Plus Minus: W swojej książce „Po piśmie" wprowadza pan dziwne pojęcie: bezpośredni transfer przeżyć. Co to takiego?

Jacek Dukaj: Pokażmy to na przykładzie. Siedzimy sobie teraz w restauracji w Warszawie, widzimy ulicę, przejeżdżają samochody. Powiedzmy, że chcę to komuś przekazać, opisując. Żeby taki przekaz otrzymać, czytelnik czy słuchacz musi moje słowa rozszyfrować: wyobrazić sobie, jak wygląda warszawska ulica, jak wyglądają samochody w ruchu. Zachodzi tu transfer symboliczny: to, co znajduje się w mojej głowie, koduję w symbolach. Widok, myśl, komplet doświadczeń. W kulturze oralnej przekazuję je słowami wyłącznie wypowiadanymi, w kulturze pisma – zapisuję. Na podstawie tych symboli i własnych referencji – tego, co sam wcześniej przeżyłeś – odtwarzasz mój pakiet przeżyć. Nigdy doskonale – ale wystarczająco, żeby uczestniczyć we wspólnej kulturze. Po twoich reakcjach na moje słowa rozpoznaję wierność transferu.

Ale teraz nie muszę widoku ulicy kodować w słowach, mogę przekazać go bezpośrednio, na przykład filmując. I przesyłam ten pakiet audiowizualny komuś, kogo nigdy nie spotkam. I on nie musi go odczytywać, odszyfrowywać, pracować na ideach, znaczeniach, wyobrażać sobie – może to przeżyć bezpośrednio. Usłyszeć dźwięk samochodu jadącego po ulicy, zobaczyć kolor karoserii.

Dlaczego bezpośredni transfer doświadczeń stał się wyróżnikiem naszej epoki postpiśmiennej?

Najściślej wiąże się to z rozwojem technologicznym. Wychodzenie z pisma to rozciągnięty w czasie, ale dla większości nieunikniony skutek pojawienia się metod transferu bezpośredniego. Wnikają one w kolejne dziedziny życia, sprawiając, że nie musimy już kodować przeżyć w literach i słowach. Począwszy od pierwszej technologii transferu bezpośredniego – fotografii. Fotografia szybko zmieniła literaturę i dziennikarstwo. Gdzie pojawiły się zdjęcia, nie były już potrzebne opisy. Gazety, listy, książka wyglądały inaczej przed rozpowszechnieniem fotografii. Czym był tabloid bez fotografii? To całe szpalty nierzadko poetyckich, ale niezwykle szczegółowych opisów np. sukni księżnej, w której pojawiła się na balu. Prawy rękaw, przedramię, łokieć, druga ręka, mnóstwo słów mających wytworzyć w umyśle czytelnika obraz odpowiadający oryginałowi. Pojawia się fotografia i wszystko się zmienia.

W XX wieku kino i telewizja wyparły w ten sposób tradycję narracji metaforycznej, duchowej, wynosząc do globalnego standardu amerykański behawioryzm. [...]

Co będzie dalej?

Jeszcze doskonalsze formy transferu przeżyć. Zarówno Instagram, jak i Snapchat obsługują wyłącznie jeden ze zmysłów. Wynika to z ograniczeń technicznych, ale te da się stopniowo pokonać. Już 5G sporo pomoże. W Korei, gdzie wprowadzono ten standard przesyłu danych, ludzie masowo żyją życiem ichnich celebrytów w takim ciągłym przekazie wielozmysłowym. Tak jak to opisałem w „Po piśmie": nie patrzysz swoimi oczyma – patrzysz oczyma tego, kogo żyjesz; nie słuchasz swoimi uszami – słuchasz cudzymi. Przez masy przeżywaczy przepływają rzeki przeżyć oderwane od ciała, od „tu i teraz", od „realu" i od „fikcji". [...] I kolejne bariery dla transferu – techniczne, prawne, obyczajowe – znikają, bo ludzie chcą jeszcze lepiej, jeszcze głębiej, jeszcze „prawdziwiej" przeżywać. Co, kogo? Celebryci są nosicielami, skupiaczami tych przeżyć, ale nie są ich właścicielami. Raczej na odwrót: to moc danych pakietów przeżyć tworzy celebrytę.

Czy da się ten proces, bo to więcej niż moda, zatrzymać?

Do tego trzeba by zmienić naturę ludzką, czyli sprawić, by ludzie przestali chcieć tego, czego szczerze chcą. Albo sztucznie cofnąć rozwój technologiczny – są i takie głosy.[...]

Ale odchodząc od pisma, tracimy kilka cennych wynalazków naszej cywilizacji. W swej książce pokazuje pan, że pojęcie naszej tożsamości jest produktem pisma. Pisząc, abstrahuję od siebie samego, dystansuję się do siebie, tworząc własne ja.

Wykształcenie aparatu, dzięki któremu w ten sposób opowiada się swoje życie, nie byłoby możliwe bez rozwoju kultury pisma. Gdy piszę, pojawia się w głowie ten agent, który pisze, ten, kto patrzy, jakby spoza mnie – „sponad" tego wszystkiego, co jest treścią moich doświadczeń. A te doświadczenia zostają urzeczowione w symbolach istniejących niezależnie ode mnie. Życie jako przedmiot refleksji oddziela się oto od przeżywającego: ma strukturę, ciągłość, sensy, przeszłość i przyszłość jak „przed" i „za" na mapie. Zdarzenia stają się symbolami, symbole niosą znaczenia większe od moich głupich przypadków codzienności.

Myślę, że apogeum tego człowieczeństwa to XVIII i XIX wiek, zanurzone w niemalże medytacyjnej praktyce pisania dzienników, pamiętników i listów słanych w niewiadomą, bez pewności odpowiedzi. Nie jest przypadkiem, że psychoanaliza rozpina podświadomość człowieka na języku; że Lacan widzi najgłębszy porządek „ja" w strukturach gramatyki. To pisarska narracja umożliwiła powstanie takiego „ja". Umożliwiła człowiekowi stanie się biografem jego własnego życia.

Czytaj więcej

Apel w sprawie pułkownika Kuklińskiego

Nie byłoby jaźni bez klasycznej powieści?

Inaczej: w powieści wykrystalizowały się te jakości kultury pisma, które zbudowały nowożytne „ja". Powieść wymyśliła – lub odkryła, to trochę słabsza teza – te fenomeny, które wydarzają się w naszych głowach, a do których nikt inny nie ma dostępu, które nie mają przełożenia na doświadczenia zmysłowe.

Zewnętrzna, pierwotna narracja o życiu może być sprowadzona do doświadczeń zmysłów: idąc ulicą, zobaczyłem to lub tamto. Potem ubierasz to w narrację słowną i te doświadczenia zmysłowe tworzą ciągi zdarzeń, a wreszcie – fabułę.

Fabuła jest jednym ze sposobów nadawania sensu rzeczywistości. Nie istnieje w świecie przedopowiedzianym. Przedmioty, miejsca nie zawierają związków przyczynowo-skutkowych. To umysł człowieka nakłada na świat ten wzorzec. Przejrzenie owego mechanizmu przyczynowości przez Hume'a otworzyło epokę krytyki obiektywizmu – która w XX wieku skulminowała wielkimi dekonstrukcjami i śmiercią narracji ogłoszoną przez Lyotarda. Ta śmierć narracji przemawiała do nas oczywistością doświadczenia postpiśmiennego: życia pod nawałą przeżyć-fragmentów, głównie obrazów. Już XX-wieczna literatura przekonywała nas, że im słabsza struktura opowieści, tym opowieść lepsza, bo „prawdziwsza": bliższa przedopowiedzianemu realowi. W ten sposób hierarchie wartości kultury wysokiej, skręcone przez doświadczenie transferu bezpośredniego, przyczyniły się do odzwyczajania nas od tego głębokiego wzorcowania rzeczywistości, które zaspokaja osobistą potrzebę sensu, które nadaje życiu znaczenie, wagę, kierunek.

Ale pismo otworzyło nas w sposób szczególny na te wzorce tworzone przez język, które nie odnoszą się do świata materii, nie mają podstawy we wrażeniach zmysłowych. Musimy się wspinać do nich po wysokich drabinach metafor, analogii, idei. Czym jest ból istnienia? Czym są kompleksy, których nawet nie potrafimy opisać, a do wydobycia których potrzebna jest pomoc terapeuty? I właśnie takie narzędzia, taki aparat pojęciowy oferuje powieść. Czytał pan, że jakiś bohater się zakochał, i co się z nim wtedy działo: co myślał, co czuł, jakie metafory siedziały mu na duszy, co za siły szalały mu w głowie – dzięki temu może pan nałożyć siatkę pojęciową na swoje własne wnętrze: a, więc ja się zakochałem! I nawet nie trzeba czytać samemu tych powieści – bo jesteśmy zanurzeni w kulturze przesączonej artefaktami literackimi.

Czy przed napisaniem „Lolity" przez Nabokowa istniały lolitki? To nie pusta zabawa semantyczna. Czy przed romantykami była miłość romantyczna? Czy przed Werterem było cierpienie werterowskie? To wszystko są konstrukty kulturowe, które weszły do nas przez pismo, przez literaturę, i zamieszkały w naszej świadomości. Przekazywane są dalej w wychowaniu, przez asocjację, często nieświadomie. To swoisty system operacyjny duszy. Na nim pracują poziomy świadomości, które przywykliśmy uważać za naturalną, odwieczną część człowieczeństwa.

A w istocie podmiotowe „ja" zdolne do autorefleksji i piętrowego modelowania cudzych „ja" pojawia się w pewnym momencie w dziejach człowieka, silnie skorelowanym z rozwojem pisma. Ludzie z kultur oralnych wydają się nam dziwnie „zewnętrzni": zamiast wewnętrznych motywacji – fatum, demon albo wola bogów; zamiast osobowości i psychologii – to, co mówią o człowieku sąsiedzi, wioska, społeczność.

My natomiast przeprowadzamy co dzień tuziny wewnętrznych autoanaliz, doświadczając – tak intymnie, że bardziej nie można – upodmiotowionych metafor pragnienia, strachu, zazdrości, znudzenia, miłości. Nastąpił transfer. Zakochanie się to coś innego niż reakcje fizjologiczne czy zmysłowe. Skąd wiesz, że się zakochałeś? Bo masz referencje do romansów, do literatury, do tego, co kultura przyporządkowuje do „znaków miłości". Skąd indziej można brać te wzorce? Przecież nie wierzymy, że dzięki anamnezie odnajdujemy platoński wzór miłości i przez odniesienie do niego odkrywamy, że oto się zakochaliśmy.

Czytaj więcej

Lech Kaczyński, czyli państwo bez kompleksów

Jeśli powieść to klasyczny twór epoki pisma, to czym jest serial?

Przede wszystkim serial – tak jak teatr, film – jest w całości sprowadzalny do obrazu i dźwięku. Został natomiast wypracowany przez ludzi wychowanych w piśmie. Pierwsze sezony seriali, które ukształtowały gatunek i nas jako „czytelników seriali", tworzyli pisarze: „Rodzinę Soprano", „The Wire" (w Polsce znany jako „Prawo ulicy" – red.). Pewna dwuznaczność wynika z natury języka angielskiego, gdzie „writer" to zarówno autor powieści, jak i scenariuszy, konceptów reklamowych, także dziennikarz. W polskim „pisarz" to domyślnie powieściopisarz. Ale te pierwsze fale seriali rodziły się z wyobraźni pisarzy właśnie książkowych, naśladowały narracje powieściowe, w sposób audiowizualny oddając problemy społeczne, sytuacje życiowe itp., właściwe dla klasycznej XIX-wiecznej powieści. Wielu krytyków twierdzi, że „The Wire" jest ostatnią wielką powieścią wiktoriańską.

No, ale potem przyszło pokolenie, które wychowało się na tych serialach, ale już nie na powieściach. A teraz pojawia się kolejna generacja seriali: tworzonych przez ludzi, którzy już nie oglądali seriali stworzonych przez pisarzy, tylko tych, którzy się wychowali na serialach stworzonych przez ludzi, którzy się wychowali na serialach stworzonych przez pisarzy. Widzimy, jak stopniowo wypłukiwane są pozostałości piśmienności – z samego sposobu opowiadania (np. związki przyczynowo-skutkowe, logika), jak i z prezentowanego tam świata i człowieka. Ale ponieważ sami jako odbiorcy się pod tym naciskiem zmieniamy, umyka to naszej uwagi. Różnice wychodzą dopiero w skali pokoleń. Najmłodsi konsumenci seriali z coraz większą trudnością wchodzą w narracje audiowizualne stworzone z głębokiej piśmienności. Podążanie za złożoną, linearną narracją, kwestie motywacji, gier psychologicznych między postaciami – odbijają się od tego. Co pozostaje? To, co widzisz, słyszysz. Ciało. Powierzchnia. To właśnie opisywała Susan Sontag, analizując pierwszą technologię transferu bezpośredniego: fotografię. Widząc powierzchnię – zdjęcie – muszę się domyślać, co jest pod spodem. A możemy się tego domyślać, ponieważ byliśmy od dziecka zanurzeni w kulturze, która uczyła przyporządkowywać określonej mimice, gestom, wyrazom twarzy, spojrzeniom – to, co się dzieje w środku. To znaki wskazujące, co czuje, co myśli bohater.

Ale oto wychowujesz się w kulturze, która już nie ma bezpośredniego dostępu do cudzych myśli, uczuć, stanów egzystencjalnych – i skąd weźmiesz te referencje? Oglądasz klasyczny serial – i co widzisz? Ruchy kukieł z mięsa. Zombi przechadzające się po ekranie, wydające jakieś dźwięki, machające rękami. Wszystko wydarza się na powierzchni, bo już naprawdę nie ma niczego poza powierzchnią. [...]

Epoka transferu przeżyć to regres cywilizacyjny względem epoki pisma?

Dla człowieka pisma to oczywiście wygląda jak upadek. Ale dla mędrców z kultury oralnej pismo również oznaczało upadek. Przypomnijmy sobie ich diagnozy sprzed dwudziestu kilku stuleci – one się w całości spełniły. Ale potem stworzyliśmy inne hierarchie wartości. To samo nastąpi w kulturze po piśmie, w kulturze transferu bezpośredniego. Przecież już widzimy, jak atrakcyjność dla mediów audiowizualnych warunkuje sukces w coraz większej liczbie dziedzin niby-piśmiennych. Czy pan jest dobrym dziennikarzem, bo dobrze pisze, czy dlatego, że dobrze prezentuje się pan na wizji i sprawnie dyskutuje na żywo? Rzecz w tym, że same wartości, wedle których oceniamy te zmiany, zależą od zmieniającej się kultury. Tak że z czasem dokonujemy tych ocen pod coraz większym wpływem obyczajów „przeżywactwa". Aż w końcu staje się to czymś zupełnie oczywistym i naturalnym, a to my okazujemy się niezrozumiałymi dziwadłami, reliktami przeszłości – jak ci mędrcy ostrzegający przed zgubnymi skutkami pisma.

A z punktu widzenia takich wartości jak wolność jednostki?

Spróbuję na przykładzie pokazać tu cały łańcuch zależności. Parę lat temu wyczytałem, że szef Amazona Jeff Bezos robi, co się da, by odwieść klientów od używania starszych modeli czytników Kindle. Wszystkie modele nowe mają wbudowany moduł do odtwarzania audio. Bezos uznał, że przyszłość czytania to słuchanie.

Zrazu mogłoby się zresztą wydawać, że to powrót do kultury oralnej. Ale oralność definiowała się nie tyle przez głos, ile przez osobisty kontakt mówiącego ze słuchającym. Nie mogłeś mówić do kogoś, nie będąc razem z nim, nie wchodząc z nim w interakcje mimiką, gestami, aurą emocji, całym ciałem. To dopiero technologie transferu oderwały głos od człowieka – aż do poziomu naszych gadżetów elektronicznych, gdzie nie ma mówiącego, jest sam dźwięk mowy, i kto wie, czy w ogóle pochodzącej od człowieka

Okazało się jednak, że to nie kaprys szefa Amazona, tylko powszechne przekonanie branży: standardem dostępu do informacji ma być nie tekst czytany, lecz audio. W przypadku sieci społecznościowych, które służą do przeżywania, nie do informowania, to oczywiście audio i wideo. Ale wyszukując czegoś online, zadajesz tylko pytanie na głos i tak otrzymujesz odpowiedź. Urządzenia typu Alexy, GPS-owe przewodniki itp. łatwo nas przyzwyczajają. Nieporęczność pisma ideograficznego szybciej popchnęła do przejścia na ten standard Azjatów. Wystarczy zobaczyć, jak w Azji używa się komórek. Dla wysyłania i odbierania SMS-ów, e-maili, wydobywania informacji z sieci korzysta się z aplikacji głosowych.

I teraz: gdy wyszukujemy tekstowo, dostajemy wiele odpowiedzi, zazwyczaj minimum dziesięć na stronie. Obejmujemy je spojrzeniem. Widzimy pewne spektrum możliwości.

Czytaj więcej

Błędy w myśleniu o Rosji

I można sobie wybrać tę, która najbardziej pasuje. To właśnie wolność wyboru?

Albo przynajmniej jej pozór.

Natomiast przekaz głosowy jest sekwencyjny. Program nie może wtedy podać naraz kilku różnych odpowiedzi. Zawsze najpierw wypowie jedną. A psychologia badająca zachowania konsumentów nie pozostawia wątpliwości: niemal wszyscy zatrzymamy się na tej pierwszej. Zapytaj o podręcznik tai-chi, dostaniesz jeden tytuł tego autora, z którego wydawcą wyszukiwarka ma umowę, i tę książkę ostatecznie kupujesz. To samo dotyczy odpowiedzi z różnych dziedzin wiedzy, kultury, ale też polityki. Niby banalne przejście na standard audio zaburza naszą relację ze światem zewnętrznym. Poznawanie, rozumienie, podejmowanie decyzji to praca nad światem, a tu mamy sytuację odwrotną – to świat zewnętrzny do mnie mówi, a ja jestem pasywnym przedmiotem. [...]

Jaki wpływ ma epoka postpiśmienna na politykę?

Pan by mi pewnie mógł to opowiedzieć wieloma soczystymi przykładami. Polityka demokratyczna jest przecież jedną z pierwszych dziedzin przeorientowanych pod media postpiśmienne. Większość tych przemian została opisana i zdiagnozowana – są całe kursy poświęcone wpływowi radia na rozwój totalitaryzmów, użyciu kina w propagandzie niemieckiej i sowieckiej, przegranej Nixona z Kennedym wskutek przejścia do telewizyjnego standardu debaty czy technikom marketingu politycznego najskuteczniejszego w transferze wizualnym.. [...] Polityka może być rozumiana jako technika zdobywania i utrzymywania władzy; i może być rozumiana jako sposób mediacji indywidualnych interesów dla osiągnięcia interesów wspólnoty i obrony tej wspólnoty przed innymi. W jaki sposób sprawuje się władzę nad „przeżywaczami"? To już widzimy: współczesna walka polityczna staje się w coraz większym stopniu walką kulturową, walką o prawo kształtowania treści twoich przeżyć. A wspólnota – jest wspólnotą przeżyć. Twoją polis jest twoja bańka transferów. Jeszcze żyjesz w konkretnym miejscu w świecie materialnym – ale jakże łatwo możesz się przenieść do innego! A pomyśl: czy można się przenieść do innej bańki? Musiałbyś w tym celu stać się kim innym: „żyć" innych celebów, inne seriale oglądać, z kim innym przyjaźnić się i wojować na fejsie, w inne gry grać i innej muzyki słuchać.

Równie głęboki jest związek demokratycznej polityki z istnieniem refleksyjnego, narracyjnego „ja". Idealnemu „przeżywaczowi" nie jest ono do niczego potrzebne. Całe środowisko technologiczne służy właśnie do zagłuszania „ja". Przywołuję tu zazwyczaj przykłady z Rosji Putina, który wyprzedził Zachód w tej postmodernistycznej polityce medialnej. Polecam zresztą świetnie ją opisujące książki Petera Pomerantseva.

Masza Gessen tak próbowała wyjaśnić Amerykanom realia polityki przeżywania postfikcji i postprawdy: W Rosji nie ma opinii publicznej. Ale jak to – nie robią tam sondaży opinii? Czy ludzie na ulicach nie są w stanie odpowiedzieć na proste pytania? Na co Masza odpowiadała: „Ludzie zostali wyzuci ze zdolności do posiadania własnych opinii. Ich odpowiedzi nic nie znaczą, ponieważ możemy przewidzieć z 86-procentową pewnością, jak pokazują badania, że ludzie odpowiedzą dokładnie to, czym ostatnio nakarmiła ich telewizja".

Co weszło, to wychodzi. To nie specyfika duszy rosyjskiej – to żelazne konsekwencje dominacji transferu bezpośredniego, niesymbolicznego. Przepływa przez nich rzeka. W środku nie ma już aparatu dystansującego „ja" od urzeczowionych przeżyć oraz poddającego je i cały świat analizie, krytyce. Nie ma podmiotu demokratycznego. Ale powierzchnia pozostała ta sama, na powierzchni widać obrazki z serialu o demokracji: widzimy wrzucanie kartki do urny, widzimy polityków, wyborców, przemówienia w parlamencie. W Rosji i w Polsce, w USA, stopniowo na całym świecie. Te same ruchy ciał w przestrzeni, ten sam taniec zombi.

A jeśli brzmi to nam upiornie, to dlatego, że jesteśmy irracjonalnie przywiązani do wielu mitów piśmienności – jak demokracja liberalna – pomimo że coraz słabiej przystają one do rzeczywistości. W końcu jednak – przyzwyczaimy się. Już się przyzwyczajamy.

Jacek Dukaj

Prozaik, eseista, krytyk. Autor publikowanych w Wydawnictwie Literackim m. in. „Czarnych oceanów", „Innych pieśni", „Perfekcyjnej niedoskonałości", „Lodu", „Wrońca", „Starości aksolotla", „Imperium chmur" oraz licznych opowiadań – w tym zekranizowanej przez Tomka Bagińskiego „Katedry" – zgromadzonych m.in. w tomach „W kraju niewiernych" oraz „Król Bólu". Autor eseju rzeki „Po piśmie", ukazującego ludzkość wchodzącą w epokę postpiśmienną. Tłumacz-reinterpretator „Serca ciemności" Conrada. Wielokrotny laureat nagród im. Janusza A. Zajdla, wielokrotnie nominowany do Paszportu „Polityki", także do Nagrody Literackiej Nike i Angelusa; laureat Nagrody Kościelskich, laureat Europejskiej Nagrody Literackiej. Na podstawie powieści „Starość aksolotla" Netflix wyprodukował serial „Kierunek: Noc".