletnie odcięta od reszty świata. W filmie nie występuje ani jeden biały aktor. Koncepcja artystyczna? Czy diagnoza społeczna? Skromne, a jakże wspaniałe, poruszające kino.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA