fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Diagnostyka i terapie

Maseczki i rękawiczki mogą być źródłem zakażenia

AFP
Badania koreańskich naukowców pokazują, że maseczka chirurgiczna czy bawełniana nie wydaje się być skuteczną ochroną przed koronawirusem. Podobnie nieskuteczne mogą być rękawiczki ochronne.

Mamy obecnie w Polsce fantastyczny oddolny ruch szycia maseczek chroniących nasz układ oddechowy przed wtargnięciem SARS-CoV-19. Bo maseczek brakuje. Szyjemy je zarówno dla medyków, jak i osób niezwiązanych ze służbą zdrowia. Na rynku już dawno skończyła się guma, z której robione są mocowania, kończą się też wszystkie taśmy mogące ją zastąpić. Po prostu, cały naród szyje maseczki.

Minister zdrowia Łukasz Szumowski w wywiadzie dla TVN24 powiedział: „Ja chcę wprowadzić już obowiązek noszenia maseczek w szpitalach, żeby się personel nie zakażał, żeby pacjenci mieli też większe bezpieczeństwo. [...] powoli powinniśmy iść w kierunku obowiązkowych maseczek na ulicach, w sklepach, w pracy. [...] Mamy coraz więcej ludzi bezobjawowo zakażonych. I wtedy ta maseczka ma sens”. Tylko, czy aby na pewno noszenie maseczek ma sens?

Jak informuje dzisiejszy „Annals of Internal Medicine”, jedno z wiodących pism poświęconych medycynie, zarówno chirurgiczne jak i bawełniane maski okazały się nieskuteczne w zapobieganiu rozprzestrzenianiu się SARS-CoV-2 pochodzącego z kropel rozpylonej śliny podczas kaszlu pacjentów z COVID-19. Badanie przeprowadzone w dwóch szpitalach w Seulu w Korei Południowej wykazało, że gdy zarażeni pacjenci, których usta i nos są osłonięte maską kaszlą, krople zawierające wirusa i tak uwalniają się do środowiska. Zakażona jest również zewnętrzna powierzchnia maski.

Eksperci uważają, że podczas infekcji wirusowej, maski twarzowe zapobiegają transmisji wirusa, stąd zalecenie ministra Szumowskiego. Maski N95, te z filtrem HEPA, faktycznie pełnią funkcję ochronną, ale tych brakuje. Nie ma jednak pewności czy maski chirurgiczne i ich substytut maseczki bawełniane noszone przez pacjentów z COVID-19 chronią kogokolwiek. Nie wiadomo, czy mimo stosowania takiego zabezpieczenia wirus nie przedostaje się do środowiska. Badania potwierdziły jednoznacznie, że wirus znajduje się na obu stronach maseczki używanej przez chorego. Wyniki te sugerują, że zalecenia dotyczące noszenia masek twarzowych w celu zapobiegania rozprzestrzenianiu się COVID-19 mogą nie być skuteczne. Tym bardziej, że nieumiejętne lub nieostrożne ich stosowanie może przynieść więcej szkody niż pożytku. Musimy pamiętać, że wyrzucona maseczka pokryta śliną, parą z oddechu, a przy okazji SARS-CoV-2, stanowi dodatkowe potencjalne źródło zakażenia.

Maseczki chirurgiczne zostały wynalezione nie po to, aby zatrzymywać wirusy czy bakterie, ale po to, by chronić pole operacyjne. Obrazowo mówiąc, chodzi o to, aby chirurg nie kichnął w ranę. Ma to zapobiegać zakażeniu miejsca operowanego, a przy okazji zwiększyć szansę na wyzdrowienie pacjenta bez powikłań pooperacyjnych. Temu samemu celowi służą też między innymi rękawiczki ochronne. Chirurg przed operacją musi przejść całą procedurę przygotowawczą obejmującą zarówno założenie odpowiedniego jałowego stroju, umycie rąk (nie wolno mu dotykać zakażonych ran ani opatrunków). Strój, w tym rękawiczki, pomaga mu założyć przeszkolony personel w taki sposób aby ich powierzchnia nie została zanieczyszczona. W trakcie trwania zabiegu rękawiczki są często zmieniane, aby ich powierzchnia zawsze pozostała czysta. Podobnie, choć z nieco mniejszym rygorem są traktowane dłonie pielęgniarki, która pobiera nam krew, czy wykonuje dowolny inny zabieg medyczny. Ręce zawsze są myte, rękawiczki zmieniane często, a zdejmowane w taki sposób, aby powierzchnia potencjalnie skażona nie miała kontaktu z naszym ciałem.

Teraz wyobraźmy sobie siebie na zakupach. Idziemy do sklepu, zgodnie z zaleceniem przed wejściem zakładamy rękawiczki ochronne. Bierzemy wózek, którego przed nami dotykało wiele osób, załóżmy, że także ktoś zarażony koronawirusem. Nasze rękawiczki już mają kontakt z patogenem. Sięgamy po opakowanie kawy, pieczywo albo papier toaletowy. Na opakowaniach pozostawiamy wirusa przeniesionego z wózka. Teoretycznie jesteśmy bezpieczni bo nasze ręce są chronione przez warstwę tworzywa sztucznego. W tym momencie dzwoni telefon. To mąż prosi o kupno dodatkowych warzyw. Nasz telefon został właśnie skażony, a przy okazji wirus trafił na policzek i ucho. Zaswędział nas nos. Bezwiednie pocieramy go ręką w rękawiczce i wirus już tam jest.

Przy kasie, oczywiście w rękawiczkach, wyjmujemy portfel i płacimy kartą kredytową, a następnie idziemy do samochodu. Wyciągamy kluczyki, otwieramy bagażnik, drzwi – wszystko w rękawiczkach. Wszystkie te przedmioty właśnie zostały skutecznie pokryte warstwą SARS-CoV-2. Przypominamy sobie o rękawiczkach. Zdejmujemy je ciągnąć za mankiet, a przy okazji przenosimy patogen na nadgarstek. Cała ta droga wirusa nazywa się łańcuchem zakażeń, a my staliśmy się potencjalną ofiarą COVID-19. Źródłem zakażenia, czyli siedliskiem patogenów był wózek, ale my, przez niewłaściwe zastosowanie zabezpieczeń właśnie przynieśliśmy go do domu. Cóż, niektórzy z nas być może przekazali wirusa dalej, ponieważ nie chciało im się wyrzucić rękawiczek do kosza, tylko rzucili je obok auta. Przez co miała z nimi kontakt osoba sprzątająca.

Kluczowe wydają się w tym przypadku raczej zalecenia WHO dotyczące zapobiegania infekcjom. Mycie rąk wodą z mydłem i ich dezynfekcja, unikanie dotykania twarzy, unikanie skupisk ludzi i spotkań towarzyskich, czyli wychodzenia z domu, dezynfekcja powierzchni w domu czy pracy, ale także przecieranie płynem dezynfekującym powierzchni telefonu i nieużywanie go podczas posiłków wydaje się być bardziej skutecznie zrywać łańcuch zakażeń, niż niewłaściwe używanie niekoniecznie skutecznych środków zabezpieczających.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA