Jak ustaliła "Gazeta Wyborcza", na trop "grupy nagrywającej władzę" wpadł jeden z czterech prokuratorów prowadzących śledztwo, mające ustalić kto i dlaczego przez co najmniej rok nagrywał czołowych urzędników państwowych podczas ich spotkań w warszawskich restauracjach.

Podsłuchiwaczy wkopał sam "Wprost" - pisze GW. Tygodnik, który wcześniej odmówił udostępnienia nagrań prokuraturze i ABW, argumentując - jak się okaże, słusznie - że może być w nich ślad chronionego tajemnicą dziennikarską źródła, 18 czerwca opublikował w sieci pełne nagranie rozmowy szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza z prezesem NBP Markiem Belką.

Na nagraniu na stronie "Wprost" słychać, że podsłuch uruchamia ktoś z obsługi. Wezwani przez prokuratora na przesłuchanie Belka i Sienkiewicz zgodnie zeznali, że jedynym człowiekiem, który ich obsługiwał w restauracji "Sowa i Przyjaciele", był Łukasz N.

W prokuraturze Łukasz N. zeznał, że biznesmen Marka Falenta i jego wspólnik, a prywatnie szwagier, Krzysztof Rybka dali mu sprzęt podsłuchowy i kazali nagrywać polityków, którzy przychodzili do restauracji. Kelner dostał za to w sumie 105 tys. zł. Miał też otrzymywać prowizje od, głównie giełdowych, zysków z operacji, opartych na informacjach z podsłuchów.

Łukasz N. nie odsłuchiwał nagrań, ale zapisywał w notesie kogo, gdzie i ile razy nagrano. Kelner powiedział śledczym, że podsłuchiwał polityków za pomocą miniaturowych dyktafonów ukrytych w pamięci przenośnej typu pendrive. Kładł urządzenie na regale w pobliżu stołu.

Jak pisze GW, prokuratura bada teraz historię biznesową Marka Falenty, Krzysztofa Rybki, członków ich rodzin z ostatniego roku. Śledczy sprawdzają osoby, które mogły działać na ich zlecenie.

Poprzednie taśmy ujawnione przez „Wprost” wywołały polityczną burzę