fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Białoruś

Już tylko 40 proc. Białorusinów opowiada się za sojuszem z Rosją

Pogrzeb Romana Bondarenki
Tłumy żegnały w piątek w Mińsku zamordowanego 12 listopada malarza Romana Bondarenkę
AFP
Popierając Łukaszenkę, Kreml traci sympatie najbardziej lojalnego ze wszystkich narodów dawnego ZSRR.

Jeszcze na początku 2019 roku ponad 60 proc. Białorusinów tkwiło w przekonaniu, że najlepiej będzie się żyło w sojuszu z Rosją.

Gdy Aleksander Łukaszenko po raz szósty „wygrał" wybory 9 sierpnia z ponad 80 proc. poparciem, brutalnie spacyfikował pokojowe protesty (wciąż trwają), zapełnił przeciwnikami więzienia, ale mimo to otrzymał gratulacje z Kremla, poparcie dla sojuszu z Rosją we wrześniu zmniejszyło się już do 51 proc.

Przeczytaj także: Protesty dzielą białoruskich sportowców

Z przeprowadzonego zaś na początku listopada sondażu Białoruskiego Warsztatu Analitycznego (BAM) wynika, że już zaledwie 40 proc. Białorusinów opowiada się za sojuszem z Rosją. W niedzielę wieczorem dane te pierwszy opublikował wpływowy rosyjski dziennik „Kommiersant". Wynika z nich też, że na tle pogarszającego się wizerunku Rosji na Białorusi rośnie grono zwolenników integracji z Unią Europejską, w ciągu nieco ponad miesiąca liczba Białorusinów deklarujących proeuropejskie nastroje wzrosła z 24 do 32 proc. To całkiem sporo jak na kraj, w którym od ponad ćwierćwiecza rządzi chyba najbardziej prorosyjski przywódca ze wszystkich państw byłego ZSRR.

– Rosja traci w oczach Białorusinów, ponieważ władze w Moskwie wspierają Łukaszenkę i nie reagują w odpowiedni sposób na te brutalne represje, których od ponad trzech miesięcy doświadczają Białorusini. Wpływ na to miała też narracja rosyjskich mediów państwowych, które opowiadają się po stronie reżimu w Mińsku – mówi „Rzeczpospolitej" prof. Andrej Wardamacki, znany białoruski socjolog i szef BAM.

Jak twierdzi, dotychczas kwestia orientacji geopolitycznej kraju nie była istotna dla protestujących w Mińsku i innych białoruskich miastach. – Z sondaży, które przeprowadzaliśmy, wynikało, że ludzie wychodzą na ulice z powodu m.in. sfałszowania wyborów, represji i podejścia władz do pandemii. Teraz kluczowe jest to, czy wątek geopolityczny pojawi się w agendzie białoruskich protestów, a to jest bardzo prawdopodobne – dodaje.

Jego ośrodek działa w Warszawie, ponieważ na Białorusi niezależne od władz ankietowanie ludzi jest zabronione. Zajmuje się tym wyłącznie kilka instytucji rządowych i zbierają dane tylko na użytek rządzących.

Wardamacki tłumaczy, że w telefonicznym sondażu pytanie dotyczące sojuszu z Rosją usłyszało ponad tysiąc losowo wybranych respondentów. Co ciekawe, sondaż był przeprowadzony przed zabójstwem 31-letniego malarza Romana Bondarenki, pobitego pod własnym blokiem 12 listopada. Wstrząsnęło całą Białorusią i zostało potępione nie tylko przez najwyższe katolickie duchowieństwo, ale również przez Cerkiew Prawosławną patriarchatu moskiewskiego. Zareagowało na to wiele krajów Europy, ale Kreml milczał.

– Rosja wybiera mniejsze zło, czyli Łukaszenkę. Bo wie, że w przeciwnym wypadku dojdzie tam do przewrotu, w wyniku którego władzę na Białorusi przyjmie propolski reżim. Przecież to Warszawa od lat wspiera opozycyjną telewizję Biełsat, przygarnęła przeciwników Łukaszenki, a odkąd wybuchły protesty na Białorusi, sterują nimi polskie służby poprzez strony Nexta (chodzi o ściganego przez władze w Mińsku i oskarżanego przezeń o terroryzm popularnego blogera Sciapana Puciłę – przyp. red.), który również mieszka w Warszawie. Rosja nie może dopuścić do zwycięstwa polskich służb na Białorusi. To byłaby katastrofa – mówi „Rzeczpospolitej" znany rosyjski politolog Siergiej Markow, który – będąc częstym gościem rosyjskiej stacji rządowych – wtóruje propagandzie Łukaszenki. A ten od początku protestów próbuje przekonać Kreml, że ma tak naprawdę do czynienia nie ze zbuntowanym narodem, lecz z dobrze zorganizowaną i wpieraną przez Zachód (a w szczególności przez Polskę i Litwę) próbą „przewrotu państwowego".

Jednak nie wszyscy w Rosji, nawet w gronie zwolenników Kremla, wierzą w opowieści białoruskiego przywódcy.

– Osobiście nie mam wątpliwości, że sierpniowe wybory prezydenckie wygrała Swiatłana Cichanouska, wszystkim w Moskwie o tym mówię. Rosja przytakuje Łukaszence, ale tu doskonale wiedzą, jaka jest rzeczywista sytuacja na Białorusi. Przecież to nie trzysta tysięcy Polaków protestowało w Mińsku – mówi „Rzeczpospolitej" prof. Andriej Suzdalcew, politolog i ekonomista z prestiżowej Wyższej Szkoły Ekonomii w Moskwie.

– Kreml ma związane ręce. Nie może rozpocząć rozmów z białoruską opozycją, nawet gdyby tego mocno chciał. Przecież trzeba sobie zdawać sprawę, że gdyby doszło do jakiegokolwiek kontaktu przedstawicieli władz Rosji z którymkolwiek z przeciwników Łukaszenki, tego samego dnia reżim w Mińsku zostałby obalony przez własne służby i generalicję. Jego los jest całkiem w rękach Rosji – twierdzi.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA