fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Ekoturystyka daje więcej zarobić niż wycinanie puszczy

Obserwatorzy ptaków dają zarobić lepiej niż inni turyści
AdobeStock
Do trzech przynoszących straty nadleśnictw Lasy Państwowe dopłacają rocznie ok. 26 mln zł. Ekolodzy: obserwowanie ptaków przynosi więcej zysków.

– Trzy nadleśnictwa w otulinie Bieszczadzkiego Parku Narodowego są wysoce nierentowne, choć nie wynika to z ich sprawozdań finansowych – twierdzi dr Antoni Kostka z Fundacji Dziedzictwa Przyrodniczego. Chodzi o nadleśnictwa Cisna, Lutowiska oraz Stuposiany. Generowany przez nie deficyt pokrywany jest transferami z Funduszu Leśnego, które wynoszą obecnie 26 mln zł rocznie – ustalił ekonomista na podstawie sprawozdań finansowych Lasów Państwowych. Wyniki opisał w raporcie opublikowanym na stronie Fundacji.

Główny zarzut: nadleśnictwa są pod kreską już od wielu lat, a leżą na terenach, które ekolodzy od lat chcą dołączyć do obszaru Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Jak obliczyła Fundacja, Lasy Państwowe pozyskały na tym obszarze w ciągu ostatnich siedmiu lat (2012–2018) łącznie 1,53 mln m sześc. drewna, średnio 217 tys. rocznie. Ze sprzedaży uzyskały 257 mln zł przychodu. W tym czasie nadleśnictwa otrzymały łącznie 190 mln zł dopłat z Funduszu Leśnego, zarządzanego przez Lasy Państwowe. Tymczasem wpłaciły do niego jedynie 36,5 mln zł. Po potrąceniach kosztów innych zadań, zdaniem ekologów, w ciągu tych siedmiu lat Lasy dopłaciły więc do tych trzech nadleśnictw łącznie 144,6 mln zł.

– Fundusz Leśny miał być przeznaczony na pomoc nadleśnictwom, które są czasowo, przejściowo nierentowne. Tu mamy jednak do czynienia z trwałym deficytem od co najmniej dziesięciu lat. Drzewa są też wycinane w terenie, w którym od 20 lat planowany jest rezerwat – mówi Kostka.

Lasy odrzucają jednak argument deficytowości. – Fundusz leśny zakłada, że część nadleśnictw będzie stale bądź tymczasowo deficytowa – mówi Anna Malinowska, rzeczniczka prasowa Lasów Państwowych. – Zarzut, że coś jest deficytowe, jest kuriozalny, bo cały Fundusz pokrywa deficyty poszczególnych nadleśnictw, bo zakłada, że są regiony Polski, gdzie w nadleśnictwach ważne są inne funkcje, a nie pozyskiwanie drewna. To nie jest też prywatna firma, że mamy maksymalizować zysk – dodaje.

Ekolodzy nagłaśniają jednak deficytowość nadleśnictw, ponieważ rośnie dostępność innych sposobów na zarabianie na lasach. Zamiast wycinania lasów na drewno proponują rozwój turystyki ekologicznej. Tzw. birdwatching przynosi dochody mieszkańcom bez uszczuplania przyrodniczych walorów regionu, nie prowadzi też do wycinania starych drzew i rozjeżdżania szlaków przez ciężki sprzęt, na co skarżą się bieszczadzcy turyści.

Jak wynika z analizy polskich ekologów, opublikowanej w miesięczniku „Biodiversity and Conservation", obserwacja ptaków może wnieść dochód do lokalnej gospodarki. Na przykładzie Białowieży ekolodzy porównali przychody płynące od obserwatorów ptaków z przychodami od „zwykłych" turystów. Jeden obserwator ptaków wydaje średnio 64,6 dol. dziennie wobec 38,6 dol. dziennie wydawanych przez innych turystów. Obserwatorzy ptaków spędzili tam więcej dni niż inni turyści (odpowiednio 3,8 i 2,5 dnia). Ogólnie, 14 tys. obserwatorów ptaków zostawiło w 2016 r. w Białowieży prawie 2,2 mln dolarów.

– Prawie każdy ptasiarz z zachodniej Europy słyszał o Białowieży, Bieszczadach i Biebrzy – mówi Paweł Malczyk, przewodnik i członek Sekcji Ornitologicznej Polskiego Towarzystwa Zoologicznego. – Najwięcej jest turystów z dużych miast. Teraz ludzie mają dostęp do sprzętu, aparatów, wiele osób fotografuje ptaki – mówi. Powstały nawet biura podróży specjalizujące się w wycieczkach ptasiarskich.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA