fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Budżet i Podatki

Bogaci z wyższym ZUS? To zły pomysł

Adobe Stock
Jeśli rząd chce zwiększyć udział osób zamożnych w dochodach państwa, to zniesienie limitu składek na ubezpieczenia społeczne jest najgorszym z możliwych na to sposobów – ostrzegają ekonomiści.

Ze strony polityków Zjednoczonej Prawicy wciąż płynie niejednoznaczny przekaz w sprawie zniesienia limitu składek ZUS. W czwartek rzecznik rządu Piotr Müller mówił o potencjalnym wycofaniu się rządu z tego pomysłu. Zaś Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii, że możliwa jest zmiana limitu z obecnej 30-krotności przeciętnego wynagrodzenia na 40- lub 45-krotność.

Ważny cel fiskalny

Zmiana, o której wspomniała minister Emilewicz, jest na pewno korzystniejsza dla osób bardziej zamożnych i ich pracodawców niż sytuacja, gdyby musieli oni płacić ZUS od całości dochodów. Jak wyliczyła Federacja Przedsiębiorców Polskich, podniesienie limitu do 40-krotności przeciętnej płacy oznaczałoby koszt rzędu ok. 3 mld zł zamiast 5,2 mld zł w przypadku jego likwidacji.

– Może to nieco lepsze rozwiązanie i biznes przyparty do muru pewnie by to poparł – komentuje dla „Rzeczpospolitej" Jeremi Mordasewicz, doradca ekonomiczny Konfederacji Lewiatan. – Niemniej wciąż nie mogę znaleźć argumentów zarówno za zniesieniem limitu, jak i za jego podnoszeniem – zaznacza Moradasewicz.

Jednym z argumentów „za" jest niewątpliwie konieczność pozyskania pieniędzy na spełnienie obietnic wyborczych. PiS obiecało, że wypłaci w 2020 roku 13. emeryturę i potrzebuje na to ponad 10 mld zł. Do tego rząd zobowiązał się, że w przyszłym roku budżet państwa nie będzie miał deficytu.

– Tymczasem wypłata 13. emerytury i rezygnacja z dodatkowych wpływów z podwyżki składek ZUS w tym samym czasie oznacza, że w przyszłorocznym budżecie pojawi się jednak deficyt – analizuje Aleksander Łaszek, główny ekonomista Fundacji FOR. – Rząd ma więc przed sobą cele fiskalne, z których pewnie łatwo nie zrezygnuje – dodaje. Rzecznik Müller mówił w czwartek, że zachowanie limitu składek ZUS może skutkować pojawieniem się niewielkiego deficytu w przyszłorocznym budżecie.

Wkład we wspólnotę

Drugim, bardzo kontrowersyjnym argumentem za tym, by bogatsi płacili więcej ZUS, jest to, że obecny limit „ogranicza wkład osób lepiej uposażonych w życie wspólnoty". Takie wyjaśnienie można znaleźć uzasadnieniu projektu ustawy znoszącej limit składek z 2017 r.

Bardzo trudno oszacować, ile obecnie wynosi ten „wkład w życie wspólnoty". Z danych Ministerstwa Finansów wynika jednak, że udział najbogatszych podatników PIT we wpływach z tego podatku i ze składek, ciągle rośnie. W 2017 roku (najświeższe dostępne dane) ok. 3,5 proc. podatników z II przedziału podatkowego (dochody roczne powyżej ok. 85 tys. zł) odpowiada za prawie 28 proc. dochodów z PIT oraz za ponad 14 proc. dochodów ze składek na ubezpieczenia społeczne (tych odpisywanych od dochodów).

Z kolei Aleksander Łaszek z FOR szacuje, że udział 5 proc. najbogatszych osób otrzymujących dochody z pracy (także z własnej firmy), odpowiada za 25 proc. ogółu wpływów podatkowo-składkowych (bez podatków od konsumpcji i majątku).

Czy taki poziom partycypacji bogatych jest wysoki czy raczej niski? – Tak naprawdę ocena w tym względzie jest wyborem politycznym – odpowiada Maciej Bukowski, prezes think tanku WiseEuropa.

Składki majętnych nie trafią do biednych

– Jeśli rząd chce zwiększyć udział bogatych w dochodach publicznych, by móc realizować różne programy społeczne i zwiększyć redystrybucję dochodów od tych najbogatszych do najbiedniejszych, to jest to jego decyzja – zaznacza też Jeremi Mordasewicz. – Ale podwyżka składek ZUS dla lepiej zarabiających nie ma nic wspólnego ze zwiększeniem poziomu redystrybucji – ostrzega.

Z taką opinią zgadzają się wszyscy ekonomiści, z którymi rozmawialiśmy. – Teza, że nasz system emerytalny opiera się na redystrybucji dochodów, jest z gruntu fałszywa – wyjaśnia Bukowski. – Mamy system ubezpieczeniowy, wyższa składka osób bardziej zamożnych oznacza jedynie, że w przyszłości dostaną one wyższą emeryturę. Za to nie ma to żadnego wpływy na wysokość świadczeń osób, która zarabiają mniej i płacą niższe składki – podkreśla.

Lepsze wyższe podatki

Ekonomiści zgodnie też oceniają, że zwiększenia wkładu bogatych w życie wspólnoty jest możliwe tylko poprzez podwyżkę podatków, a nie składek. – Jeśli już, rząd powinien uczciwe postawić sprawę i powiedzieć – przywracamy stawkę 40 proc. PIT – denerwuje się Jeremi Mordasewicz. Przypomnijmy, że to właśnie decyzją poprzedniego rządu PiS, skala podatkowa spłaszczyła się do 18 i 32 proc. z 19, 30 i 40 proc. wcześniej.

– Jeśli chcemy zwiększyć progresję opodatkowania w Polsce, jest to możliwe tylko przez zmiany w podatkach, a nie składkach – uważa też Jakub Sawulski z Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Dotyczy to zarówno podatków dotyczących dochodów z pracy, ale też konsumpcji. Bo okazuje się, że efektywne opodatkowanie podatkiem VAT osób o najwyższych dochodach jest nawet niższe niż tych o najniższych – dodaje.

Opinia dla „rz"

Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich

Podniesienie limitu składek ZUS z 30-krotności przeciętnego wynagrodzenia do 40-krotności jest rozwiązaniem lepszym, przynoszącym mniej negatywnych efektów niż zniesienie tego limitu. Jednak trudno się zgodzić z argumentacją, że podwyżka składek dla osób zamożniejszych jest wyrazem solidaryzmu społecznego. W systemie ubezpieczeń społecznych wyższa składka oznacza wyższą emeryturę, a nie dokładanie się do osób, które mają niższe świadczenia.

Niepewność firm

Zniesienie limitu składek na ubezpieczenia społeczne może dotknąć nawet 370 tys. osób – wynika z najnowszych analiz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, do których dotarła „Rzeczpospolita". Likwidacja limitu (obecnie to 30-krotność), po przekroczeniu którego przestaje się płacić składki, oznacza, wpływy do FUS wzrosną o 8–9 mld zł, a wpływy z PIT (do budżetu państwa i NFZ) spadną o 3–4 mld zł.

Wszystkie środowiska biznesowe, a także związki zawodowe protestują przeciwko temu rozwiązaniu, ponieważ zwiększa ono koszty pracy dla pracodawców i obniża wynagrodzenia netto pracowników. Szczególnie niepokojące jest, że zmiany mają ewentualnie wejść w życie już za dwa miesiące. Brak ostatecznej decyzji rządu w tej kwestii zwiększa niepewność firm co do obciążeń w 2020 r.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA