fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Tysiące złotych oszczędności na hipotekach

Fotorzepa/ Piotr Guzik
Prawie 27 tys. zł na obniżkach stóp procentowych zaoszczędził ktoś, kto w 2012 r. pożyczył na mieszkanie 200 tys. zł. Powodów do radości nie mają natomiast oszczędzający.

Rada Polityki Pieniężnej ostatni raz o obniżkach stóp procentowych zdecydowała 4 marca 2015 r. i koszt pieniądza został obniżony do najniższego poziomu w historii. To przełożyło się wprost m.in. na wysokość rat kredytów mieszkaniowych płaconych przez Polaków. Cykl obniżek stóp procentowych zaczął się jeszcze wcześniej – w listopadzie 2012 r., gdy podstawowa stopa procentowa wynosiło 4,75 proc. Od pięciu lat to zaledwie 1,5 proc.

Raty mocno w dół

Jakie miało to skutki dla Polaków? Prześledźmy to na konkretnym przykładzie kredytobiorcy, który pod koniec 2012 roku postanowił pożyczyć na mieszkanie kwotę 200 tys. złotych na 25 lat. Wtedy rata takiego długu opiewała na około 1400 zł miesięcznie. Zakładamy, że kredyt był pierwotnie oprocentowany na 6,9 proc. w skali roku (dane NBP). Za sprawą malejących stóp procentowych już po kilku miesiącach rata wspomnianego długu spadła poniżej 1200 zł. Później efekty cięć stóp nie były już aż tak spektakularne, choć bez wątpienia pozytywne z punktu widzenia osób zadłużonych. Pod koniec 2014 r. rata spadła do około 1100 złotych, a od marca 2015 r. bank żądał co miesiąc zwrotu kwoty nie wyższej niż 1070 zł. W sumie więc w budżecie domowym modelowego kredytobiorcy w omawianym okresie zostało 26,6 tys. zł – wynika z szacunków HRE Investments. O tyle mniej pieniędzy pochłonęły łączne raty (niż gdyby obniżek stóp nie było) wspomnianego kredytu za sprawą luzowania polityki pieniężnej przez RPP.

Czytaj także: Hossa na rynku hipotek trwa w najlepsze

Gdyby pieniądze te przez ostatnie lata kredytobiorca na bieżąco przeznaczał na nadpłatę długu, to do spłaty zostałoby mu około 132 tys. zamiast 162 tysięcy, które wynikały z normalnej terminowej spłaty długu. W wyniku nadpłat spadłaby też rata - do około 870 zł miesięcznie.

Banki centralne łapią wirusa

- Takiemu zapobiegliwemu kredytobiorcy ewentualne podwyżki stóp procentowych byłyby niestraszne. W ostatnich miesiącach coraz częściej mówi się jednak, że bardziej prawdopodobny jest ruch stop procentowych w dół niż w górę. To sugeruje, że kredyty mogą być jeszcze tańsze. Ze zdwojoną siłą kwestia ta powróciła teraz przy okazji ataku nowego szczepu koronawirusa. Dziś niemal nikt nie spodziewa się podwyżek stóp procentowych w Polsce – mówi Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments.

Mechanizm rozumowania jest taki, że światowa panika przekłada się na gospodarkę poprzez m.in. zamykanie biur i fabryk, ryzyko zwolnień, zatory płatnicze czy zerwanie łańcuchów dostaw - np. części samochodowe z Chin nie płyną do montowni w innych częściach świata. W efekcie koronawirus może skutkować spowolnieniem wzrostu gospodarczego na świecie (a w konsekwencji też w Polsce), czego skutki chcą łagodzić banki centralne poprzez pompowanie taniego pieniądza.

Na cięcie stóp procentowych zdecydował się nie tylko amerykański FED, ale też australijski bank centralny, a wszystko wskazuje na to, że to nie koniec. Jak w tej sytuacji zachowuje się nasza Rada Polityki Pieniężnej? Póki co stopy pozostały na niezmienionym poziomie, ale jeśli nie uda się szybko zwalczyć wirusa i poważnie zagrażać on zacznie tempu rozwoju gospodarki, to Rada będzie miała mocny argument za tym, aby jeszcze obniżyć stopy procentowe. Nie ma jednak pewności, że na taki ruch się zdecyduje, bo przecież na drugiej szali spoczywa szybszy wzrost cen w sklepach (inflacja). Cięcie stóp oznaczałoby jeszcze gorsze oprocentowanie lokat bankowych i niższe raty kredytów mieszkaniowych – oba czynniki mogłyby doprowadzić do wzrostu popytu na nieruchomości. Wynikający z tego szybki wzrost cen mieszkań nie byłby dobry dla długoterminowej stabilności rynku.

Co cieszy kredytobiorców, to martwi deponentów

To, co dobre dla kredytobiorców, nie sprzyja oszczędzającym. Jeszcze w drugiej połowie 2012 r. – gdy stopy procentowe dopiero czekały na mającą nadejść serię obniżek – przeciętne oprocentowanie rocznej lokaty bankowej wynosiło nawet 5 proc. - wynika z danych NBP. - Dla porównania najnowsze dane banku centralnego sugerują, że w styczniu br. przeciętny roczny depozyt pozwalał zarobić tylko 1,48 proc. Po uwzględnieniu podatku od zysków kapitałowych znaczy to, że zanosząc 10 tysięcy zł na rok do banku można było w 2012 r. liczyć na 403 zł odsetek, a dziś 118 zł. Niestety tak skromne odsetki nie chronią oszczędności przed utratą siły nabywczej w związku z rosnącymi cenami dóbr i usług – zaznacza Turek. W sumie osoba, która pod koniec 2012 roku założyła pierwszą roczną lokatę, a później co roku ją odnawiała mogłaby zarobić dotychczas około 14,3 proc. po opodatkowaniu. Jak na wynik ponad 7-letniej inwestycji nie jest to zbyt dużo.

Warto jednak pamiętać, że o niższym oprocentowaniu lokat decyduje nie tylko bezpośrednio wysokość stóp procentowych, ale także sytuacja płynnościowa banków. O ile jeszcze w 2012 r. banki walczyły o depozyty, oferując atrakcyjniejsze oprocentowania, teraz i tak zalewane są pieniędzmi klientów dzięki szybko rosnącym wynagrodzeniom, co poprawia ich i tak bardzo dobrą płynność, więc nie walczą ceną o nowe pieniądze.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA