Telewizyjne „Wiadomości” dotarły do zeznań, jakie oficerowie Biura Ochrony Rządu odpowiedzialni za zabezpieczenie wizyty prezydenta złożyli w prokuraturze.
Wynika z nich, że na lotnisku w Smoleńsku nie było oficerów polskiej ochrony. Przebywali w położonym kilkanaście kilometrów dalej lesie katyńskim. O katastrofie samolotu mieli się zaś dowiedzieć od rosyjskich dziennikarzy.
Według „Wiadomości” na obecność BOR na lotnisku mieli się nie zgodzić Rosjanie. To samo miało zresztą dotyczyć wcześniejszej wizyty premiera Donalda Tuska w Katyniu. Poza tym polscy oficerowie mieli zostać dopuszczeni przez Rosjan na miejsce tragedii dopiero kilka godzin po katastrofie.
Premier uważa, że pomnik ofiar nie powinien stanąć na Krakowskim Przedmieściu
BOR nie chce się oficjalnie odnosić do tych informacji. – Do czasu zakończenia postępowania prokuratorskiego nie komentujemy sprawy – mówi Dariusz Aleksandrowicz, rzecznik biura. Wcześniej szef BOR gen. Marian Janicki zapewniał, że polska ochrona była na lotnisku w Smoleńsku.
Wersję tę oficerowie biura podtrzymują nadal w nieoficjalnych rozmowach. – Nasi ludzie byli jednymi z pierwszych na miejscu tragedii – zapewnia „Rz” jeden z nich. Skąd zatem rozbieżności? – W Smoleńsku były dwie grupy. Jedna na lotnisku, a druga w Katyniu – wyjaśnia. Ta druga rzeczywiście miała dotrzeć na miejsce katastrofy nieco później.
– W całej sprawie pojawia się kolejna niejasność – komentuje Arkadiusz Mularczyk (PiS), wiceszef sejmowego zespołu, który bada katastrofę Tu-154. Jego zastrzeżenia budzi fakt, że w BOR nie toczy się żadne postępowanie wyjaśniające w tej sprawie. – Nie wiadomo, czy 10 kwietnia wszyscy dopełnili obowiązków – mówi.
W „Kropce nad i” premier Donald Tusk przyznał z kolei, że przeszkadza mu fakt, iż wrak polskiego samolotu nie jest przez Rosjan właściwie zabezpieczony. Uważa jednak, że w działaniach po katastrofie polska strona nie ma się czego wstydzić. Pytany o pomnik ofiar szef rządu stwierdził, że jego zdaniem nie powinien on stanąć na Krakowskim Przedmieściu.