Był jednym z wielkich artystów XX wieku. Wciąż od nowa szukał idei, dla której warto żyć. W kinie też się nie powtarzał. „Kiedy kończę film, przewracam stronę w książce życia i rzucam się w coś nowego. Lubię ryzyko” - powiedział mi kiedyś w wywiadzie. I jak mało kto potrafił marzyć.
Urodził się w 1940 roku, był synem poety i krytyka filmowego Attilio Bertolucciego, przyjaciela Pasoliniego. W roku 1968 roku miał 27 lat. W tym czasie w jego życiu mieszały się ze sobą polityka, młodzieżowy bunt, pragnienie wolności, seks, muzyka i największa miłość — kino. Kochał francuską Nową Falę, jego mistrzem był Jean-Luc Godard.
Od debiutanckiej „Kostuchy” podejmował tematy trudne. Przyglądał się burżuazyjnemu społeczeństwu, nieobce były mu rozrachunki z faszyzmem. Miał 32 lata, gdy na motywach prozy Alberto Moravii nakręcił
filozoficzno-
historiozoficznego „Konformistę”. Opowiedział historię młodego mężczyzny, który bezkrytycznie idzie za obowiązującą ideologią i w okresie rządów Mussolliniego staje się faszystą.
Z historią Włoch rozliczał się też w „Startegii pająka”, a wreszcie w „Wieku XX”. Bohaterami tej epopei byli z dwaj mężczyźni, urodzeni w tym samym dniu, w 1901 roku, w wiejskim majątku. Jeden jako syn właściciela, drugi — najemnego robotnika. W ich losach odbiło się 45 lat dziejów Włoch, a film wyraźnie odbijał ówczesne, marksistowskie przekonania reżysera.
Ale Bertolucci nie zamknął się w tych wielkich opowieściach. Interesowały go też kameralne filmy o ludziach starających się wyłamać z ograniczających ich norm, uciec od samotności, odnaleźć wspólny język, choćby był to był tylko język ciała jak w „Ostatnim tangu w Paryżu”. W 1972 roku film wywołał skandal obyczajowy. Dziś czuje się w nim głównie krzyk ludzi łaknących bliskości.
Bertolucci sam też poczuł się wypalony. We Włoszech lat 80. trwał boom gospodarczy, ale denerwowały go cynizm i polityczna korupcja. Postanowił uciec. Przez kilkanaście lat szukał inspiracji na Dalekim Wschodzie realizując tam trzy filmy: wielki polityczny fresk, który zdobył 9 Oscarów „Ostatni cesarz”, niosące katharsis „Pod osłoną nieba” oraz lekko rozczarowującą bajkę o poszukiwaniu sensu życia „Mały Budda”.
— Zakochałem się w chińskiej tradycji. Odkryłem dla siebie buddyzm, który uważam za filozofię nieprawdopodobnie nowoczesną — przyznawał.
Po powrocie do kraju zrobił nostalgiczne „Ukryte pragnienia”, a potem w „Marzycielach” cofnął się do roku 1968. Nie przypadkowo.
— Młodej generacji zostały ukradzione wartości, które dla nas były ważne — mówił mi w wywiadzie. — We Włoszech obserwuję dzieciaki, nastawione wyłącznie na konsumpcję, pozbawione pamięci historycznej. Jeśli w wyborach mogli głosować na neofaszystów, to znaczy że nie rozumieją, czym był faszyzm. Żyją w stanie amnezji. Nic też nie wiedzą o 68 roku. Nie wiedzą, że można mieć marzenia.
Sam Bertolucci z młodości wyniósł wiarę w utopię, w to, że trzeba biec za własnymi pragnieniami. INa tym polegała jego siła jako artysty. I jeszcze na tej wielkiej miłości do kina. Ilu filmowców mogłoby dziś za nim powtórzyć: „Marzę o tym, żeby żyć filmami, myśleć filmami, jeść filmami, śnić filmami”?