fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Brexit

Trzy filary, które trzeba zbudować z Brytyjczykami

Michel Barnier
AFP
Za cztery tygodnie UE rozpocznie negocjacje z Wielką Brytanią o nowym partnerstwie. Londyn udaje, że mu nie zależy.

Michel Barnier, unijny negocjator, przedstawił w poniedziałek projekt mandatu do negocjacji nowej umowy. W imieniu UE będzie je prowadziła Komisja Europejska, zgodę na mandat państwa członkowskie mają wydać 25 lutego, a rozmowy muszą się zakończyć do końca roku.

– Umowa będzie oparta na trzech filarach – powiedział Barnier. Kluczowy to porozumienie o wolnym handlu określające zasady wymiany dóbr i usług między dwoma obszarami. Drugi filar to uzgodnienia dotyczące współpracy w dziedzinie polityki zagranicznej, obrony i bezpieczeństwa. Trzeci natomiast to postanowienia instytucjonalne, określające zasady wykonywania tego porozumienia, jego nadzorowania i rozwiązywania sporów.

Przetargi i ryby

Sercem porozumienia byłaby ambitna umowa o wolnym handlu przewidująca zero ceł i zero kwot, wolny przepływ usług, ożywioną wymianę w gospodarce cyfrowej, dostęp do przetargów publicznych itp.

– Z powodu naszej geograficznej bliskości i zależności ta niezwykła oferta zależna jest od dwóch warunków – powiedział Barnier. Po pierwsze, zasada wyrównanych szans (ang. level playing field), czyli po prostu równych zasad konkurencji. Chodzi o to, żeby brytyjskie normy społeczne, środowiskowe, konkurencji, pomocy publicznej czy wybrane podatkowe były wspólne z unijnymi w tych dziedzinach, w których dochodzi do wymiany handlowej.

Drugim warunkiem ambitnego porozumienia handlowego jest zachowanie wzajemnego dostępu do łowisk. UE chce porozumienia w tej sprawie już przed 1 lipca 2020 roku. – Potrzebujemy czasu, bo potem w samej UE negocjowane są kwoty połowowe na kolejny rok – nieoficjalnie tłumaczy ten pośpiech unijny urzędnik. To postulat kluczowy dla takich krajów jak Francja, Hiszpania czy Dania, których rybacy znacznej części swoich połowów dokonują na wodach brytyjskich. Teoretycznie w tej części negocjacji Brytyjczycy powinni być górą, bo to UE zależy na dostępie do ich łowisk. Ale po 47 latach członkostwa w UE Wielka Brytania jest już bardzo silnie związana z rynkiem unijnym i 70 proc. wyłowionych przez Brytyjczyków ryb idzie na rynek unijny. Brak dostępu do łowisk łączyłby się z brakiem dostępu do unijnego rynku, co dla brytyjskich rybaków byłoby trudne do przyjęcia.

Johnson: albo Kanada, albo Australia

Negocjacje handlowe polegają na tym, że każda ze stron walczy o najlepsze dla siebie warunki. UE jest przewidywalna, bo musi wziąć pod uwagę interesy 27 państw członkowskich. Chce zatem jak największego wzajemnego dostępu do rynków przy zachowaniu jak największej zgodności norm, żeby nie podważać uczciwej konkurencji.

Strona brytyjska natomiast w znacznie większym stopniu kieruje się logiką polityczną. Dlatego Boris Johnson odrzuca możliwość przedłużenia okresu przejściowego, bo w kampanii wyborczej obiecywał szybki brexit. I bierze pod uwagę możliwość wprowadzenia ceł czy kwot handlowych, bo zależy mu na pokazaniu, że Wielka Brytania będzie się sama rządzić.

– Albo będziemy mieli umowę z UE na wzór kanadyjski, albo australijski. W obu wypadkach będziemy się świetnie rozwijać – powiedział brytyjski premier. Umowa UE–Kanada była negocjowana przez siedem lat, ale częściowo zawiera kwoty i nie obejmuje usług, na których Londynowi zależy. Z kolei z Australią UE nie ma w ogóle umowy o wolnym handlu i wzajemne relacje są określone ogólnie obowiązującymi zasadami Światowej Organizacji Handlu (WTO), z dodaniem kilku ułatwień technicznych. – Pewnie Johnson uznał, że Australia brzmi lepiej niż WTO – żartuje unijny dyplomata.

– W Wielkiej Brytanii są cztery obozy, którym zależy na jak najbliższych relacjach z UE – tłumaczy nam nieoficjalnie wysoki rangą dyplomata jednego z państw UE. Po pierwsze, Szkocja – zawsze bardziej prounijna. Po drugie, Irlandia Północna, która w razie wyraźnej odrębności systemów regulacyjnych między Wielką Brytanią a UE zostałaby skazana na dryfowanie w stronę Republiki Irlandii, czego chce uniknąć. Po trzecie, przedstawiciele wielkich przemysłów, jak motoryzacja czy lotnictwo.

– One działają w ramach ogólnoeuropejskich łańcuchów produkcyjnych i odrębne przepisy powiązane z cłami i kontrolami byłyby dla nich koszmarem – mówi dyplomata. Wreszcie przedstawiciele brytyjskich pracodawców, którym też zależy na utrzymaniu handlu z UE.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA