fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Surdykowski: Adrian w Brukseli

Fotorzepa
Króciutka migawka telewizyjna z kuluarów niedawnego szczytu NATO. Właśnie wkracza ze swym orszakiem przywódca supermocarstwa, lider Zachodu. Chwilowo poza polem widzenia kamery kręci się prezydent średniej wielkości, ale nie tak zupełnie nieważnego państwa środkowoeuropejskiego. Nie, nie zamierzam natrząsać się z kciuków podniesionych nad głowami Merkel i Macrona. To, o czym napiszę, jest o wiele bardziej gorzkie niż wszystkie memy internetowych prześmiewców.

Do wkraczającego prezydenta USA podchodzi minister Waszczykowski, rozpoczyna rozmowę, udaje mu się zainteresować czymś Trumpa. Zbliża się do nich minister Macierewicz, zostaje przedstawiony, dostępuje uścisku dłoni najpotężniejszego człowieka świata, wymieniają pewnie jakieś uprzejmości, Trump rusza dalej. Nie starcza mu jednak czasu na prezydenta Dudę, który – choć zdołał przysunąć się blisko – pozostał niezauważony tak przez swoich ministrów, jak przez amerykańskiego mocarza.

O co chodzi? Przecież prezydent miał swoje „pięć minut", w końcu porozmawiał z Trumpem, pochwalił się polskimi wydatkami na wojsko, powygłupiał na konferencji prasowej. Ale ta króciutka scenka przyniosła mi opowieść o jakości polskiej dyplomacji tak skondensowaną, jak kropla oceanu opowiada o wielkiej, słonej wodzie. Dyplomacja jest grą zbiorową. Dyplomata niższej rangi stara się nie o to, by samemu zabłysnąć, ale aby utorować drogę ambasadorowi. Ambasador pamięta, że ku dostojnikowi ma doprowadzić ministra czy premiera. I tak dalej... Szeregowy kolarz w drużynie pojmuje, że sam nie wygra etapu, ma tylko pomóc swojemu liderowi. Kto tego nie rozumie, nie nadaje się do drużyny. Dlatego nie naśmiewam się z Adriana, ale współczuję prezydentowi Dudzie. ©?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA