85 tys. ludzi na ulicy to sygnał ostrzegawczy dla premiera Donalda Tuska?

Dominik Kolorz:

Premier sam jest sobie winien. Gdyby dawno podniósł rękawicę, którą rzuciliśmy mu pod nogi, nie musielibyśmy wyciągać przeciwko niemu najpoważniejszego oręża. Strajk to skutek tego, że nie chciał z nami rozmawiać.

Nie można chyba powiedzieć, że rząd z wami nie rozmawia. Wicepremier Piechociński jeździł na Śląsk kilkakrotnie.

Bardzo go za to szanujemy. Wiele z tych rozmów było bardzo konstruktywnych, ale nie doprowadziło do niczego konkretnego. Prawda jest taka, że Piechociński o wszystko, co chce zrobić, musi pytać naczelnego skarbnika kraju, czyli Jacka Rostowskiego. A on nie jest nam przychylny.

Janusz Piechociński mówi, że nie chcieliście kompromisu i od początku dążyliście do strajku.

To nieprawda. Do strajku byliśmy przygotowani już na początku lutego i gdyby nam tylko na tym zależało, nie czekalibyśmy z jego przeprowadzeniem do końca marca. Woleliśmy się dogadać.

Dlaczego doszło do strajku?

To pierwsza tak duża manifestacja naszego regionu w wolnej Polsce. Ludzie mają już dość „piarowskich" rządów i polityki fałszywej miłości.

Myślicie, że się wam uda?

Mamy nadzieję, że tak. Podczas konferencji prasowej premier bezpośrednio odniósł się do wydarzeń na Śląsku i wyraźnie spuścił z tonu. Podkreślał, że dla rządu najważniejsze są miejsca pracy i że jest gotowy na spotkanie z komitetem strajkowym i szefem „Solidarności". Nie wiemy jednak, czy rzeczywiście tak myśli, czy to tylko gra pozorów.

Czego teraz można się spodziewać ze strony związków?

Na razie czekamy do zakończenia terminu ultimatum, które postawiła Donaldowi Tuskowi Komisja Krajowa „S". Jeśli szef rządu te żądania zignoruje, będziemy planować kolejne działania. Na pewno nie odpuścimy.