fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Diagnostyka i terapie

Patrick House MD z antynikotynową krucjatą na Twitterze

Adobe stock
Dlaczego palaczom z bolącymi korzonkami radzę się przyzwyczajać? Bo jak dostaną raka płuca, który da przerzuty do kości, to ból będzie znacznie większy – mówi Patrick House MD, jeden z najbardziej popularnych lekarzy na Twitterze.

Oprócz komentowania polityki prowadzisz na Twitterze krucjatę antynikotynową. Na pytanie o pacjenta, który twierdzi, że od noszenia maseczki cały dzień można dostać raka gardła, odpowiadasz: „Spytałbym się, czy pali papierosy, bo jak pali, to znaczy, że chce to mieć”. Skąd ta niechęć do palaczy? Znam wielu lekarzy, którzy palą i wcale się tego nie wstydzą.

Patrick House MD, lekarz rodzinny: Papierosy śmierdziały mi już, gdy byłem w przedszkolu. Ojciec nie palił, mama z doskoku, ale rzuciła po dość poważnym zapaleniu krtani. Lekarz uświadomił jej, że to świszczenie i poważna chrypka jest od palenia, a w umyśle paroletniego dziecka utrwalił się związek palenia z pewnymi chorobami. Ten związek widziałem na każdym etapie mojego życia. Studiowałem na Akademii Medycznej w Gdańsku, która stanowiła silne lobby antynikotynowe, choćby za sprawą prof. Jacka Jassema, onkologa, który doprowadził m.in. do wprowadzenia zakazu palenia w miejscach publicznych. Na Akademii było więcej profesorów niechętnych paleniu. Sława polskiej anatomii prof. Olgierd Narkiewicz na wykładach rzucał żartem: „Kto zabija palacza, temu pan Bóg wybacza”. Związek palenia ze zdrowiem tłumaczą proste zasady logiki, a pacjenci rozumieją je tym lepiej, im prościej zostaną im wytłumaczone.

Te zasady potrafisz wtłaczać dość brutalnie. Osobie z bólem korzonków powiedziałeś, że powinna się przyzwyczajać, bo jak od palenia dostanie raka płuca, to przerzuty do kości będą ją boleć dużo bardziej.

Proste kojarzenie faktów. Są też stare zasady behawiorystyki. Jeśli napisy i obrazki ostrzegawcze na paczkach papierosów nie działają, to trzeba w stosunku do niego użyć innych środków przekazu w postaci zdecydowanego tonu i środków nieco ostrzejszych.

Jak reagują pacjenci?

Skala reakcji jest nieograniczona – od fochów do wyjścia z gabinetu, trzaśnięcia drzwiami, stwierdzenia: „Ja tu nie przyszłam po morały” po sytuację, gdy pacjent zaczyna się zastanawiać. Czasami postanawia rzucić palenie już w gabinecie. Zdarza się, że wraca po trzech miesiącach i mówi: „Tak mi doktor dał popalić na ostatniej wizycie, tak mi pan dał do myślenia, że nie rzuciłem wprawdzie całkiem, ale palę już 10, a nie 20 papierosów dziennie, i zamierzam całkiem rzucić”.

Każdego pacjenta pytasz o to, czy pali? Każdy dostaje wykład umoralniający?

To zależy. Jeśli przychodzi osoba z chorobą mającą związek z paleniem, to moim obowiązkiem jest zalecić, by je rzuciła. Jak poważnie rozmawiać na temat leczenia z pacjentem kardiologicznym z cukrzycą, nadciśnieniem i chorobą wieńcową, jeśli nie stosuje się on do podstawowych zaleceń lekarskich? W pewnych sytuacjach leczenie niefarmakologiczne jest ważniejsze niż farmakologiczne. Ludzie myślą, że wystarczy w miarę regularnie brać tabletki, a to nie tak.

Czy na Twoje dalekowzroczne podejście do leczenia wpłynął fakt, że przez 10 lat zajmowałeś się medycyną ratunkową i jeździłeś w pogotowiu?

Ma to raczej związek z logicznym podejściem do tego, co robię. Jeśli pacjent wymaga od lekarza skuteczności – bo nie ukrywajmy, że idziemy do gabinetu z podejściem: „Doktor, masz mnie wyleczyć!” – to musi stosować się do zaleceń. Niestosowanie się do zaleceń lekarskich to zdejmowanie z lekarzy odpowiedzialności za wyniki leczenia. Jeśli zapiszemy pacjentowi leki na nadciśnienie, a on nie będzie ich brał i dostanie wylewu krwotocznego, to czyja to będzie wina? Lekarza czy pacjenta? Oczywiście, można mówić, że lekarz niedostatecznie jasno wytłumaczył pacjentowi konieczność brania leków. Ale pacjent nie ma prawa sobie decydować, do których zaleceń lekarskich będzie się stosował, a do których nie, bo nie wie, które z nich są w tym momencie ważne.

Edukujesz pacjentów także w czytaniu ulotek. Twój tweet: „I ja mam codziennie czytać ulotkę leku? Tak, jeśli czytała pani wczoraj, a dzisiaj rano nie pamięta dawkowania, to bezwzględnie tak. Straci pani 2 minuty 50 sekund, a być może uratuje życie”.

Ja wiem, że mam pewne skrzywienie zawodowe i na niektóre rzeczy patrzę inaczej. Wydaje mi się jednak, że gdybym nie był lekarzem i brał lek, który w aptece jest dostępny bez recepty, to zanim bym go wziął, przeczytałbym po co się go bierze i jak. Biorąc leki bez recepty bardzo łatwo się zabić, choćby paracetamolem, który jest lekiem bardzo szkodliwym dla wątroby. Jeśli pacjent przyjmie go pod postacią różnych leków, to często idzie w dawki toksyczne. Bywa też, że pacjenci biorą dawki nieskuteczne. Prosty przykład węgla: dawka to po 10 tabletek kilka razy dziennie, a moi pacjenci często się skarżą, że brali węgiel i nie zadziałał. Jedna tabletka trzy razy dziennie nie ma prawa zadziałać. Czytajmy ulotki! Jeśli kupujemy jakiś sprzęt, to najpierw czytamy instrukcję użytkowania, by go nie uszkodzić. Jak go uszkodzimy, to będzie nas to kosztowało sporo pieniędzy. Nie czytając ulotek leków ryzykujemy znacznie więcej niż pieniądze – życie.

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA