Wielu (wciąż większość) czytelników „Rzeczpospolitej” pamięta Polskę sprzed akcesji. I to najlepszy punkt widzenia, by dostrzec, ile w kraju nad Wisłą się zmieniło.
Oczywiście najbardziej widoczne są zmiany wynikające z przyjęcia przez Polskę setek miliardów euro z funduszy spójności. Te pieniądze zapewniły materialny awans polskim miastom i miasteczkom. Katalog inwestycji, z tych opierających się na mechanizmach unijnej konwergencji środków finansowych, niemal nie ma końca. Ale mimo to nie wyczerpuje korzyści, jakie wynieśliśmy z akcesji.
Czytaj więcej
W ciągu trzech lat znacznie ubyło badanych, którzy widzą przewagę zalet nad wadami polskiej obecności w UE. W elektoracie PiS już niemal ich nie ma...
Przede wszystkim wejście do Wspólnoty było wielkim powrotem Polaków do europejskiego domu. Mam świadomość, że poszczególne pokoje w tym budynku sporo się od siebie różnią – niemniej jest, tak jak zawsze był, wspólnotą. Właśnie tak postrzega się ją z zewnątrz.
Unia Europejska to cywilizacyjna jedność. Posiada wspólną historię, własny, wywodzący się z chrześcijaństwa system wartości, przynajmniej w sensie historycznym – dużą jednolitość etniczną. A nawet, poza nielicznymi wyjątkami, jest wspólnotą językową. Na koniec – choć to pewnie najważniejsze – jest wspólnotą tradycji. Nie zawsze łatwej, pełnej kaskad i porohów, jest jednak nurtem tej samej, wspólnej rzeki. Polska przez wieki bywała jej częścią. Czasem oddalała się od jej brzegów. Ale zawsze wracała. Od 20 lat na dobre.
Bilans polskiego członkostwa w Unii. Liczby same mówią za siebie
Nie miejsce tu, by przypominać, jaki jest bilans polskiego członkostwa w Unii. Liczby same mówią za siebie. Ważniejsze jest, by powiedzieć to tysiączny raz, byśmy przyjęli to jako aksjomat: Wspólnota europejska to my. Unia to żaden zewnętrzny, obcy byt, legendarny Lewiatan, monstrum z obłąkańczych wynurzeń posłów Brauna czy Korwin-Mikkego, tylko my sami.
Jesteśmy częścią jej ciała. Mamy wspólny krwiobieg, wspólną od 20 lat przeszłość i przyszłość. Dla niektórych taka konstatacja zabrzmi jak banał. Ale tak nie jest: świadomość tego, że Unia to my, to początek trudnej prawdy o naszej, państwowej i narodowej, ale również osobistej, za nią odpowiedzialności. Mamy do tego instrumenty, bo Unia to projekt polityczny i tylko od nas zależy, jak ich użyjemy.
Przez ostatnie lata miniona władza zohydzała Unię Europejską jako zewnętrzny i wrogi ideowo projekt. Dziś czas, by wyrzucić te uprzedzenia na śmietnik historii. Polska jako jeden z największych krajów Europy, z niemal 40 milionami mieszkańców i szybko rozwijającą się gospodarką. Mamy prawo i możliwość walczyć o przyszłość Wspólnoty na własnych warunkach, wytyczać ścieżki integracji w zgodzie z naszym interesem, spierać się o kształt przyszłej Wspólnoty na równi z Niemcami czy Hiszpanami. To nasz obowiązek.
Czytaj więcej
Unia kilka razy była na ostrym wirażu. Lepiej lub gorzej radziła sobie z kryzysami. Czy to pomoże jej w pokonaniu następnych, które już widać na ho...
Unia nie jest procesem skończonym. Ewoluuje na naszych oczach, szuka coraz bardziej efektywnych form realizacji wspólnych celów. Niekiedy myli się i błądzi, ale dokąd jest demokracją, szanuje systemy wolnościowe i prawa społeczeństw, jest zrealizowanym marzeniem o pokojowej wspólnocie ludzi wielu narodów. Podczas ostatnich 20 lat poradziliśmy sobie jako wspólnota z wieloma zagrożeniami. Przed nami kolejne: wojna na wschodzie, budowa mechanizmu bezpieczeństwa, rozwiązanie problemu migracyjnego, rewolucja energetyczna, poszerzenie mechanizmów integracji w zgodzie z wolą europejskich narodów.
Marzę o tym, byśmy umieli sobie z nimi poradzić, by uchronić tę jedyną, najlepszą w polskiej historii wspólnotę wolnych ludzi.