fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Energetyka

Fatalne decyzje polityczne bez żadnych konsekwencji

Dwie betonowe wieże (pylony) na placu budowy bloku węglowego w Elektrowni Ostrołęka zostaną zlikwidowane, bo inwestorzy uznali projekt za nieopłacalny i zatrzymali jego realizację.
Fotorzepa, Krzysztof Adam Kowalczyk
Niemal 5 mld zł kosztowało w ostatnich latach krajową energetykę spełnianie życzeń polityków. To pieniądze, których nie uda się już odzyskać. Czy ktoś wreszcie za to odpowie?

Prawie 5 mld zł kosztowała kontrolowane przez państwo spółki realizacja dwóch politycznych decyzji – budowy bloku węglowego w Elektrowni Ostrołęka i utrzymania przy życiu nierentownych śląskich kopalń. Większość tej kwoty wzięły na siebie notowane na giełdzie koncerny, w akcjonariatach których poza Skarbem Państwa jest też cała rzesza prywatnych inwestorów. Choć obie inwestycje były z góry skazane na porażkę, to do dziś nikt nie poniósł odpowiedzialności za podjęte decyzje.

Koniec marzeń

Demontaż na terenie Elektrowni Ostrołęka fundamentów chłodni kominowej oraz dwóch ponadstumetrowych wież – pylonów, które były elementem wstrzymanej inwestycji w nowy blok węglowy, stał się symbolem zburzonych marzeń polityków Prawa i Sprawiedliwości o utrzymaniu w Polsce energetyki węglowej na dłużej. Jak wyliczył Bartłomiej Kubicki, analityk Societe Generale, na podstawie wszystkich odpisów, które zrobiły realizujące projekt spółki Enea i Energa, a także rezerw, które zawiązały na zobowiązania, łączny koszt tej inwestycji sięga 1,8 mld zł. Analitycy od początku ostrzegali, że projekt może okazać się głęboko nierentowny.

Cztaj także: Sasin: Nie ma alternatywy dla bloku w Ostrołęce

Blok węglowy w Ostrołęce to projekt forsowany przez ówczesnego ministra energii w rządzie PiS Krzysztofa Tchórzewskiego. Uroczystego wbicia łopaty w ziemię dokonano jesienią 2018 r., tuż przed wyborami samorządowymi. Z miesiąca na miesiąc coraz trudniej było jednak utrzymać przy życiu ten projekt, bo pozyskanie dla niego finansowania graniczyło z cudem. Ale do podjęcia ostatecznej decyzji o zaprzestaniu inwestycji potrzeba było dopiero człowieka z tak silnym poparciem politycznym jak Daniel Obajtek.

W lutym 2018 r. zszedł z fotela prezesa Energi, by przejąć stery w PKN Orlen. Gdy paliwowa grupa w grudniu 2019 r. rozpoczęła proces przejęcia Energi, według nieoficjalnych informacji miał stanowczo zastrzec, że jeśli w Ostrołęce ma powstać nowy blok, to wyłącznie gazowy. I tak się dzieje – decyzja o wstrzymaniu węglowego projektu zapadła w lutym 2020 r. Obecnie Energa jest już w grupie Orlen i trwają właśnie rozmowy z wykonawcą GE Power na temat zmiany umowy w stronę budowy instalacji gazowej. Pierwotny kontrakt opiewał na 6 mld zł.

Czytaj także: Ostrołęka: CBA zatrzymało 4 osoby "blisko związane z PiS"

Negatywne opinie o węglowej inwestycji w Ostrołęce pojawiały się od lat. W 2013 r. ówczesny minister Skarbu Państwa Mikołaj Budzanowski wspominał m.in. o rosnących kosztach emisji CO2 i ryzyku obniżenia wartości rynkowej Energi. W 2018 r. Wojciech Myślecki, który zasiadał w radzie nadzorczej KGHM, mówił wprost, że inwestycja nie ma prawa się udać. Mimo wielu podobnych opinii rozpoczęto ją, licząc na wsparcie państwa w postaci tzw. rynku mocy. Ale to nie wystarczyło.

Dziś rządzący przekonują, że nie ma mowy o nieprawidłowościach. Wiceminister aktywów państwowych Artur Soboń pod koniec stycznia 2021 r. w odpowiedzi na interpelację poselską stwierdził, że nie wie, ile kosztowała budowa i ile pochłonie rozbiórka elementów konstrukcji bloku węglowego w Ostrołęce.

Kosztowna kroplówka

Czarny scenariusz dla spółek z udziałem Skarbu Państwa ziścił się także w przypadku inwestycji w ratowanie śląskich kopalń. Pieniądze na to wyłożyły: Węglokoks, PGNiG Termika, PGE, Energa, Enea, TF Silesia oraz Fundusz Inwestycji Polskich Przedsiębiorstw FIZAN. W sumie w latach 2016–2017 firmy te wpompowały w Polską Grupę Górniczą 3 mld zł, choć eksperci ostrzegali, że inwestycja jest ryzykowna. Aktualnie inwestorzy spisali już do zera wartość swoich akcji w węglowym gigancie, który znów walczy o przetrwanie.

W momencie zaangażowania w górniczą spółkę ówcześni prezesi koncernów energetycznych w kuluarach mówili co prawda o naciskach Ministerstwa Energii, kierowanego przez Tchórzewskiego, ale oficjalnie wypowiadali się o transakcji z entuzjazmem. Przekonywali, że zyskują bezpieczeństwo dostaw węgla do elektrowni, a w dłuższej perspektywie spodziewają się zysków z tej inwestycji.

Rzeczywistość boleśnie zweryfikowała te zapowiedzi. Zamiast przeprowadzić głęboką restrukturyzację spółki, zarząd PGG godził się na kolejne podwyżki dla górników – ostatnie załoga dostała na początku 2020 r., gdy już wiadomo było, że sytuacja spółki jest zła. Na podwyżki, według nieoficjalnych informacji, naciskać mieli politycy PiS, by uspokoić nastroje na Śląsku.

Naciski na zarządy państwowych firm nie są domeną tylko obecnego rządu. Przekonał się o tym choćby Krzysztof Kilian, który w 2013 r., za rządów PO, musiał zrezygnować z funkcji prezesa Polskiej Grupy Energetycznej, bo nie godził się na budowę bloków węglowych w Opolu. Uznał, że było duże ryzyko, że projekt przyniesie stratę. Po jego dymisji inwestycja ruszyła.

Tchórzewski stracił stanowisko ministra energii pod koniec 2019 r., po rekonstrukcji rządu. W marcu 2021 r. został przewodniczącym Rady Doradców Politycznych przy premierze Mateuszu Morawieckim.

polska strategia energetyczna pod lupą

Produkcja energii z węgla na poziomie planowanym przez Polskę uniemożliwi całej Unii Europejskiej osiągnięcie celu redukcji emisji CO2 o 55 proc. do 2030 r. – ostrzegają analitycy Ember. Think tank w swoim raporcie, który w poniedziałek ma swoją premierę, bierze pod lupę nową politykę energetyczną Polski. Zauważa, że Polska planuje największy wzrost zużycia gazu ziemnego w całej UE – z 14 TWh w 2019 r. do 54 TWh w 2030 r. Do 2030 r. nasz kraj stanie się trzecim co do wielkości producentem energii z gazu w UE, co, według Ember, jest dość niezwykłe jak na kraj, który nie posiada znaczących zasobów tego surowca. Raport wskazuje, że polska strategia podważa rolę odnawialnych źródeł energii w procesie transformacji. Nie uwzględnia na przykład obecnej trajektorii rozwoju fotowoltaiki, której moce w ostatnich latach urosły skokowo. Brakuje też alternatywnego scenariusza na wypadek, gdyby nie udało się wdrożyć energetyki jądrowej. Ember zwraca uwagę, że dokument nie uwzględnia obecnego poziomu cen uprawnień do emisji CO2, które oscylują wokół 40 euro za tonę. Jeden ze scenariuszy zakłada, że taki poziom zostanie osiągnięty w 2040 r., drugi – między 2025 a 2030 r. Autorzy raportu przekonują, że subsydiowanie drogiej produkcji węglowej pozbawi Polskę środków potrzebnych do inwestowania w szybką i efektywną transformację.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA