fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Brexit

Rząd Theresy May wisi na włosku

AFP
Na dwa dni przed kluczowym szczytem w Brukseli premier nie wie, jak pogodzić warunki Unii, eurosceptycznych torysów i unionistów z Irlandii Północnej.

„Suddeutsche Zeitung" donosił w sobotę, że po dwóch latach rokowań „deal" został uzgodniony. Ale urząd brytyjskiej premier zaraz tę informację zdementował. Jeśli, jak to często bywa na decydującym etapie rokowań, był to balon próbny, który miał przetestować reakcję oponentów rządu w Londynie, operacja nie zakończyła się dla Theresy May sukcesem.

Szefowa rządu ma w trakcie kolacji z przywódcami UE w środę wieczorem w Brukseli przedstawić założenia wyjścia Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty. Liczy, że ostateczne szczegóły byłyby uzgodnione do następnego europejskiego szczytu w listopadzie. Pomysł polega na pozostaniu Zjednoczonego Królestwa w unii celnej z krajami Zjednoczonej Europy po brexicie 29 marca przyszłego roku. Taką unią celną ze Wspólnotą jest związana od 1 stycznia 1996 r. Turcja, choć nie obejmuje ona m.in. usług, towarów rolnych czy zamówień rządowych. May wierzy, że w ten sposób uda się zapobiec przywrócenia kontroli na granicy między Irlandią Północną i Republiką Irlandii, co mogłoby wysadzić proces pokojowy w tej prowincji.

Jednak Michel Barnier, negocjator UE, domaga się, aby May zobowiązała się do pozostawienia swojego kraju w unii celnej bezterminowo, a nie – jak do tej pory planował Londyn – maksymalnie do końca 2021 r. Francuz obawia się, że jeśli nie uda się do tego czasu wynegocjować nowych warunków współpracy z Brytyjczykami, Bruksela stanie przed fatalnym dylematem: albo zamknąć granice z jednych ze swoich najważniejszych partnerów gospodarczych, albo pozwolić, aby przez teren Zjednoczonego Królestwa przedostawały się towary, które nie spełniają europejskich regulacji, co podważyłoby spójność jednolitego rynku. Zdaniem „Guardiana" w jednej z wersji projektu porozumienia rzeczywiście wypadła wzmianka o terminie obowiązywania unii celnej – tak jakby premier May poszła na ustępstwa.

W niedzielę były negocjator i lider eurosceptyków w Partii Konserwatywnej David Davis opublikował w „Sunday Timesie" apel do członków rządu, aby nie pozwolili na taki zapis. Podobno aż 8–9 z nich rzeczywiście rozważa rezygnację we wtorek, w tym tak ważni, jak szef dyplomacji Jeremy Hunt, szef MSW Sajid Javid i odpowiedzialny za środowisko Michael Gove. Eurosceptycy wskazują, że unia celna „na trwale związałaby kraj z Brukselą", bo Londyn musiałby stosować unijną politykę handlową i normy towarów bez wpływu na ich kształt.

– To jest jedna z najważniejszych decyzji we współczesnych czasach – napisał Davis.

Zwolennicy twardego brexitu mają alternatywny pomysł: określenie terminu, do którego zostanie wynegocjowane porozumienie o znacznie luźniejszej współpracy z UE oparte na strefie wolnego handlu, jak to jest między Unią i Kanadą. Uzgodnienie takiej umowy nie tylko zajęłoby jednak lata, ale oznaczałoby przywrócenie kontroli na granicy z Irlandią. Chyba że, jak to sugeruje Barnier, sam Ulster pozostałby wówczas częścią jednolitego rynku, a na Morzu Irlandzkim wprowadzono by kontrole towarów.

Także w weekend „Observer" opublikował maile szefowej Demokratycznej Partii Unionistycznej (DUP) Arlene Foster, które pokazują, że zdecydowanie odrzuca ona takie rozwiązanie. Obawia się, że byłby to pierwszy krok do odłączenia Ulsteru od Zjednoczonego Królestwa. Foster spodziewa się więc, że negocjacje między Londynem i Brukselą w ogóle zostaną zerwane. Jej stanowisko ma niebagatelne znaczenie: bez 10 deputowanych DUP May nie będzie w stanie przeforsować przyszłorocznego budżetu przez parlament i jej rząd upadnie, zanim dojdzie do porozumienia z Brukselą.

Ale nawet, jeśli May przetrwa zarówno ofensywę Davisa, jak i Foster, będzie jej bardzo trudno znaleźć większość 325 deputowanych w Izbie Gmin dla ratyfikacji ewentualnej umowy z Brukselą. Paweł Świdlicki, ekspert londyńskiego instytutu Edelman szacuje, że przynajmniej 37 na 316 deputowanych torysów nie poprze porozumienia opartego na unii celnej. Dlatego premier będzie potrzebowała wsparcia kilkudziesięciu deputowanych Partii Pracy. To musieliby być buntownicy, bo lider partii Jeremy Corbyn zapowiedział, że nie poprze żadnej umowy z Unią, która będzie zakładała gorsze warunki współpracy ze Zjednoczoną Europą niż obecnie.

May nie może też liczyć na głosy Szkockiej Partii Narodowej (SNP), której liderka, Nicola Sturgeon, gra na zerwanie negocjacji z Brukselą. Jak podaje „Scotsman", już 50 proc. Szkotów byłoby gotowych poprzeć niepodległość prowincji w razie „twardego brexitu". W referendum z 2014 r. chciało tego tylko 44,7 proc. głosujących.

Rozpisanie nowych wyborów nie musi jednak prowadzić do zwycięstwa laburzystów: mimo niemocy torysów w sprawie brexitu, Partia Pracy ma poparcie jedynie 37 proc. wyborców (wobec 41 proc. dla Konserwatystów – sondaż YouGov), bo wielu Brytyjczyków jeszcze bardziej niż skutków brexitu obawia się radykała Corbyna.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA