fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Białoruś

Milinkiewicz o sytuacji na Białorusi: Obalić reżim to za mało

Aleksander Milinkiewicz – założyciel opozycyjnego ruchu „Za wolność” i twórca Wolnego Uniwersytetu Białoruskiego, od ćwierć wieku polityczny przeciwnik prezydenta
Fotorzepa, Dominik Pisarek
Dzień po wyborach chciałbym się obudzić w europejskiej Białorusi – mówi Aleksander Milinkiewicz, główny rywal Aleksandra Łukaszenki w wyborach 2006 roku.

Prezydent Aleksander Łukaszenko wystąpi we wtorek z orędziem do narodu. Są pogłoski, że może wprowadzić stan nadzwyczajny i przełożyć wybory. Czy to jest możliwe?

Zademonstrowałby słabość. To byłaby dla niego ostateczność. Raczej będziemy mieli powtórkę scenariusza z 2010 roku, gdy doszło do masowych protestów w Mińsku, pacyfikacji i represji.

Na pewno Cichanouska zbierze więcej głosów niż dotychczasowi konkurenci Łukaszenki. Ale jej sztab albo nie ma planu działań po ogłoszeniu wyników wyborów, albo o tym nie chce mówić. Wielu ludzi uważa, że wystarczy wyjść na ulice, by odnieść zwycięstwo. Myślą, że Łukaszenko odda klucze do swojego gabinetu i spokojnie odejdzie. Tak nie będzie. On całkowicie kontroluje służby mundurowe. Popierają go też zamożne elity. Obawiam się, że czeka nas wielkie rozczarowanie, że tak dużo ludzi wyszło na ulice miast, a Łukaszenko nadal rządzi. Dobrze, gdyby to wszystko odbyło się pokojowo i aby nie polała się krew. Oby też nie doszło do prowokacji. Mam ma myśli przede wszystkim Rosję.

Po co to Rosji?

To idealna opcja dla Kremla. Jeżeli poleje się krew, Łukaszenko zostanie wyrzutkiem w Europie na wiele lat, przestaną z nim rozmawiać państwa Zachodu. Wtedy będzie skazany wyłącznie na Rosję. Myślę, że Moskwie chodzi o zmuszenie władz w Mińsku do podpisania wszystkich map drogowych dotyczących tak zwanej głębszej integracji Białorusi i Rosji. Spora część białoruskiego społeczeństwa pogrążyłaby się w depresji i straciłaby jakiekolwiek nadzieje.

Cichanouska w rozmowie z „Rzeczpospolitą" przekonywała, że właśnie na ten momen czekali Białorusini.

Możliwe, że nie zna całego scenariusza. Jej sztabowi chodzi głównie o to, by na ulice wyprowadzić jak najwięcej ludzi. Ale co dalej? Dotychczas opozycyjni rywale Łukaszenki mieli doradców i piarowców. Każdy wiedział, kim są. Teraz nie wiemy, kto pisze scenariusz dla jej sztabu. Gdyby została prezydentem, miałaby uprawnienia Łukaszenki, a państwem kierowaliby ludzie z jej sztabu, o których nic nie wiemy. To byłoby zbyt duże ryzyko dla mojej ojczyzny. Zawsze powtarzam: kochajcie Białoruś bardziej, niż nienawidzicie Łukaszenkę.

Ale pan chyba też wierzył w zwycięstwo, stojąc w marcu 2006 roku przed wielotysięcznym tłumem?

Wtedy, mimo fali represji, która w nas uderzyła, jeździliśmy przez kilka lat po Białorusi i wierzyliśmy, że zwyciężymy. Mieliśmy duże nadzieje, a bez nadziei nie warto wcale brać udziału w wyborach. Mieliśmy jednak wyraźny plan działań. Podczas wyborów w 2010 roku było tyle planów, ilu kandydatów (dziesięcioro – przyp. red.), a teraz będzie tyle planów, ilu ludzi, którzy wyjdą na ulice miast. To strasznie niebezpieczne. Na czele niekontrolowanych tłumów mogą szybko stanąć prowokatorzy.

Wcześniej jednak takich tłumów nie porwał żaden opozycjonista.

Bo przedstawiciele demokratycznej opozycji odpowiadali na fundamentalne pytania – dokąd zmierza Białoruś i jakim będzie krajem. Mówiono o wartościach i priorytetach. Teraz programu brak. Chodzi wyłącznie o mobilizację przeciwników reżimu. Ludzi mają dosyć rządów i nie chcą dalej tak żyć. Sytuacja gospodarcza jest zła, wszyscy mają dosyć chamstwa władz, a rządzący nie mają żadnego planu rozwoju kraju. Łukaszenko jest prezydentem ubiegłego wieku i nie rozumie, że naród ma dosyć. Białorusini protestują i dobrze robią, ale ktoś sprytnie wykorzystał te nastroje.

W jakim kraju chciałby pan się obudzić 10 sierpnia, czyli dzień po wyborach?

Trwa walka pomiędzy Łukaszenką, Moskwą i narodem białoruskim. Najważniejsze nie jest obalenie Łukaszenki, ale wizja, jaką drogą iść, jakiego gospodarczego i geopolitycznego wyboru dokonać. Niektórym się wydaje, że obalą Łukaszenkę, a potem pomyślą o reszcie. Nie będą mieli na to czasu. Kobiety, które stoją dzisiaj na czele protestu, nie mówią, jaka będzie Białoruś bez Łukaszenki. Chciałbym się obudzić w europejskiej Białorusi, która ma europejski język, kulturę, historię i mentalność. Powinniśmy dążyć do integracji z Unią Europejską. Wiem, że nikt tam nas dzisiaj nie przyjmie, ale powinniśmy dążyć do europejskich standardów. Z Rosją też trzeba mieć dobre relacje, ale nie takie jak dziś, gdy jest totalne uzależnienie gospodarcze.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA