Jest szlak po każdym deszczu wyznaczany w stepie nowym duktem śladów opon. Drogowskazem (jedynym!) jest tor kolejowy. Samochody (i osobowe i ciężarowe), gdy nie mogą pokonać jakiejś przeszkody, nadrabiają kolejne kilometry stepu i zostawiają ślad następcom. W efekcie kluczymy polnymi ścieżkami na szlaku szerokim na ponad kilometr. Przy okazji 600 km zamienia się w 800. Każdy pojazd wzbija chmury pyłu. W naszym samochodzie izolujemy się i włączamy klimę na zamkniętym wewnętrznym obiegu, ale „panatadkowa" toyota klimatyzacji nie posiada. Więc Piotr wietrzy się otwartym oknem (upał coraz większy), na twarzy ma maskę antypyłową i wygląda jak kosmita. Przy okazji zbiera do wnętrza kilogramy pudru, który dojedzie z nim pewnie do Polski.
Auta mamy dostosowane do podróży w terenie. Ale producent offroadowego sprzętu nie uwzględnił warunków jakie panują w Kazachstanie. Każdą setkę kilometrów okupujemy kolejnymi „stratami". Epopeje można by spisać o tym co nam się na tej drodze urwało, obtarło, przedziurawiło. Odpadają szpanerskie halogeny, anteny, kaloryfery. Wypaczają drzwi i inne elementy ruchome. Tracimy zbiornik z wodą i nadzieję na prysznic. Elektroniczne czujniki na tablicy rozdzielczej wariują. Filtr powietrza się zapycha. Pękają dwa pióra w resorach. I tak dalej...
Oczywiście łapie nas na trasie zmrok. Prędkość mamy symboliczną. W ciągu godziny popychamy nie więcej niż 30 kilometrów. Po ćmoku jest jeszcze wolniej, bo czasem gubimy ślad i z trudem w pyle odnajdujemy odpowiednia ścieżkę. W myślach tworzymy piętrowe konstrukcje przekleństw. Większość po rosyjsku. Do uwiecznienia na piśmie się nie nadają.
Ciągniemy tak prawie do świtu. Aż dopatrzymy się w przydrożnym mroku kiwonów pompujących ropę naftową, nieomylny znak kaspijskiej prosperity. Zasypiamy przy cmentarzyku muzułmańskim przeklinając Kazachstan i zgrzytając piaskiem w zębach.
Szczegóły na www.rp.pl/Tybet2013 oraz na stronie www.discover4x4.com.