fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Covid-19

Koronawirus w Polsce. Jak długo potrwa trzecia fala? Ekspert odpowiada

Fotorzepa/ Marian Zubrzycki
Spodziewałbym się utrzymania silnych obostrzeń do momentu, gdy się zaszczepimy – mówi dr Piotr Szymański, ekspert wrocławskiej grupy MOCOS modelującej epidemię.

W którym momencie epidemii jesteśmy?

Krytycznym, bo mamy reprodukcję powyżej 1 i ciągle nowe zakażenia. Obecny wzrost w statystykach to efekt zakażeń sprzed 10-20 dni. Przed nami przynajmniej 2 tygodnie wzrostu. Z naszego modelu wynika, że pik zakażeń przypadnie na Wielkanoc, około 4-5 kwietnia. Spadki powinniśmy zaobserwować dopiero po tym okresie. Nie będziemy jednak wiedzieli jak wysoki był to szczyt, bo w Wielkanoc możliwości testowania będą zmniejszone. Docelowo tydzień po świętach powinniśmy zauważyć solidne odbicie. Ale to zależy od tego, czy Polacy będą zachowywać się równie ostrożnie jak przy wzrostach w drugiej fali.

Teraz chyba trudno na to liczyć?

Pod koniec września większość Polaków mówiła, że nie można zamknąć szkół. Miesiąc później opinia się zmieniła, bo wszyscy zobaczyli jak wygląda sytuacja. Zapewne również teraz, w miarę wzrostu zakażeń wirusem wśród bliskich i znajomych, wzrośnie skłonność do przestrzegania obostrzeń. Jeżeli ograniczymy kontakty, to powinniśmy być na etapie krzywej spadkowej w połowie kwietnia. Spadek będzie dłuższy, bo taka jest specyfika tych ograniczeń. Gdzieś do końca maja powinniśmy dojść do etapu zakażeń jakie mieliśmy na początku lutego.

One są za małe? 

Rząd nie zdecydował się na obostrzenia, które byłyby mechanizmem zwanym w krajach zachodnich lockdownem. My mamy raczej zalecenia, zasadniczo brak ograniczeń mobilności – nie wiadomo jak wygląda kwestia egzekwowania wprowadzonych obostrzeń. Nie zamknęliśmy np. kościołów, a z przestrzeganiem limitów bywa tam różnie. Sprawa jest tym poważniejsza, że za chwilę mamy główne katolickie święto w roku. Dla mnie to dość dziwna sytuacja, gdy mamy otwarte kościoły i zapowiadamy, że nie będziemy ich kontrolować. A policja będzie reagować tylko na zgłoszenia. Nie buduje się poczucia, że mamy trudną sytuację i powinniśmy zachowywać się odpowiedzialnie. Wiemy co robić by było mniej zakażeń, natomiast każda polityczna władza kalkuluje, gdzie jest ta granica między tym co może zrobić, a tym co się jej opłaca.

Musi postępować ostrożnie.

Problem jest także to, że nie mamy zrobionych porządnych badań społecznych, które pokazałyby konkretne segmenty społeczne i ich nastawienie do pandemii. Możemy ogólnie powiedzieć o niektórych grupach, że ich przedstawiciele są zmęczeni i zaczynają nie wierzyć w pandemię albo nawet wierzą, ale nie mogą się racjonalnie zachować z powodów ekonomicznych. Jak ktoś jest w takiej sytuacji, że ma niskie zarobki i musi iść na zagrażające sytuacji domowej postojowe, znajdzie  wytłumaczenie, że pandemia nie jest taka groźna. To naturalny mechanizm. Jednak rolą ludzi zarządzających reakcją społeczną w pandemii jest to, aby usuwać zachęty do ryzykownych zachowań.

Do jakiego poziomu zakażeń może dojść w czasie tego szczytu?

W siedmiodniowej średniej będzie to pomiędzy 27-37 tysięcy. Są jednak scenariusze mówiące o 40-50 tysięcy zakażeń jeśli zignorujemy obostrzenia. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób zareagujemy.

Rozumiem, że jeżeli nie będziemy przestrzegać zaleceń, dojdzie do 50 tys.?

To bardzo pesymistyczny scenariusz. Musielibyśmy w znacznym stopniu zignorować obostrzenia, czyli mówiąc wprost po prostu zobaczyć się na święta. Spodziewam się jednak, że wzrosty będą ok. trzydziestu kilku tysięcy. Możemy zobaczyć też pewne nierówności przestrzenne. Niepokojące jest także to, że w niektórych modelach pojawiały się bardzo wysokie liczby hospitalizacji wynoszące około 40 tys. – to byłoby istotnym obciążeniem dla systemu opieki zdrowotnej.

Dlaczego szczepienia nie przynoszą jeszcze efektów?

Problem jest w tym, że o ile szczepionka rzeczywiście zahamuje nam wzrost zgonów, to jednak  osoby zaszczepione będą nadal trafiać z przebiegami wymagającymi hospitalizacji, choć nie pod respiratory. Ale mogą wymagać np. podłączenia pod tlen. A to może oznaczać, że zabraknie miejsca dla kogoś innego. Ponadto w szpitalu może również zarazić się np. bakterią antybiotykooporną i umrzeć. Te zgony mogą pojawić się pomimo zaszczepienia.

Na pewno zamknięte szkoły spowodują ograniczenie ruchu.

Rzeczywiście, jak dzieci nie będą miały ze sobą kontaktu to liczba zakażeń spadnie, bo widać wyraźnie, że w nowym wariancie dzieci przenoszą wirusa i zakażają rodziców. Ten efekt powinniśmy zobaczyć już w tym tygodniu. My jako grupa naukowców sugerowaliśmy rządowi, żeby przywrócić jesienne obostrzenia miesiąc wcześniej. Ale rolą modelarzy jest mówienie co im się wydaje, że wpływa na rozwój pandemii, to decyzja rządu jakie ryzyko jest skłonny ponosić.

Lockdown też jest za późno?

Były modele, które sugerowały, że obecna fala będzie zjawiskiem bardziej lokalnym w pewnym obszarach kraju. Nie zgadzaliśmy się z tym, nasze modele pokazywały, że przybierze postać ogólnokrajową. Wygląda na to, że mieliśmy rację.

Mamy także dług decyzyjny z przeszłości. Ściągnęliśmy ludzi do Polski na święta, ale ich nie przetestowaliśmy i nie skierowaliśmy na kwarantannę. Na pewno można było dłużej poczekać z otwarciem szkół i przedszkoli. To pozwoliłoby zmniejszyć rozmiar tej fali. Dla porównania w Wielkiej Brytanii mamy reprodukcje poniżej 1 na poziomie 0,6-0,8. Jedna osoba zaraża pół osoby albo 2/3.

Ale Wielka Brytania jest zaszczepiona.

Tak, ale mieli też silniejsze obostrzenia. W Wielkiej Brytanii utrzymują lockdown do czasu, gdy nie uda im się zaszczepić populacji pierwszą dawką. Z tego co zrozumiałem z wypowiedzi medialnych rządu, to Polacy mieli podobny cel, czyli szybko zaszczepić populacje, a potem otworzyć kraj.

Szczepionki nie dojechały.

To prawda, ale skoro nie dojechały, to spodziewałbym się utrzymania silnych obostrzeń do momentu kiedy dojadą i się zaszczepimy. Przez to, że nie testujemy ludzi, nie wiemy jaki mamy poziom odporności w populacji. Sanepid w drugiej fali się w zasadzie załamał, więc mamy znikomą wiedzę jak ludzie się zakażali. Nie jesteśmy wiec w stanie oszacować, które grupy zyskały odporność. I nie możemy projektować przez to bardziej precyzyjnych obostrzeń. Nie znamy też wszystkich ozdrowieńców, bo ludzie unikali testów. Mamy więc do wyboru – albo dmuchać na zimne i wprowadzać szersze ograniczenia albo przyjąć model szwedzki, czyli mówić ludziom by zachowywali się odpowiedzialnie – ta ścieżka jednak nie przynosi dotąd w Polsce sukcesu epidemiologicznego. 

Szwedzi chyba z większą pokorą podchodzą do takich zaleceń?

W Szwecji też są ludzie, którzy nie wierzą w pandemię i zachowują się nieodpowiedzialnie. Ale ten kraj ma też zupełnie inną strukturę zamieszkania i inną gęstość zaludnienia. Na północy tereny są tak rzadko zaludnione, że dystans jest naturalny. Trudno się do nich porównywać. Poza tym my kulturowo mamy wbudowaną niechęć do słuchania obostrzeń.

Trzeba też wziąć pod uwagę to, że mutacja brytyjska różni się od poprzedniej. Krótsze kontakty bez masek stanowią większe ryzyko niż w poprzednim wariancie. Powinniśmy w zasadzie zawsze przebywając w zamkniętym pomieszczeniu z osobą spoza naszego gospodarstwa domowego, mieć na sobie dobrej jakości maskę.

Widoczna jest także rola dzieci w transmisji a nie mamy informacji jak wyglądają kontakty w szkołach i jak zakażały się dzieci. Jeżeli nie jesteśmy w stanie sensownie zabezpieczyć szkół, bo nie wiemy jak wygląda struktura ich kontaktów, do tego nieszczególnie mamy pieniądze by wyposażyć szkoły np. w mechanizmy lepszego obiegu powietrza. Jeżeli nie jesteśmy w stanie zapewnić im bezpieczeństwa, to jedyne co nam zostaje to obostrzenia.

Strategia „tańca i młotka”. 

Tę strategię solidnie pokrzyżował brytyjski wariant, który się bardzo szybko rozprzestrzenia. To  kluczowy problem. W Polsce pilnujemy się, kiedy są obostrzenia. Luzowanie obostrzeń sprawia, że sobie odpuszczamy. Tymczasem Wielka Brytania, gdy luzuje, to schodzi z najwyższego poziomu obostrzeń, do poziomu trochę mniejszych obostrzeń. W komunikacji podkreślany jest stały charakter zagrożenia zarażeń i konieczność bezpiecznych zachowań. U nas brakuje tego stopniowania, miotamy się od ograniczeń do zwycięstwa nad pandemią.

Być może trzeba było - jeśli nie byliśmy w stanie zapewnić bezpieczeństwa – zamknąć szkoły, żłobki i przedszkola na pół roku. W sytuacji w której zaczyna się pojawiać wirus o którym wiemy, że dzieci przenoszą go częściej niż wcześniejsze warianty, być może należy dmuchać na zimne, by dotrwać do momentu w który mielibyśmy szczepionki i bylibyśmy bezpieczni. Oczywiście to nie są jedyne miejsca kontaktów, mieliśmy wszak otwarte hotele, centra handlowe, kościoły – wszystko z nienajlepszym poziomem przestrzegania reżimu sanitarnego.

Możemy się spodziewać, że potrzeba jeszcze pół roku, by znaczna część ludzi była zaszczepiona. Odpowiedzialne byłoby więc, by obostrzenia w jakiejś formie potrwały do czasu większego zaszczepienia populacji, być może do trzeciego kwartału.

Za chwile mamy lato, wakacje, wesela i komunie.

Naszym problemem jest też upolitycznienie pandemii. Powiedzenie, że na wakacje utrzymujemy obostrzenia nie jest  popularne w żadnym środowisku politycznym.

Ale z drugiej strony jesteśmy krajem, w którym szczepienia postępują stosunkowo szybko.

Są obszary, w których nie zaszczepiony jest niemal nikt np. prawie cała Afryka. Możemy się pocieszać, że nie jest u nas tak źle jak w Brazylii, ale w walce z pandemią chyba nie o to chodzi.

 

 

 

współpraca Karol Ikonowicz

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA