fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Jacek Nizinkiewicz: Mobilizacja, mobilizacja, mobilizacja!

Fotorzepa/ Marian Zubrzycki
Kandydat, który bardziej zmobilizuje elektorat, wygra walkę o prezydenturę. W II turze to nowi głosujący mogą zdecydować o wyniku wyborów i przyszłości Polski.

Wybory prezydenckie cieszą się dużym zainteresowaniem Polaków, ale mogłoby być lepiej. Najwyższa frekwencja była w 1995 roku. 25 lat temu w I turze wyborów prezydenckich głosowało 64,7 proc. uprawnionych do głosowania, a w II turze frekwencja była jeszcze wyższa i wynosiła aż 68,23 proc. Do pobicia rekordu niewiele nam brakowało 28 czerwca, bo frekwencja wyniosła 64,51 proc. Czy w II turze weźmie udział rekordowa liczba Polaków? Kto ma większe możliwości pozyskiwania wyborców?

– Trzaskowski, nie Duda, może pozyskać nowych wyborców – mówił przed I turą prof. Antoni Dudek, politolog, który dzisiaj zauważa, że kandydat Koalicji Obywatelskiej zmobilizował już maksymalnie duże miasta. A to właśnie elektorat wielkomiejski jest trzonem poparcia wyborczego prezydenta Warszawy. – O wyborach zdecyduje mobilizacja prowincji, a tam większą szansę ma Duda – dodaje politolog. Z kolei socjolog prof. Jarosław Flis uważa, że istotna dla wyniku wyborów może się okazać demobilizacja elektoratów.

– Część wyborców może uznać, że wynik jest przesądzony i że do wyborów nie musi iść. Część będzie na wakacjach. Zdecydują błędy kandydatów na ostatniej prostej, ale głównie to mobilizacja okaże się czynnikiem rozstrzygającym – twierdzi. A kluczowy dla wyniku wyborów może być nawet ułamek procentu głosów.

W 2010 r. w II turze wyborów prezydenckich przybyło ledwie 50 tys. nowych wyborców, co nie miało wpływu na wynik wyborczy. Ale już w 2005 r. w II turze głosowało 400 tys. więcej Polaków, dzięki czemu Lech Kaczyński został prezydentem. – Wyborców było więcej tam, gdzie Kaczyński był silniejszy. Zmiana na jego korzyść była tam, gdzie rosła frekwencja – zwraca uwagę Jarosław Flis. W 2015 r. w II turze przybyło aż 2 mln nowych głosujących, co rozstrzygnęło o wyniku wyborów na korzyść Andrzeja Dudy.

– Frekwencja może być wyższa nawet o 4 proc., a już 1 proc. może przeważyć o zwycięstwie. Zdziwiłbym się jednak, gdyby przeważył na korzyść prezydenta stolicy. Wygra Duda, bo to Trzaskowski ma większy elektorat negatywny, głównie dlatego, że jest politykiem PO. Jeśli Trzaskowski przegra, to głównie przez Platformę. Dobrze zrobił, że pogonił Budkę „podpowiadacza”, ale nie pokazał się jako kandydat ponadpartyjny – zwraca uwagę prof. Dudek. I dodaje: – Trzaskowski zmarnował sposobność. Gdyby pojechał do Końskich, to zwiększyłby szansę na pozyskanie głosów prowincji. Pokazałby, że ma charakter. Jego sztab popełnia błąd, że nie prze do debaty.

Czy w takim razie wynik wyborów jest już przesądzony? W żadnym razie. – Zdolności mobilizacyjne są wyrównane. PiS mobilizuje sprawniej sztabowo i strukturalnie. Frekwencja po obydwu stronach jest bardzo duża, choć to u Trzaskowskiego będzie trudno ją podciągnąć. Nie wiemy, gdzie jest sufit poparcia – konkluduje prof. Flis.

Złudzeń nie ma prof. Dudek: – Nokautu nie będzie. Duda może wygrać na punkty, ale uderzę się w pierś, jeśli wygra Trzaskowski.

Bo to właśnie umiejętność pozyskiwania nowych wyborców będzie kluczowa dla wyniku wyborów prezydenckich i przyszłości Polski.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA