Do katastrofy należącego do Kobe'go Bryanta śmigłowca Sikorsky S-76B doszło w niedzielę w Calabasas w stanie Kalifornia, ok. 65 km od Los Angeles.

Na pokładzie maszyny był pilot i ośmioro pasażerów. Nikt nie przeżył wypadku. Zginęli m.in. 41-letni Kobe Bryant oraz jego 13-letnia córka Gianna. Pasażerowie udawali się na mecz koszykówki w mieście Thousand Oaks.

Pracownicy Narodowej Rady Bezpieczeństwa Transportu (National Transportation Safety Board, NTSB) zakończyli prace w miejscu katastrofy. Ze wstępnych ustaleń śledczych wynika, że śmigłowiec szybko się zniżał i do momentu uderzenia we wzgórze był cały.

- Helikopter zniżał się w tempie ponad 610 metrów na minutę, zatem wiemy, że doszło do uderzenia z dużym impetem - powiedziała Jennifer Homendy z NTSB. W jej ocenie, maszyna zniżała się gwałtownie i z dużą prędkością, zatem ewentualne lądowanie nie odbyłoby się z normalną prędkością.

Śledczy przekazali, że do katastrofy doszło na wysokości ok. 330 metrów, ok. 6-9 metrów od szczytu wzgórza. Fragmenty rozbitego helikoptera zostały rozrzucone na terenie o szerokości ok. 152 - 183 metrów.

Śmigłowiec nie był wyposażony w system ostrzegania o zbliżającej się powierzchni gruntu. NTSB rekomendowała wyposażenie helikopterów w system TAWS po katastrofie w Teksasie, w której w 2004 r. zginęło dziesięć osób. Jak powiedziała Jennifer Homendy, zalecenie NTSB nie zostało wdrożone przez Federalną Administrację Lotnictwa (Federal Aviation Administration, FAA).

Wcześniej NTSB podała, że pilot śmigłowca Kobe'ego Bryanta poinformował kontrolę lotów o zamiarze wznoszenia w celu uniknięcia warstwy chmur. Z radarowych zapisów wynika, że po wzniesieniu się na wysokość 700 metrów maszyna rozpoczęła zniżanie, skręcając w lewo, po czym o godz. 9:45 kontakt z nią się urwał.

W czasie katastrofy w okolicy zalegała gęsta mgła, z powodu której tymczasowo uziemione zostały helikoptery policji z Los Angeles.