Analizy

Dąbrowska: Antyeuropejska retoryka prezydenta może sporo kosztować

Fotorzepa, Robert Gardziński
Andrzej Duda, mówiąc w Leżajsku o „wyimaginowanej Wspólnocie", poszedł drogą liderów brytyjskich konserwatystów, którzy padli ofiarą własnej agitacji.

W brytyjskim referendum, które odbyło się w czerwcu 2016 roku, zwolennicy opuszczenia Unii Europejskiej wygrali w proporcji 52:48. Szok w Zjednoczonym Królestwie był ogromny. Bo przecież mało kto, włącznie z jedną głównych postaci brexitowej kampanii, Borisem Johnsonem, przypuszczał, że w te wszystkie argumenty za opuszczeniem UE może uwierzyć większość społeczeństwa.

Czytaj także: Lekcja historii dla pana prezydenta

Przeciętny zwolennik wyjścia z Unii był mężczyzną w „późnym wieku średnim", pochodzącym z klasy robotniczej i mieszkającym w małym lub średnim mieście. To taki właśnie wyborca uwierzył najmocniej w argumenty o imigrantach, którzy kradną pracę (w tym kontekście głównie występowali Polacy), i o zagrożeniu płynącym z krajów ogarniętych kryzysem, takich jak Grecja czy Hiszpania. „A dlaczego my mamy za nich płacić?" – pytali Brytyjczycy i nakręcali spiralę zbudowaną przez architektów brexitu. Hasłem, które zagrzewało ich do boju, było „odzyskajmy kontrolę". Czy taki scenariusz może powtórzyć się w Polsce?

– Wspólnota jest potrzebna tutaj, w Polsce, dla nas – własna, skupiająca się na naszych sprawach, bo one są dla nas sprawami najważniejszymi; kiedy nasze sprawy zostaną rozwiązane, będziemy się zajmować sprawami europejskimi. A na razie, niech nas zostawią w spokoju i pozwolą nam naprawić Polskę, bo to jest najważniejsze – przekonywał prezydent Andrzej Duda podczas wiecu w Leżajsku.

Może to być wyraźny sygnał, że głowa naszego państwa zaczęła realizować eurosceptyczną strategię. Tym bardziej, że jego słowom towarzyszyło zapewnienie o budowaniu „normalnej Polski", w kontrze do „wymyślonej Wspólnoty". A to retoryka bliźniaczo podobna do tej, która przeorała Wielką Brytanię.

Stanowisko polskiego prezydenta to tylko element szerszego ruchu i koncepcji, które pojawiają się w całej Unii. Można chyba przyjąć, że ten eurosceptycyzm opisywany będzie w podręcznikach historii jako jeden z charakterystycznych elementów naszych czasów. Skoro więc pojawiła się swoista moda na izolacjonizm i antywspólnotowość, może to oznaczać, że projekt europejski zagrożony jest bardziej, niż się wydaje, mimo wszelkich gospodarczych i politycznych korzyści, jakie przynosi. I dlatego ton prezydenckiej wypowiedzi jest tak niebezpieczny.

To były brytyjski konserwatywny premier David Cameron przekonał się boleśnie, jak nieoczekiwane rezultaty może przynieść uwolnienie antyunijnego dżina z butelki. „Gra w brexit" nie skończyła się przecież do dziś, a w 2016 roku doprowadziła do upadku jego rządu. Nie tego spodziewał się Cameron, opowiadając się za pomysłem referendum. A czy prezydent Duda zdaje sobie sprawę, że jego słowa mogą wywołać podobny efekt? Że antyeuropejski trend to poważna historia, a nie tylko sposób nie zbieranie poparcia? Czy gotów jest zmierzyć się ze skutkami wyjścia z UE i „skupienia się wyłącznie na własnych sprawach", z jakimi ma do czynienia dziś Wielka Brytania?

„Zamiast wpłacać środki do Unii, zasilmy nasz własny system zdrowotny" – argumentowali brytyjscy zwolennicy opuszczenia UE. I tu wreszcie pojawia się poważna różnica: Polska wciąż więcej dostaje, niż oddaje Wspólnocie. Można to z grubsza wycenić na ok. 10 miliardów euro rocznie. Zabraknie tych pieniędzy, jeśli Unia, jak chce prezydent, „zostawi nas w spokoju".

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL