fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Kogo zaboli walka z samozatrudnieniem

Adobe Stock
Tylko jednego zleceniodawcę ma w Polsce około 153 tysięcy samozatrudnionych. To ich w pierwszej kolejności może dotknąć nowe ostrze fiskusa.

– Przyjrzymy się zarówno przepisom, jak i dotychczasowym praktykom administracyjnym, by sprawdzić, czy wobec nadużywania samozatrudnienia podejmowane są wystarczająco skuteczne kroki – zapowiedziała minister finansów Teresa Czerwińska we wtorkowym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej".

W ten sposób minister starała się rozwiać obawy związane z testem przedsiębiorcy, czyli nowym instrumentem, który miał wejść w życie od 2020 r. Na jego podstawie fiskus miał badać, kto prowadzi prawdziwą działalność gospodarczą, a kto tylko wykorzystuje samozatrudnienie, by płacić niższe podatki i składki na ZUS. Podczas prac rządu nazwa „test przedsiębiorcy" zniknęła z dokumentów, ale wyjaśnienia pani minister nikogo nie uspokoiły.

Fiskus chce uderzyć w liniowy PIT

Wręcz odwrotnie – samozatrudnieni mogą mieć jeszcze więcej powodów do obaw. – Wypowiedzi pani minister można odczytać tak, że walka z nadużywaniem samozatrudnienia będzie odbywać się w oparciu o już istniejące przepisy – komentuje Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polski.

A te wcale dla osób prowadzących działalność gospodarczą nie są sprzyjające. To znaczy zarówno w świetle przepisów dotyczących PIT, jak i VAT fiskus może podważyć status podatkowy danej firmy. Takie sprawy są podnoszone już obecnie, a po zapowiedziach minister finansów urzędnicy mogą ruszyć na szerzej zakrojone kontrole. – A przy odpowiednio restrykcyjnym podejściu będą częściej niż teraz uznawać, że to, co podatnik robi w ramach jednoosobowej działalności na gruncie podatkowym, firmą nie jest – wyjaśnia Krzysztof J. Musiał, partner w kancelarii Musiał i Partnerzy. Ewentualne nowe kryteria działalności gospodarczej, takie jak liczba wystawionych faktur czy liczba kontrahentów (co zostało zaproponowane w teście przedsiębiorcy), może jedynie fiskusowi ułatwić pracę, bo łatwiej będzie typować podatników do kontroli.

Konsekwencje wizyty fiskusa są zwykle bardzo przykre – to m.in. konieczność zapłaty wyższego podatku dochodowego, i to do pięciu lat wstecz.

– To jak otwarcie puszki Pandory. Negatywne konsekwencje finansowe poniesie nie tylko samozatrudniony, ale też jego biznesowi partnerzy w VAT. Zresztą może być jeszcze gorzej – zaznacza Kozłowski. – Bo o ile sam fiskus nie ma uprawnień, aby, mówiąc w uproszczeniu, zmusić kogoś, żeby swoją firmę zamienił na etat i zaczął płacić wyższe składki na ZUS, o tyle w takie instrumenty wyposażone są inspekcja pracy czy ZUS. Pytanie więc, czy należy spodziewać się takich skoordynowanych akcji różnych instytucji kontrolnych – dodaje Kozłowski.

– Jeśli rząd liczy, że w taki sposób uporządkuje rynek pracy, to się przeliczy. To, że ktoś straci firmę, nie oznacza automatycznie, że dostanie etat – zaznacza też Krzysztof J. Musiał. – Raczej skończy się to następnym exodusem za granicę informatyków, inżynierów i lekarzy. I wtedy będzie na pewno bardzo duży problem – ocenia.

Test przedsiębiorczości da się obejść. Kto na nim straci?

Kogo mogą ewentualnie dotknąć kontrole? Przede wszystkim tych, którzy są zależni ekonomicznie od jednego podmiotu. Jak wynika z ostatnich danych GUS, na koniec 2018 r. było 153 tys. osób działających na własny rachunek, które wykonywały zadania dla jednego pracodawcy.

Ciekawe, że patrząc z punktu widzenia potencjalnych konsekwencji, jakie może przynieść „walka z nadużywaniem samozatrudnienia", oprotestowany test przedsiębiorczości paradoksalnie jawi się jako lepsze rozwiązanie. Taki test oznaczałby bowiem wprowadzenie nowej regulacji prawnej, a to co do zasady oznacza, że nie mógłby być stosowany wstecz, a jedynie wobec nowych podmiotów.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA